Początek piekielnie gorącego lata 2019. 15 dni spędzonych w drodze, 4872 kilometry na liczniku. Setki miasteczek, wsi, wiosek i przysiółków. Drogi, ale częściej bezdroża.
Wykładowca UJ i bywalec literackich knajp pewnego dnia znika z Krakowa. Omijając duże miasta, zabytki, kościoły, muzea, jedzie przez krainy kebabów, pizzerii i nieczynnych barów. Przemierza Polskę powiatową, gubiąc się na leśnych żwirówkach i polnych szutrówkach. Z premedytacją nie używa GPS-u, przez co błądzi i nierzadko wraca do miejscowości, w których już był. Zapisuje, co widzi, relacjonuje spotkania z mieszkańcami. Fotografuje przydrożne atrakcje: szyldy, małą gastronomię, geesy, cepeeny, ogródkowe instalacje z opon samochodowych. Tę Polskę relacjonuje w rozmowach telefonicznych swojej narzeczonej, która razem z kotami została w Krakowie.
Skwar leje się z nieba i nic się nie dzieje. Tylko na Instagramie pojawia się #on_the_road, ale zamiast Road 66 jest w najlepszym razie droga 816.
Jakieś trzy lata temu pojechałam na weekend do rodzinnej miejscowości odwiedzić bliskich i nieco odpocząć. Tego dnia leżałam w trawie nad rzeką, piłam piwko i czytałam książkę. Spokój przerwała mi parka rowerzystów pytając o drogę. Biorąc pod uwagę moją znajomość topografii okolicy uznali, że jestem tutejsza i wdali się ze mną w dyskusję, jak to ci młodzi ludzie z prowincji nie mają perspektyw, mają utrudniony dostęp do kultury i wielkomiejskiego high life’u. Chcąc mnie zachęcić do wyrwania się z tego codziennego wiejskiego marazmu namawiali do odwiedzenia Warszawy i wybrania się np. na wystawę do Zachęty, którą niedawno widzieli. Szkopuł w tym, że pracowałam wówczas w Zachęcie i z chęcią poznałabym zdanie tych dwojga na temat np. zdjęć Artura Żmijewskiego czy prace Anety Grzeszykowskiej. Ojej. No jak to można się pomylić, hehe. No, patrz, jak się ta polska wieś zmienia, no. No to miłego popołudnia.
Właśnie tak napisana jest ta BEZNADZIEJNA książka. Z pozycji uprzywilejowanego, wykształconego buca, który był w Ameryce, a teraz na spontanie jedzie sobie na prowincji szukać hardcoru i dziwować się, że w przydrożnych sklepach/barach nie ma opcji vege. A jak się szuka, to się ten hardcore znajdzie. Potem opisze. I nie kupuję tego „hehehe” dystansu, inteligentnej prowokacji, uderzenia w kompleksy, grania na nosie libkom, eksperymentalnej formy. Tego zachwytu książkowych blogerów, że to takie złoto, a ty zwykły czytelniku nic nie rozumiesz (ale w recenzjach nam oni wyjaśnią, co autor miał na myśli).
Nie i już!
Zmarnowałam kasę na ebooka, a mogłam mieć na kilka piwek, które mogłabym wypić leżąc nad rzeką.
Zwykle o tej porze, spłukiwałabym właśnie z siebie błoto na jakimś alpejskim kempingu, następnie zjadła węglowodany w postaci makaronu, popiła włoskim sikaczem z Euro Spina, przemiziała 15 minut facebooka, przytuliła się do męża i zapadła w katatonię. Los jednak chciał inaczej. Nie licząc krótkiego wyjazdu do Słowenii, żadnych podróży w tym roku. Od miesiąca zabijam lęki i czarne myśli, pochłaniając gargantuiczne ilości książek. Zupełnie jakbym znowu miała kilkanaście lat. Przez ostatnie 2 tygodnie miałam naprawdę dobrą serię - z nadbałtyckiej plaży odbyłam literackie wędrówki do Kambodży, Nowej Zelandii, San Francisco, na Sycylię, do Luizjany... Aż wreszcie, w ramach kompulsywnej konsumpcji nowości, sięgnęłam po Polskę przydrożną. I to był błąd.
