Wszystko się tu pomieszało i bardziej przypomina majaczenie chorego, pijacki sen niż pamięć. Ale jest pamięcią, jest przeszłością, jest tu i teraz. Jak gdyby patrzeć jednocześnie przez okulary do bliży i do dali. Śmierć i dzieciństwo idą ramię w ramię.
Zgarbiony Bułat Okudżawa z marną rosyjską gitarą, siekierkowski Izajasz, pisarz w drodze, Grażyna, której ciała nie starcza do tego, by ją nazywać Grażyną, pijany listonosz, kulawy Bartek, kot i dziadek, pan Gerber, który uczy historii i robi zdjęcia nagim kobietom, Daniił Charms, który umarł z głodu, Buła, który się powiesił, samotny stary mężczyzna bez oszczędności. Wszyscy wirują w zawrotnym danse macabre – tańcu śmierci, który jest korowodem życia. Na Grochowie, w Brnie, na Saskiej Kępie, w galicyjskim miasteczku, „w którym języki były dłuższe od ulic, a szepty głośniejsze niż bicie dzwonów w kościele”, w Pińsku, w Kijowie, w Europie środkowo-wschodniej.
A czas się sfilcował i już niczego nie da się uporządkować. Po co to zresztą porządkować?
Och, gdybyśmy wszyscy umieli nie zostawać w bocznych, zapomnianych alejkach opowieści. Jakże byłoby wygodnie żyć tylko tu i teraz. Nie stać bezradnie na marginesie czyjejś albo własnej historii, bezradnie próbując się wydostać z godziny dawnego rozstania, z dnia okropnego błędu.
Paweł Sołtys – muzyk, autor piosenek. Jako Pablopavo wydał kilkanaście płyt, zagrał około tysiąca koncertów. Studiował rusycystykę, ale studiów nie ukończył. Jego opowiadania ukazywały się w „Lampie”, „Ricie Baum”, „Studium”. Jego prozatorski debiut Mikrotyki otrzymał nominację do Paszportów Polityki 2017.
Wyśmienite. Trochę inne niż "Mikrotyki", ale równie dobre, albo nawet lepsze. Każdy z tych tekstów jest znakomity, nie mam się do czego przyczepić (a u mnie to wielka rzadkość). Takie np. opowiadanko "Daniłł" zajmuje dokładnie 2 strony tekstu, a zrobiło na mnie wrażenie większe, niż z 5 ostatnio przeczytanych książek razem wziętych. Autor wyczynia prawdziwe cuda z językiem, trzeba się pochylić uważnie nad każdym zdaniem i łapać wszystkie te poutykane perełki. Ja to uwielbiam! Zgadzam się, że to jest typ literatury, która zachwyca, ale potem łatwo daje się zapomnieć (ja nie pamiętam dziś praktycznie nic z "Mikrotyków", poza tym, że bardzo mi się podobały). Ale myślę, że to jest w porządku. Tu nie chodzi o fabułę, którą można opowiedzieć, streścić i zapamiętać, siła tego autora jest gdzie indziej, to pisanie jest impresjonistyczne, na granicy poezji. Liczy się to, co czujemy i myślimy PODCZAS czytania. Jak przy słuchaniu muzyki, tej naprawdę dobrej. Nie potrafimy jej przecież potem dokładnie zanucić, prawda? Ale co przeżyliśmy, słuchając, to nasze. Sołtys podbija naszą wrażliwość i ubogaca duszę, to że nie jest to do końca uchwytne, nie odbiera mu wartości. Jestem już fanką! Na granicy zakochania.
"Chwile nie czują, że będą wspomnieniami. Może gdyby wiedziały, starałyby się bardziej".
Zachwyt po pierwszych dwóch opowiadaniach troszkę zelżał, ale wydaję mi się, że to moja wina. Przy tych tekstach trzeba być bardzo uważnym, łatwo stracić wątek bo Sołtys nie oszczędza przymiotników, metafor i porównań. Reread jest obowiązkowy, ale na spokojnie co tydzień jedno, dwa opowiadania, może od razu z Mikrotykami.
