To historia o tym, co najważniejsze. O tym, co jest w każdym z nas, czasem ukryte, czasem zapomniane. O miłości, przebaczaniu, zrozumieniu i tolerancji. O tym, że święta mogą się udać, pod warunkiem, że pozwolimy sobie na szczerość.
Co wywołuje prawdziwego, dickensowskiego ducha świąt? Kolejna pościel z Mikołajem? Kolorowe bombki na choince? Pierniczki w puszce?
To nieprawda, że święta Bożego Narodzenia dla każdego pachną miłością, szczęściem, pierniczkiem i spełnieniem marzeń. To najbardziej ponury okres w życiu niektórych ludzi. Samotnej matki z kredytem na głowie oraz zbuntowanym dwunastolatkiem albo kobiety, która próbuje za wszelką cenę zdobyć żonatego mężczyznę. I wreszcie pary, nie potrafiącej odnaleźć miłości w świecie, w którym na pierwszym miejscu stawia się konsumpcjonizm.
Czy te Święta można jeszcze uratować? Odnaleźć w nich magię i wszystko to, co za czym każdy z nas tęskni?
Myślę, że w mało którym roku udało mi się skończyć tyle świątecznych pozycji co w tym. Jestem z tego zadowolona, bo udało mi się sięgnąć po parę książek, które zalegały na mojej półce zdecydowanie za długo. Jedną z nich była "Drogi Święty Mikołaju". Skuszona piórem Nataszy Sochy po jej opowiadaniu w ostatnio recenzowanej przeze mnie pozycji byłam przekonana, że w duecie z Magą Mazur stworzy niezapomnianą historię ze świetnie przedstawioną świąteczną atmosferą. Czy tak się rzeczywiście stało?
Trzy świąteczne historie, trzy ludzkie dramaty, które łączą się ostatecznie w zaskakujący sposób. Na przestrzeni książki śledzimy losy trzech par bohaterów: Karola i Karoliny, czyli pary, której coraz ciężej odnaleźć porozumienie, Renaty i Tomasza, którzy są uczestnikami biurowego romansu (kłopoty zaczynają się, kiedy jedna ze stron będzie chciała czegoś więcej) i wreszcie Matyldy i Mikołaja- samotnej matki, której ciężko związać koniec z końcem i jej rezolutnego syna. Czy podczas nadchodzących świąt odnajdą na nowo ich magię?
Niestety, fajerwerków między mną i tą pozycją nie było. A szkoda, bo początek zapowiadał naprawdę obiecującą historię. Faktem jest, że czyta się ją błyskawicznie. Styl jest niesamowicie płynny i lekki, a strony przewracają się same. Jest to więc lektura na dzień lub dwa. Nie przyćmiewa to jednak jej słabszych stron. A przede wszystkim antypatycznych bohaterów. Tak naprawdę żaden z nich nie zdobył mojej sympatii. Karol to rozpuszczony dzieciak, Renta i Tomasz to warci siebie egoiści, a Matylda użala się nad brakiem środków do życia, posyłając jednocześnie syna do prywatnej szkoły, bo "w obecnych czasach każdy rodzic, który chce dla swojego dziecka jak najlepiej, tak robi". Nie wspominając już, że jej największą życiową tragedią jest jazda komunikacją miejską. Nic więc dziwnego, że ciężko było mi sympatyzować z tymi ludźmi, a jest to najważniejsze w czytanej książce. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że ich świąteczna przemiana również wypada kompletnie nierealistycznie. W jednym rozdziale postać robi i mówi jedno, a w kolejnym jej światopogląd i podejście do życia zmieniają się o 180 stopni w niezrozumiały dla mnie sposób.
Klimat świąteczny nie jest szczególnie wyczuwalny, ale powiedzmy, że ogólne przesłanie książki nie jest najgorsze.
Jest to więc niestety typowy przykład pozycji do przeczytania i zapomnienia. Na pewno jej lektura nie zajmie wam dużo czasu, ale też nie sprawi nie wiadomo jakiej przyjemności. Praktycznie żaden z bohaterów nie przypadł mi do gustu, ich kreacja pozostawia wiele do życzenia, tak samo jak zarysowanie ich drogi do samorozwoju. Nataszy Sochy nie skreślam jednak całkowicie, bo udowodniła mi, że potrafi tworzyć urzekające historie. Tej jednak do takich nie zaliczam.
Uwielbiam świąteczne powieści, dlatego ucieszyłam się, że już w połowie października pojawiła się pierwsza świąteczna premiera. Nie przepadam jedna za duetami, ponieważ przeważnie czuję zgrzyt między autorami, więc trochę podchodziłam do tej książki jak pies do jeża. Okazało się, że zupełnie niepotrzebnie. W końcu trafiłam na duet idealny. Pióro obu pań jest tak samo dobre, a styl bardzo spójny. Sama powieść jest do połknięcia w jeden wieczór. To takie krótkie historie z morałem. Warto przeczytać, bo może dla kogoś, kto na święta się nie cieszy, akurat ta książka może być impulsem do zmiany nastawienia. I ten morał właśnie najbardziej mi się podobał - magia świąt istnieje, tylko każdy musi odnaleźć swoją.
„Wigilie bywają różne. Rodzinne, samotne, wesołe i smutne. Bywają kolorowe i czarno-białe. Pełne uśmiechu lub zadumy. Ale zawsze dają nadzieję”.
Trochę spóźniłam się tematycznie z lekturą, ale nie miało to dla mnie większego znaczenia. Opowieści zawarte w tej książce wprowadziły mnie bardziej w świąteczny klimat niż same święta! Chociaż mam jednak wrażenie, że to też historie, do których raczej już nie wrócę.
Chyba pora po prostu przyznać przed sobą, że świąteczne książki nie są dla mnie. Nie porywa mnie w nich ani klimat świąt ani bohaterowie, nieważne jak dobrze wykreowani. Ta książka nie była zła, I dla kogoś kto przepada za świątecznymi książkami będzie to dobra opcja.
Oceniłabym jako: fajna. Historie opisane w książce są angażujące, totalnie prawdziwe, czasem aż śmieszne. Nie ma nudy, z każdą stroną dowiadujesz się co raz więcej i chcesz więcej.
3,5* - na 4 ciut za mało, ale generalnie bardzo sympatyczna lektura, odpowiednie na tą porę roku. Książka przeplata historie kilku par - matki z synem, kochanków biurowych z ich rodzinami oraz pary narzeczonych. Spodziewałam się banalnych historyjek z happy endem, tymczasem postacie są całkiem realne i wcale nie przecukrzone. Poboczne charaktery potraktowane są nieco po macoszemu i nie ma w nich wiele treści, ale da się to przeżyć. Mam wrażenie, że zakończenie przyszło odrobinę za szybko, ale generalnie skleiło całość. Jak na czytadło, które urzekło mnie okładką, ta książka daje radę.
Czytałam w sumie tylko dla postaci Renaty. Dla Renaty, która była wykreowana dobrze, aby na samym końcu doszczętnie zerwać ze swoim przekonaniem o tym, że nigdy nie będzie miała dzieci. Tak po prostu, nagle, świąteczny cud. I oprócz tego dostaje awans, co też powoduje, że jej macierzyńskie będzie mogło trwać poł roku, a później ma wrócić do pracy. Samotna matka ma zostawić półroczne dziecko z... No właśnie, w sumie to nie wiadomo z kim. Dla mnie troszkę to oderwane od rzeczywistości.
This entire review has been hidden because of spoilers.