Wystarczy spojrzenie na okładkę i już wiadomo, że nie będą to Podróże z Charleyem albo Legenda żeglujących gór. Ani Wolfgang Bucher, ani Robert Macfarlane. Może chociaż Szczerek? Czyli wtórnie, ale za to śmisznie? Nic z tych rzeczy.
Gość wsiada do samochodu (dlaczego do samochodu - wścieka się mój cyklomąż - skoro jest taki eko-sreko, niech se na rower wsiądzie) i, dbając głównie o właściwe nawodnienie oraz poziom kofeiny we krwi, jedzie bocznymi polskimi drogami, wypija kilka piw pod sklepem z równie nijakimi jak on ludźmi, odbywa kilka rozmów z narzeczoną*, objeżdża Polskę dookoła (zgrabnie omijając Dolny Śląsk, Opolszczyznę i Śląsk, wiadomo, germańskie ziemie, cud, że się zapuszcza do Szczecina) i po 2 tygodniach wraca do domu, bez żadnego śladu w głowie po tym, że jakąś podróż odbył.
Być może to te instastorki i narcystyczne pochłonięcie performensem drogowym (jak to określa w arcyzabawnym wywiadzie dla portalu culture.pl) wypłukały z niego jakiekolwiek przemyślenia. A może to po prostu typowy przedstawiciel artystycznej banieczki, który do perfekcji opanował zblazowaną minę, nazywanie każdego pierdnięcia projektem oraz nadużywanie do opisu tegoż projektu -izmów (zgodnie z zasadą, że wszystkie izmy to onanizmy)?
Na koniec gość postanawia napisać absolutnie nikomu niepotrzebną książkę, którą wydawca, przerażony miałkością, określa mianem "kontrowersyjnej". Tymczasem byle blog lub konto na insta ma więcej głębi i kontrowersji... Epilogiem do tej smutnej historii jest ten nieszczęsny wywiad w culture.pl (który do napisania tej recenzji mnie sprowokował), w którym biedny autor opowiada głównie, co słyszał o swojej książce - moje ulubione to: "Słyszałem opinie, że "Polska przydrożna" to zarchiwizowany kapitalizm indywidualistyczny z lat 90.". WTF
Jakkolwiek autor i wydawca by się nie silili, wydanie tej książki stoi w absolutnej kontrze do nurtu less waste, do którego Mareckiemu z jego termosem na kawę jest wszakże tak blisko. Szkoda atramentu, szkoda papieru, szkoda tych bajtów na serwerze, szkoda energii potrzebnej do utrzymania tego serwera, szkoda niestety również mojego czasu.
*Narzeczona to największy szwarccharakter "Polski przydrożnej". Stanowi jakiś szatański amalgamat moich wszystkich pretensjonalnych, zmanierowanych i gardzących ludźmi koleżanek z czasów studiów i była jedynym powodem, dla którego zdecydowałam się książkę ukończyć. Przyzwyczajona, że podróż prowadzi w jakiś sposób do transformacji narratora, liczyłam na to, że po przyjeździe do Krakowa chłop otrzeźwieje i rzuci tę marudną bułę w diabły. Niestety, i tu czekało na mnie rozczarowanie.
Mój cyklomąż kwituje, że skoro piszę tak długą recenzję jakiejś g*wnianej książki, być może powinnam wreszcie napisać coś swojego. Czemu nie, Piotr Marecki w końcu pokazuje, że można.
Napiszę to od razu: bardzo mi się podoba to, co książką „Polska przydrożna” pokazał Piotr Marecki. Nie pamiętam tak ciekawego projektu, łączącego literaturę faktu, literaturę podróżniczą i artystyczną prowokację oraz wywołującego tak skrajne opinie czytelników.
Książka Mareckiego jest bardzo ciekawa – zarówno w formie, jak i w treści – i broni się sama. Ale wydaje mi się, że należy patrzeć na projekt Mareckiego szerzej – widzieć w nim internetowo-książkową prowokację artystyczną.