„Dziadek Rysio nie był wylewny, te kilkanaście gestów czułości, które miał w zanadrzu na cały rok, zużywał na mnie i na Mruczka”. O starości tej znanej i bliskiej, z której przedstawicielem chcemy zjeść szarlotkę i napić się herbaty i starości tej, którą oddalamy w myślach, która uwiera.
"Mikrotyki" były językowo precyzyjne i mnie zachwyciły. "Nieradość" to więcej słów, wśród których się czasem gubiłam. Mimo to z ciekawością czekam na kolejną książkę Sołtysa, bo potrafi opowiadać małe historie.
Czasem zastanawiam się, co z literatury naszych czasów przetrwa i jak czytelnicy za dwadzieścia-trzydzieści lat będą na nią spoglądać. Nie łudźmy się - większość z tego, co się wydaje, co się pisze, nawet z pozycji nagradzanych i pozytywnie recenzowanych ginie w gąszczu tysięcy innych tytułów. Zdaje się, że najłatwiej mają biografie, książki historyczne i - może - reportaże. Gatunki informacyjne, po które sięgną czytelnicy i czytelniczki zainteresowani danym tematem. Sam najczęściej wracam do takich właśnie książek. Na powroty do prozy nie mam wiele czasu. Niekiedy jednak wyciągnę rękę po Canettiego, Calvina, Fadiman czy Tołstoja. Chociaż po to, by sobie podczytać kilka stron, ulubioną frazę, jakiś fragment. I tak czytam niekiedy na głos opowiadanie o osobie w depresji z tomu Wallace’a, albo początek “Wspomnień z domu umarłych”.
A z tego rwącego potoku nowości literackich, na które nie ma miejsca (a i czytelników też niewielu) w prasie, na blogach, o telewizji już nie wspominając? Niewdzięczne jest zadanie każdego, kto pisze, bo jednak świadomość ulotności dzieła, jego jakiejś bezznaczności może przygnieść. Na szczęście większość osób piszących jest przekonana - i dobrze - że to, co mają do powiedzenia, będzie dla kogoś ważne. Czasem pisze się tylko dla siebie, ale ja nie ufam twórcom mówiącym, że nie obchodzi ich kto to przeczyta i jakie wnioski wyciągnie. Trzeba jednak ufać sobie i swojemu pomysłowi na literaturę. Z tego zaufania do siebie wyrastają czasem - nie ukrywajmy tego faktu - rzeczy potworne, których nikt szczęśliwie po latach nie odgrzebie, ale bywają też teksty wspaniałe, które doceniać będą czasem kolejne pokolenia. Przecież są tacy pisarze, którzy fascynują po latach. Najłatwiej tu wspomnieć o Schulzu, ale istnieją zakony zakochanych w Buczkowskim czy Ginczance, co jakiś czas odkrywamy nowych szaleńców literatury, co ostatnio było udziałem Leo Lipskiego i mogło być udziałem Andrzeja Łuczeńczyka. Dzisiaj próbuję tu opowiedzieć o twórcy, którego może nikt nie będzie musiał odkrywać, ale który jakoś kontynuuje tą właśnie linię iterackich geneaogii.
Paweł Sołtys jako pisarz ma sporo szczęścia - nie wchodził “na rynek” jako anonimowa postać, a “Mikrotykami” udowodnił, że nie tylko w tekście piosenki potrafi wykreować światy, w których chcemy przebywać. “Nieradość” to jednak inny kaliber, to zbiór dużo trudniejszy w odbiorze, którego lektura musi być uważna i czujna, bo czasem zgubienie jednego słowa, czy gestu postaci zmienia sens lektury. To światy, w które wchodzi się pozornie łatwo, ale równie łatwo się można w nich zgubić. Maestria językowa spotyka się tu z mądrą, baczną obserwacją świata i świadomością, że literatura służy nie tylko do opowiadania świata, jakim się on nam wydaje, że jest, ale wchodzenia głębiej i wydobywania niejasności, pęknięć, nieradości. Jakże bym chciał, żeby Sołtysa nikt nie musiał za trzydzieści lat odkrywać, a fragmenty “Nieradości” ludzie czytali na głos, by wydobyć z nich piękno i sens literatury.
