Miało być porywająco i pouczająco, wyszło tak sobie. Książka, która zapowiadała się na kulturowe studium indonezyjskich plemion ludożerczych przypomina bardziej serię wpisów z bloga, które czasami bywają interesujące, częściej jednak (wyprawa do parku Bako, na Flores, wizyta w Brunei) - powierzchowne i niewiele wnoszące do historii. Fragmenty zdają się być napisane lub zredagowane w pośpiechu (miejsca, w których wszystko jest "wspaniałe", a woda nie potrafi być inna, jak tylko "turkusowa"). Pojawiają się drobne błędy merytoryczne, jak aligatory w Papui albo starożytni Aztekowie. Ponadto czytając "Ludożerców", nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że podróżnicy mają co najmniej ambiwalentny stosunek do mieszkańców Indonezji. Autorka oburza się, że oprowadzający ich po wioskach lokalsi zabijają i zjadają jaszczurkę, zamiast zadowolić się makaronem z jajkiem, a przez jej komentarze brutalnych rytuałów, z jakimi się styka, przebija nuta wyższości, choć pewnie nieuświadomiona. Jednak trudno posądzić o obserwatorski obiektywizm i bezstronność kogoś, kto pisze takie słowa: "- O! - ucieszyłam się. - Zobacz, nasz! Biały! Nie, żebym była rasistką. Absolutnie. Ale gdy zobaczyłam białego, od razu zrobiło mi się raźniej. Dokładność, skrupulatność, a oprócz tego był to pierwszy biały, jakiego spotkaliśmy od miesiąca." Nie żałuję lektury, bo książkę czyta się szybko i bez wysiłku i mimo wszystko można z niej co nieco wynieść. Autorzy dotarli do miejsc, które mało kto ma okazję odwiedzić. Jednak w moim odbiorze nie jest to rzetelna literatura podróżnicza.