Bo zaczęło się od internetu - od zdjęć na Instagramie i Facebooku zamieszczanych przez autora na swoich profilach pod hasztagiem #on_te_road oraz wrzucanych „instastorek” (wrócimy jeszcze do tego słowa). Piotr Marecki dokumentował na nich swoją podróż, którą później opisał w książce. Latem 2019 roku autor wyjechał z Krakowa w samotną wyprawę po Polsce, która trwała dwa tygodnie, i w czasie której Marecki omijał duże miasta i oczywiste turystyczne kierunki. Wybierał drogi powiatowe, jeździł bez GPSa. Na wrzucanych do sieci zdjęciach pokazywał to, co widział, a użytkownicy mogli umieszczane fotki komentować i lakjować.
Potem pojawiła się książka. Premiera w kwietniu 2020 roku. „Polska przydrożna” to właściwie dziennik podróży. Podróży nieskrępowanej i nie do końca zaplanowanej. W pamięci pozostała mi scena, w której Marecki zmienia trasę, bo chce ominąć burzę – skręca i jedzie w kierunku, w którym na horyzoncie jest jasno, nie ma sinych chmury. Czuję w takiej decyzji coś na kształt pierwotnej wolności – to bardzo pociągające uczucie, ten rodzaj wolności, której dawno nie czułem. Ale nie to jest w tej książce najważniejsze.
Marecki zabiera nas do małych miejscowości, pod lokalne sklepy i sklepiki, do niedużych moteli, do prawie pustych restauracji, gdzie przyglądamy się życiu tych, których właściwie bez planu autor napotyka na swojej drodze.
Jak swoją podróż opisuje Marecki? Warto tu zwrócić uwagę na język i postać narratora tej opowieści. Język jest surowy. A sposób narracji neutralny. Marecki relacjonuje to, co robi, widzi, z kim rozmawia, czasem cytuje odbyte rozmowy. Pisze krótkimi zdaniami. Unika przymiotników, unika wartościowania, oceny. Najważniejszy jest tu podmiot i orzeczenie, rzeczowniki z czasownikami. Np. „Ja siadam na kontenerach, piję kawę, jem zapiekankę i wpatruję się w wybitą szybę kiosku Ruchu naprzeciwko” (s. 76). Albo: „W Chłopowie, w sklepie, starsza pani mierzy sobie poziom cukru. Kupuję trzy butelki wody „na miejscu”, dwie wlewam do kontenera, jedną wypijam. Drzwi do sklepu przywiązane są do ławki, żeby się same nie zamykały”.
Wybita szyba, starsza pani, drzwi przywiązane do ławki – to są określenia nienacechowane żadnymi emocjami. Neutralne. Tak to wygląda w całej książce. Marecki konsekwentnie trzyma się tego suchego stylu. Każde jego zdanie buduje konkretny obraz - można powiedzieć, że jest pojedynczym kadrem. Trochę jak jego zdjęcia, których sporo znajdziemy w książce.
Za tym neutralnym, suchym stylem kryje się jednak zmyślna prowokacja. Po pierwsze, taka forma relacji z podróży pozwala Mareckiemu pokazać odwiedzane miejsca jak gdyby bez filtra, sauté. Oczywiście ta bezflitrowość opowieść jest pozorna, bo pierwszym i najważniejszym filtrem jest sam autor, który widzi, doświadcza, a później decyduje, jakie obrazy pokaże w swojej relacji – zarówno w formie tekstu, jak i zdjęć zamieszczonych w książce. Jednak opowieść Mareckiego wyczyszczona jest ze wszystkich „wypaczaczy”, „sugerowaczy”, wskazówek, jakie typowi podróżnicy lub pisarze zamieszczają w swoich książkach podróżniczych. Mam tu na myśli odautorski komentarz, wszystkie te rozważania i interpretacje, które autorzy i autorki dodają do swoich książek, by wyjaśnić czytelnikowi swój punkt widzenia, by napotykane obrazy połączyć w spójną opowieść, spójną narrację o czymś, by je czytelnikowi wytłumaczyć.
