Jestem całkiem prostą dziewczyną. Lubię rano mieć czas na to, by w spokoju napić się kawy. Uwielbiam, kiedy po ciepłej kąpieli kładę się do łóżka pościelonego świeżo wypraną pościelą. Zachwycam się zapachem w powietrzu po letniej ulewie. I totalnie kocham krwawe kryminały pełne krwi, psychopatów i nagłych zwrotów akcji. Jak mówię – normalna dziewczyna.
Max Czornyj pojawił się w moim czytelniczym życiu jakieś dwa lata temu. Do tej pory czytałam tylko jego serię z komisarzem Deryło, choć ma on również i pojedyncze powieści, a i ostatnio pojawiła się i nowa policyjna(?) saga w jego wykonaniu. To, co jest dla mnie charakterystyczne w jego książkach to to, że czyta się je turbo dobrze i całkiem nadają się na książkowego kaca.
To już piąty tom derylowskiej serii, dlatego naszego komisarza już całkiem dobrze znamy. Jego usposobienie i stosunek do ludzi nie zmieniły się ani na jotę, choć, biorąc pod uwagę ciężkie wydarzenia, jakie przeżył kilka miesięcy wcześniej, można byłoby przypuszczać, że coś w tym względzie się zmieni. Niemniej jednak w tym tomie dowiadujemy się o pewnej skrywanej głęboko przez komisarza tajemnicy, która może tłumaczyć jego ‘niezmienność’.
Ta powieść jest inna, bo opuszczamy Lublin i komisariat i przenosimy się w góry, do odosobnionego hotelu, który – w przypadku złych warunków pogodowych – staje się całkowicie odcięty od świata (komu zalatuje kingowskim „Lśnieniem” ręka do góry!). Deryło przybywa tam, aby spotkać się z kimś, kogo od dawna nie widziała. Razem z nim w hotelu przebywa również jego właściciel, recepcjonistka i kilkoro gości na specjalne zaproszenie, wśród nich aktorka-celebrytka, malarz, prawniczka, właścicielka sieci salonów fryzjerskich, lekarz oraz architekt. Niedługo po nich do hotelu przybywa też Tamara Haler, którą mieliśmy okazję poznać w poprzednim tomie. Ogromna wichura i ulewne deszcze zamykają wszystkich w budynku. I robi się groźnie, bowiem to właśnie aura odcina im drogę ucieczki. A potrzeba wyrwania się z hotelu jest przeogromna, bowiem już pierwszego dnia okazuje się, że wśród gości jest sadystyczny morderca, który nie cofnie się przed niczym, aby zabić wszystkich, którzy są na miejscu. Deryło i Haler będą musieli pokrzyżować mu szyki, ale czy im się to uda, a co ważniejsze – czy sami wyjdą z tego cało?
Jak już wspominałam, Max Czornyj jest dla mnie świetnym autorem na książkowego kaca, ale – niestety – nie nazwałabym go bardzo dobrym pisarzem kryminałów. Lubi przekombinować, a seria o Deryle rozrosła mu się już chyba za bardzo, przez co sam bohater, jak i fabuła stały się trochę karykaturą kryminału. Na pierwszy rzut oka w „Klątwie” autor mocno inspiruje się klasycznymi powieściami Agathy Christie, ale nie robi tego w zbytnio odkrywczy sposób przez co zakończenie, lansowane jako „zaskakujące i nie przewidzenia” choćby przez Olgę z Wielkiego Buka, jest stosunkowo łatwe do odgadnięcia, zwłaszcza jeśli pamięta się zabiegi fabularne stosowane przez autora w innych jego książkach.
Nie jest to zła historia, ale brakuje jej tego „czegoś”, czy czyni kryminały mrożącymi krew w żyłach i sprawia, że z wypiekami na twarzy staramy się wraz z bohaterami rozwiązać zagadkę morderstwa. Słowem, jest to powieść, która po kilku już dniach ulatuje z głowy i nawet nie pamiętamy, jak nazywali się poszczególni bohaterowie. Niemniej jednak, jeśli proza Maxa Czornyja Wam odpowiada, to nie widzę powodu, dla którego i ta książka miałaby się Wam nie spodobać. Ot, ja od tego gatunku oczekuję czegoś innego.