To nie wygląda wcale tak, że się czyta i się pisze, czyta i pisze. Dziesiątki recenzji, po kilka książek tygodniowo, zarobić trzeba, recenzje sprzedać, a i ruch na fejsie musi być, a ja nie za bardzo go umiem generować cytatami i chwytliwym newsem. Czasem mi się udaje i jestem z siebie wtedy dziko zadowolony, bo ja bardzo chętnie bym się nauczył być insta-blogerem, ale to jest takie marzenie mocno ulotne i szybko zderzające się z brutalną prawdą o mojej mało entuzjastycznej naturze. Więc czasem się po prostu czyta i pisze, a czasem - rzadko - trafia na książkę, która się czyta i nie pisze. Pierwsza lektura “Nieradości” to był jakiś koszmar - nic mi się nie składało, historie mnie opuszczały za szybko, niektóre językowe parady Sołtysa drażniły i sprawiały wrażenie kiczu, ki czort? Dałem sobie miesiąc na powrót do lektury, bo czułem, że wina nie leży po stronie dzieła, a mojej, że znowu chciałem wchłonąć książkę, a tu się nie da. Tu trzeba spokojnie, przyjrzeć się, przedrzeć przez konstrukcję, nie dać się ponieść chęci przeczytania atrakcyjnej pointy czy dorwania bohatera na gorącym uczynku. Sołtys nas nie rozpieszcza i pisze prozę niezwykle gęstą, wieloznaczną i choć dalej ma w repertuarze literackie hity, to jakby wciąż szukał własnego głosu, który nie jest tym z “Mikrotyków”, który jest mniej zapatrzony w przeczytane i przeżyte lektury, a bardziej prywatny. Jakby próbował się uwolnić od obciążeń, także z własnych wobec siebie oczekiwań i może bardziej zaufać, że ktoś ten głos również zrozumie i będzie chciał go więcej. Ja się zgłaszam tu na ochotnika.
Sołtys dalej podbija serce czytelnika pięknymi zwrotami, a fraza “być akapit temu” dorównuje “nieprzysiadalności” Świetlickiego. Ale mniej tu takich błyskotek, Sołtys brudzi język, a zwłaszcza jego składnię. Podobnie jak konstrukcję tomu, który składa się z kilku, zmiksowanych między siebie opowiadań. “Zdania trą o siebie” i to jest naprawdę piękne. A ludzie? Ludzie u Sołtysa są trochę zagubieni w rzeczywistości, po przejściach, jak tytuł sugeruje - nieweseli, ale też nie rozpaczający, to są bohaterowie bardzo stoicko przyjmujący świat, z dużą potrzebą przeżycia. Sołtys buduje swoich bohaterów bez użycia zbyt wielu przymiotników, często widzimy ich czyimiś oczami, a odkrywanie tożsamości narratorów samo w sobie jest niezłą zabawą. W “Pani Halszce’, opowiadaniu, które jest genialne i nie przyjmuję reklamacji od tego sformułowania, narrator zestawia dwie postawy twórcze - próbę odczytania z reakcji widzów, co działa i drugą, postawę wolności twórczej, gdzie po prostu “wymyślasz sobie własną historię i nagle nie jesteś już na pogrzebie dziadka Rysia”, a w słonecznym Egipcie. Zdaje się, że Sołtys jeszcze bardziej niż w “Mikrotykach” przestał patrzeć na innych, przez co rozumiem też tradycję literacką (to jest bardzo oczytany autor, bardzo), a uwierzył sobie.
Tak sobie tu między esejem a recenzją skaczę, między konkretem a refleksją mniej przejrzystą, bo się próbuję z tych “Nieradości’ jakoś wyplątać, nie zdradzić ich, nie zawieść. To taka obawa czytelnika, który został sprowadzony do parteru i zmuszony do myślenia, choć ma poczucie, że myśli zawsze. Mam ostatnio dużo doświadczeń z segregacją książek. Pomiędzy piwnicą a microflatem biegałem dziesiątki razy ważąc w rękach i głowie czy ja na pewno muszę na półkach mieć Mariasa, czy może jednak powinien podzielić los Ferrante i wylądować w piwnicznym czyśćcu. Z tych podróży w górę i dół powoli wyrósł kanon, bez którego nie chcę zmieniać mieszkania. Myślę, że “Nieradość” - o ile się nie rozpadnie - pozostanie ze mną jak najdłużej. Bo chcę sobie po nią sięgać. I was też zachęcam.
