To dopiero druga moja recenzja w tym roku, ale coś czuję, że okaże się być ona najtrudniejszą i ciężko będzie jakiejkolwiek lekturze, którą dane mi będzie czytać i opiniować, ją przebić. Mój problem polega na tym, że „Czarne Miasto” to bardzo dobra książka, doskonały debiut. Ale ja nie jestem idealną czytelniczką tego typu literatury. Ale powoli.
Wanda to dojrzała kobieta – może staruszka – która samotnie mieszka w dużym mieszkaniu w Czarnym Mieście. Wiele lat temu straciła męża, który zginął w kopalni w Roku Zaćmienia, kiedy to miasto nieomal uległo zniszczeniu. Zapadały się chodniki, budynki, a ludzie wiele czasu spędzili mieszkając w tunelach. Jej córki – Blanka i Belinda – wyemigrowały do Białego Miasta. Nie odwiedzają już matki, prawie o niej nie myślą. Wanda jest samotniczką. Kiedyś sporo czasu spędzała ze swoimi sąsiadami, ale ci nie mieszkają już w kamienicy. Teraz pozostał jej tylko pies, Czarny, oraz rozmowy z koleżankami, Irką oraz Kazią.
Blanka i Belinda – zwane siostrami Bebe – starają się żyć jak najlepszym życiem, ale jest coś, co nie daje im spokoju. Pewien wypad w góry sprawia jednak, że zdecydują się po raz ostatni powrócić do przeszłości. W tej podróży do poprzednich lat nie będą jednak same.
To nie jest powieść obyczajowa przez którą się płynie. To oniryczna opowieść w której realny świat miesza się z legendami, bajdurzeniami. Tak naprawdę aż do ostatnich rozdziałów nie do końca widzi się trzon tej historii. Kiedy już doczytałam książkę do końca, fabularne puzzle bardzo ładnie się ze sobą połączyły, ale aż do tego czasu miałam wrażenie, że utonęłam w bałaganie wątków i postaci. Zadania nie ułatwiał fakt, że przesłuchałam tę książkę w audiobooku i wystarczyło, że na chwilę uleciałam gdzieś myślami, a musiałam wracać do poszczególnych fragmentów, bo nie wiedziałam co się dzieje.
Zakończenie całej historii jest jednak piękne. W ogóle, piękna jest cała ta historia. Nie w sensie bycia uroczą, ale właśnie posiadającą dużą wartość moralną, będącą wybitną w swoim gatunku. Na pewno wielu czytelników nie przebrnie przez początkowe strony, bo fabuła jest hmm...Gęsta. Tak jak wspominałam, przez tę historię się nie płynie, przez nią się przedziera. Na pewno jednak warto poświecić jej czas i uwagę.
Na wstępie zaznaczyłam, że nie jestem idealną czytelniczką dla tego typu literatury. Bo choć doceniam tę pozycję i zakończenie podobało mi się okrutnie, to jednak oniryczny styl prowadzenia fabuły nie jest tym, z czym dobrze się czuję podczas czytania. Nie chodzi o to, że lubię prostackie historie, niemniej jednak realizm magiczny jest ciągle tym elementem literatury, z którym nie czuję się do końca komfortowo. Ale ciągle próbuję, bowiem jeszcze nie trafiłam na książkę, w której byłby on obecny, a która by mi się nie podobała. Przewrotne, prawda?
Podsumowując, to świetna książka, ale nie dla każdego. Na pewno dla dojrzałego czytelnika, który szuka już w literaturze czegoś więcej aniżeli tylko czystej rozrywki. To odpowiednia pozycja dla każdego, komu oniryczne tony są bliskie, kto potrafi docenić fabułę, ale i styl jej prowadzenia. Jeżeli to właśnie o Was mowa, to nie zastanawiajcie się i śmiało sięgajcie po debiut Marty Knopik.