Nie wiem, co mnie bardziej zachęciło do tej książki: temat czy autor. Skandynawia to mój ulubiony "literacki" region: zarówno, jeśli chodzi o literaturę piękną, jak i reportaże. Pierwszy raz natomiast sięgnęłam po tematykę uchodźczą. Bardzo łatwo jest obecnie szfladkować, wygłaszać poglądy (często skrajne na prawo lub na lewo), generalizować. Maciej Czarnecki daje głos imigrantom i ludziom z ich otoczenia, by wnieść dość neutralny, ale za to bardzo ważny głos w dyskusji o imigratach w Europie. Brak w tej książce polityki, brak wielkich interpretacji i tym bardziej gotowych odpowiedzi. Autor przekonuje, że świat (a wraz z nim opisywany temat) nie jest czarno-biały, a raczej zalany różnymi odcieniami szarości. I właśnie te szarości próbuje nam przybliżyć. Mamy historie o tym, jak się żyje na przedmieściach opanowanych przez imigrantów; czytamy o losach tych, którzy znaleźli w Norwegii, Szwecji czy Danii swój drugi dom; mamy historie tych, którzy zradykalizowani wrócili, by oddać się Państwu Islamskiemu. Czytamy (i otwieramy szeroko buzię!) o tym, jak wyglądają spotkania radykałów. Mamy opowieść o kurdyjskiej drużynie piłkarskiej, której udaje się dostać do pierwszej ligii. Czytamy o dziewczynie, która projektuje niestandardowe hidżaby, które policja zamawia dla policjantek muzułmanek. Czytamy o tym, jak wygląda ramadan na dalekiej północy, gdzie dzień się nie kończy. Mamy historie apostatów, islamistów LGBT, gruzinów, pakistańczków, syryjczyków, kobiet i mężczyzn. Czytamy wiele historii i wiele głosów do nas dociera: głosów, które wspaniale i bez osądzania przepytał Maciej Czarnecki. To rewelacyjna pozycja i zdecydowanie reporterski must-read tej jesieni! A ja zachęcona tematyką czytam następnie "Nową odyseję".