Marecki pisze: „wpatruję się w wybitą szybę kiosku Ruchu naprzeciwko” i stawia kropkę. Niczego nie tłumaczy. Nie wdaje się w rozważania na temat ofiar kapitalizmu, nie dostarcza czytelnikowi kontekstów, nie zanurza się w historie odwiedzanego miejsca, wreszcie nie obudowuje swojej podróży żadną nadrzędną narracją poza tą, że po prostu bierze udział w road tripie. W tym sensie jego opowieść o miejscach, do których trafia, jest neutralna - nieobudowana żadnym tropem, który miałaby sugerować interpretację.
Rzadko jest tak, że autor pozostawia aż tak duże pole do interpretacji obrazów, które przedstawia w książce.
W książce Mareckiego to właśnie ogromna możliwość interpretacji obrazów jest największą siłą tej książki. Co jej autor świetnie wykorzystał już po publikacji „Polski przydrożnej”.
Na swoim profilu Piotr Marecki zaczął udostępniać screeny z komentarzami czytelników i recenzjami z blogów oraz gazet. Skrajne opinie zamieszczane są dla mnie dowodem, jak ciekawy efekt może wywołać książka, kiedy autor (powiedzmy nawet, że reporter) nie ujawnia w tekście własnego procesu myślowego, w czasie którego mierzy się z tematem, lub kiedy nie stara się nas do czegoś swoją książką przekonać, do czegoś zrazić lub czymś zafascynować. Kiedy nie daje nam klucza do interpretacji.
I tutaj przydałby się długi tekst o recepcji dzieła literackiego, bo odbiór książki Mareckiego to dla mnie osobne, niezwykle ciekawe zjawisko. Nie stać mnie – intelektualnie i czasowo – na przygotowanie takiego opracowania, dlatego pozostawię je innym. Powiem tylko, że dla mnie książka Piotra Mareckiego nie jest książką o Polsce małych miasteczek, którą podróżujący samotnie intelektualista, zobaczył w czasie dwutygodniowej wyprawy. To dla mnie przede wszystkim książka o nas - czytelnikach.
Marecki pozostawia czytelnikowi tak duże pole do interpretacji, że o wiele bardziej niż zwykle w przypadku książek podróżniczo-reporterskich, to właśnie czytelnik tworzy sobie opowieść o Polsce przydrożnej oraz o uczestniku road tripu. I to właśnie te stworzone w naszych głowach opowieści są dla mnie najciekawsze, bo są tak różne i często skrajne. Tworzą epilog książki i aż proszą się o zbadanie i omówienie.
Mam wrażenie, że to właśnie o ten końcowy efekt Mareckiemu chodziło. Że to nie miała być tylko książka o Polsce, a raczej prowokacja Polską - i to niekoniecznie tą przydrożną. Wystarczy przeczytać blurby na tylnej stronie okładki, żeby się zorientować, że cały projekt bardziej niż Kapuścińskim zajeżdża Gombrowiczem. „Przeczytałem sześć stron Twojej książki i przygotowuje trzy opinie. To sobie jedną wybierzesz” – to fragment jednego z blurbów na tylnej okładce. Albo sam fakt, że książkę wydało Czarne! Wydawnictwo publikujące najlepszą literaturę faktu w Polsce. Jak dla mnie niezła zmyłka i jednocześnie świetna prowokacja. Przecież Marecki mógłby „Polskę przydrożną” wydać w swoim Ha!arcie. Jest tam prezesem. Ale stempel z logiem Czarnego maskuje trochę ten eksperymentalno-prowokacyjny charakter całego projektu, sprawiając problem nawet doświadczonym czytelnikom.
A dalej, już w samym tekście, Marecki prowokuje co krok. W scenografii konających miejscowości, małych miast, pustych niemal dróg pisze o robieniu „instastorek”, upomina napotkanego mężczyznę, że koszenie trawy jest nieekologiczne, co chwilę napełnia termos kawą i szuka czegoś do zjedzenia, najlepiej bez mięsa.