To niezwykle zwykła książka. O szarym życiu tych, których często mijamy, nawet ich nie dostrzegając. Tych w miastach i tych na wsiach. Tych uśmiechniętych i tych, którzy cali są cierpieniem. Szarych, zwykłych ludzi, którzy kiedyś byli młodzi a dzisiaj nikną w swojej starości.
Niby to krótkie opowiadania, zamknięte całości, ale tworzą razem całość smutną, nostalgiczną i zmuszającą do refleksji. Całość niedokończoną, jak zwykle niedokończone całkiem jest nasze życie.
Bardzo przyjemny zbiór opowiadań Pawła Sołtysa, nawet tu i tam przebijają pierwsze jaskółki potencjału na dłuższą formę literacką. Doceniam nie silenie się na tematy "młodzieżowe", kontrowersyjne, aktualne społecznie i politycznie (tfu!). Te opowiadania są obok, gdzieś w przestrzeni, która istnieje, ale trafiamy do niej nieczęsto. Ot, niekiedy odbicie pijaczka gdzieś w witrynie lub szkalnej ścianie przystanku, może opowiastka starego wujka po kilku głębszych. Wreszcie może sepiowa ze starości fotografia na kredensie u ciotki. Ciemny zaułek między starymi kamienicami w cieniu nowych biurowców. Tia, coś takiego, taki półcień, strefa mroku i melancholii. Właściwie bardziej adekwatne byłoby przyznanie 3 i 1/2 gwiazdki.
Króciuteńkie opowiadania, które na pierwszy rzut oka nie są ze sobą związane. Po przeczytaniu kilku z nich wychwytujemy ogólną atmosferę, temat przewodni. Jest nim starość, melancholia, wspomnienia. Po przeczytaniu jeszcze kilku - znajdujemy w kilku z nich tę samą miejscowość, te same postaci. A po skończeniu książki już widziałam, jak wiele z tych historii było ze sobą połączonych i miałam ochotę przeczytać te opowiadania raz jeszcze, bo może związków jest jeszcze więcej niż zauważyłam.
Nie jest to zła proza, ale trochę rozczarowująca. Do tego zbiór jest bardzo nierówny, od tanich kawałków w stylu "autor jeszcze mi nie wymyślił koloru oczu" do świetnych opowiadań w stylu Myślickiego (ale znowu: trochę za bardzo brzmiących jak Traktat o łuskaniu fasoli). Z jednej strony mam dużo sympatii do autora i chyba podobną wrażliwość w patrzeniu na świat, ale z drugiej może właśnie dlatego bywa irytujący albo ja wymagań więcej. Z tym opowiadaniem niby nie o śmierci, ale jednak zawsze o niej, to trochę się udaje, a trochę nie. Na pewno dużo gorzej niż np Weronice Gogoli w Po trochu (czy wspomnianemu już Myśliwskiemu w Traktacie).
„Nieradość”, inspirowana rozmowami z ojcem i dziadkami, to coś więcej niż zbiór opowiadań. Jak pisze wydawca: "To fragmentaryczny zapis nostalgicznej podróży w głąb historii," i hołd oddany starszemu pokoleniu. Paweł Sołtys nie ocenia, a zachowuje okruchy pamięci...
Po "Mikrotykach" Paweł Sołtys już nie zaskakuje, ale jego króciutkie opowiadania w formie strumienia myśli, czy może raczej mowy (bo trochę bardziej uporządkowane) wciąż urzekają, nawet jeśli odrobinę też męczą. :)
Ja to nie wiem. Bardzo to jest dobrze napisane, poruszające, fajnie rzeczy autor robi z językiem. Ale ja to chyba na starość robię sie nudny i mnie to w sumie trochę męczyło, że autor robi tyle róznych rzeczy z językiem. Jakby koniecznie musiał pokazać, że potrafi. No potrafi. Świetnie potrafi. Ale ile mozna. Ale i tak dobra to rzecz.
