Jestem trochę z romansami na nie, bo czuję, że podczas czytania dosłownie mózg dostaje skrzydeł i odlatuje w siną dal.
Główna bohaterka Emily Mitchel, jest przed 40 i liczy na to, że za niedługo stanie na ślubnym kobiercu z meżczyzną jej życia. Zbliża się 7 rocznica, więc jest jak na szpilkach, bo pora zawiązać Drużynę Pierścienia, zbliża się kolacja i... dostaje w prezencie perfumy. Emily stwierdza, że w sumie to niech się facet wypcha, skoro jest niezdecydowany to ona zdecyduje za niego, pakuje swoje rzeczy i idzie sobie swoją drogą. Wyrusza w podróż w swoje rodzinne strony i przyjeżdża do opuszczonego domu swojego ojca na wybrzeżu Maine. Oczywiście musi poznać pewnego mężczyznę, bo bez tego książka nie należałaby do romansu.
Ta książka nie była tragiczna, ale.. no nie bardzo. Autorka nie zadbała o pewne szczególiki, które od razu rzucają się w oczy jak to, że Emily jedzie z Nowego Jorku do Maine, gdzie podróż zajmuje lekką ręką około 8 godzin (sprawdziłam sobie nawet trasę na mapie), a ona nie ma żadnego postoju na jedzenie czy potrzebę fizjologiczną. Co więcej - jest zima, a nie ma nawet porządnej kurtki zimowej, a cały dobytek mieści się w jednej walizce. Kwestia zerwania z tym długoletnim partnerem.. wbrew pozorom 7 lat to nie jest tak dużo, a zresztą jeśli jedyną motywacją głównej bohaterki do radykalnych zmian w swoim życiu, łącznie ze zmianą miejsca zamieszkania, było to, że nie ubrała się w białą kieckę i nie dostała ryżem po głowie pod kościołem - to w sumie ja współczuję. Idę dalej - wątek nowego związku - aż mnie się zrobiło mdło. Rozstajesz się z kimś, niech krew ostygnie, emocje opadną, nabierz dystansu - po co, znajdź sobie nowy obiekt westchnień i niech pociesza, bo od tego w końcu jest.
Jedyne co mnie się spodobało to wykorzystanie potencjału starego, zniszczonego domu. Tak to reszta leży.