Ostatecznie pięć na pięć - za przepis na utopence. Jadłem je do piwa w jednej z knajp opisywanej w tej książce. Znajduje się w Žižkovie, dzielnicy Pragi, która jest teraz bardzo popularna, może była od zawsze. Rzecz w tym, że kilometr, troszkę więcej od starego miasta. Ewentualnie, polecam ulicę Hybernską. Tuż koło dworca wspominanego w tej książce - który znalazłem przypadkiem mając go pod nosem przez kilka dni. A raczej nie ja, tylko szwagier mojej połowicy, który poszedł z rana pobiegać. I skończył na dworcu po drugiej stronie ulicy, ale nie wyjaśnił przekonująco do dziś, dlaczego. Utopence we wspomnianej knajpie to przeżycie niesamowite, zresztą marynowana kiełbasa plus piwo - najprostszy sposób, aby szybko się zaokrąglić. Jak po całej kuchni praskiej. Żeberka na ostro w chlebie i z piwem. Potem można się stoczyć ze schodów. A w tej knajpie... Zachciało się nam lokalnego smaku, ale żeby turystów nie było. Kiedy tam weszliśmy to wiedzieliśmy, że ich tam nie ma i oto jesteśmy pierwsi, odkrywcy i zdobywcy. Zaraz się okazało, że menu jest po polsku. No żesz k...a, któryś powiedział. Nie k...a, tylko ch.j, odparł drugi. Że co - to pewnie bylem ja, wyniośle nie przeklinając. Ch.j, ale przez samo h, powiedział drugi i rzeczywiście - w menu był h.j. Dosłownie. Teraz czytam u Szczygła, że i w przenośni, bo jedzenie mocno wątpliwe. Ale utopence z tym piwem... Następnego dnia znowu piwo, bo poszliśmy na skróty, na Vitkov. Tak nam się wydawało, ale schodząc innym skrótem weszliśmy do jakiejś knajpy od podwórka. To skoro weszliśmy, to niegrzecznie wyjść bez napicia się. A knajpa mała, kilka stolików. Generalnie, zaskoczyliśmy gospodarzy, którzy nas się nie spodziewali od tej strony i jacyś tacy nierozgarnięci się wydawali. Ale dali piwo, pyszne. No to druga kolejka. Płacimy, ale "jutro tu wrócimy". Choć nie ma żadnego szyldu - ekstazę przeżyliśmy, bo jakąś knajpa - nie knajpa. Jutro o tej samej porze wszystko zamknięte na cztery spusty. Szkoda. Po powrocie do domu oświecił nas bywały kolega, że wprawdzie na Žižkovie knajp jest absurdalnie dużo, ale część to takie sąsiedzkie, ludzie warzą piwo, dla siebie i sąsiadów, piją, zamykają, potem znowu otwierają. Więc pewnie im wypiliśmy i zamknęli interes. Nie znalazłem żadnego potwierdzenia tej tezy w tej książce. Ale właśnie taką ona jest - miejsca w Pradze, nieoczywiste, gdzie nie ma hord turystów. Takie, które wszędzie obdarzają odwiedzających własną opowieścią.