Trudna ta książeczka. Gęsta. Chociaż tak cienka. Trzeba się przedzierać przez słowa, przez znaczenia, obrazy. Czasem trudno przebrnąć, utyka się w słowach. A innym razem porywa, wciąga w wir, po czym znowu każe się zatrzymać nad trudnym miejscem. Dużo tu przemijania, starości, odchodzenia. Tytułowej nieradości. Sporo też odniesień niekoniecznie znajomych, dzięki którym można poznać Walka Dzedzeja, Daniiła Charmsa, sprawdzić, co to gwasz. Lubię to, że Sołtys konsekwentnie pisze o tym, co zapomnianie, przykurzone, odchodzące w niebyt (tutaj głównie o tych). Chociaż nie zawsze mi z jego prozą po drodze, to i tak sięgam po nią z pewną dozą wzruszenia.
Upalny poranek w dzielnicy z dobrą sławą. Tu mieszkają bogaci albo ci, którzy po zamożnych i ustosunkowanych odziedziczyli domy, więc teraz sami takich udają i kupują najtańsze mleko, żeby mieć na eleganckie buty.
//
Kto nie leżał nad niewielką rzeką w wielki upał, mokry jeszcze, i nie czuł, jak do pleców, nóg i pośladków przywiera złoty rzeczny piasek, a krople na brzuchu, piersiach i łydkach łaskocząc, topnieją od słońca, kto nie czuł, jak każdy, najmniejszy nawet podmuszek wiatru zdaje się maźnięciem nadchodzących jesieni i zim, jak mięśnie zmęczone pływaniem, nurkowaniem, podtapianiem i śmiechem powoli się uspokajają i na powrót układają na kościach i ścięgnach, ten nie może chyba powiedzieć, że był szczęśliwy.
//
Dzwonią i mówią: „Dzień dobry, panie pisarzu, może pojechałby pan w trasę po Europie Środkowo-Wschodniej, poczytał środkowoeuropejskim słuchaczom swoje dwa opowiadania, które, uprzednio przetłumaczone, przesuwałyby się za pana plecami w czeskim, słowackim, a nawet ukraińskim tempie na specjalnym międzynarodowym ekranie, a następnie jeszcze chwilę porozmawiałby pan z prowadzącą albo prowadzącym o swoich tekstach, o kondycji literatury, o miażdżycy demokracji i tuberkulozie mediów?”.
//
Prezenter gada, orzeszki w miodzie chcą ci powyrywać koronki i plomby, spadł pierwszy śnieg, smog kładzie się na nim łagodnie, zna swoją wartość, wydusi wszystkich bez pośpiechu. To saskokępski smog, zrodzony z willi Marysina, Wawra i Radości. Elegancki i skuteczny. Pod ten smog pasują pieśni Schuberta.
//
W Pińsku jest rok trzydziesty dziewiąty, jeszcze przed jej urodzeniem, na Grochowie środek lat osiemdziesiątych, w Kijowie czas się w ogóle sfilcował
//
Piję szampana, żrę kawior z masełkiem i czekam na panienki.
Opowiadania zupełnie inne od mikrotykow, dużo o surowości śmierci i jej realiach. Szczególnie piękne opowiadania o Pani Halszce i babci i dziadku i Mruczku. Często oniryczne opowiadania, nie wszystkie tak trafne i widać, że autor czasem gubi się we własnej senności. Cześć bardzo w punkt i one swoją wartością przeważają i skutkują tak wysoką oceną.
"chwile nie czują, że będą wspomnieniami, może wtedy starałyby się bardziej."
piękny język, ale coś ciężko, chyba nie dla mnie. niektóre opowiadania podobały mi się bardzo, ale miałam odczucie, że większość z nich była o wszystkim i o niczym.
Spodziewałem się intymnych opowiadań i takie dostałem, ale bez żadnych zaskoczeń: ani pozytywnych ani negatywnych. Paweł Sołtys w ekstra formie i zdecydowanie polecam, dużo tu empatii.
3.5 ⭐ chyba bardziej mi po drodze z tekstami Pablopavo, niż z dość nierównymi opowiadaniami Pawła Sołtysa (chociaż niektóre pewnie ze mną zostaną na dłużej)
książka prawie dokończona, ale już straaasznie mi się nie chciało; próba powtórzenia sukcesu mikrotyków; głęboko niekonieczna i nie mam o niej niczego do powiedzenia