Dla wielu czytelników takie zachowania autora świadczą o oderwaniu od rzeczywistości, o byciu bucem, kimś, kto przez Polskę jedzie, zadzierając nosa. Dla mnie jest to świadoma prowokacja, za sprawą której narrator pokazuje nieprzystawalność dwóch światów (centrów i peryferii), dwóch sposobów myślenia i niemożność wzajemnego zrozumienia mieszkańców obu przestrzeni.
Przyznaję, że cały czas próbuję wytłumaczyć Mareckiego z tej książki.
Szukam rozwiązania.
Bo może jest tak, że Marecki poddaje nas testowi?
Napisał książkę, która nie wpisuje się łatwo w żaden z gatunków literackich - ani to autoreportaż, ani esej, ani jakaś dodatkowa odnoga “Duchologii” (choć estetycznie wiele zawdzięczająca książce Drendy). Ograny motyw: “Ja, człowiek z miasta, odkrywam Polskę małych miasteczek” znajduje tu nowe, ale niezbyt nowatorskie opracowanie, a książka w pewnych partiach wydaje się być niekoniecznie udanym dissem Szczerka i Stasiuka?
Może Marecki naigrawa się też z opowieści barowej w typie Hłaski, zwracając głównie uwagę na przydrożne bary i restauracje z pasją godną realizatorów programu Magdy Gessler?
Pozeruje? Ach te instastorki i wspomnienia z Hameryki godne opowieści wujka na weselu!
“Polska przydrożna” to opowieść o tym, jak wydawca (z Krakowa) i profesor (z UJ) rusza na dwa tygodnie w Polskę (bez Google Maps - przynajmniej w założeniach) i postanawia podróżować tylko drogami lokalnymi, spać w motelach, a nawet może w samochodzie czy namiocie, i przez cały czas skrupulatnie wszystko spisywać (zwłaszcza nazwy mijanych miejscowości). No wielki mi wyczyn…
Jest tu kilka ciekawych spotkań, historii ludzi, którzy mieszkają w Polsce pokazywanej w telewizji jedynie z okazji dożynek lub faktu, że ktoś zarżnął kogoś. Są tu opowieści o aspiracjach i marzeniach naszych współobywateli z Polski “przydrożnej”, ciekawie spisane i barwne, ale - niestety - ginące w całej tej prostej, trochę naiwnej, niezbyt atrakcyjnej opowieści o podróży uprzywilejowanego kolesia, który nagle postanowił sobie zrobić “road trip”. I albo robi sobie bekę z gatunku i formy, albo naprawdę uwierzył, że ma to sens. A może to wszystko test i Marecki zwyczajnie świetnie się bawi, wrzucając na fejsa fragmenty recenzji, w których czytelnicy i czytelniczki piszą o tym, że to słabiutka literaturka jest?
Co wiemy o autorze profesorze po tej lekturze? Lubi w instastorki, telefon mu nawala przy wyższych temperaturach, przed snem musi wypić (albo przynajmniej zaparzyć) herbatę, ma bardzo racjonalną partnerkę, lubi jak mu się wkręci w mózg jedna piosenka i może ją śpiewać przez kilka dni, jest dość cierpliwy dla najdziwniejszych rozmówców, tęczowo przyjacielski i bardziej odważny niż strachliwy. Ale czy my to naprawdę musieliśmy wiedzieć?
“Polska przydrożna” to taka gra w niedoskonałość formy, którą ja czytam jako rodzaj wyzwania rzuconego naszym przyzwyczajeniom i oczekiwaniom wobec podobnie skonstruowanych książek.
Sugeruje to mocno tekst Ziemowita Szczerka, który na skrzydełku książki porównuje Mareckiego do Białoszewskiego. Autor mu się w książce odwdzięcza złośliwościami - i tak wszyscy się przecież później radośnie upiją w jakiejś krakowskiej knajpie. A nie jest to Białoszewski, oj nie. Miron jednak nie wyjeżdżał by słuchać ludzi, on ruszał z Warszawy raczej po to, by coś zobaczyć (podróż wokół Europy, czy do Stanów), albo po prostu podreperować zdrowie (Konstancin, Inowrocław). Ludzie się przydarzali, ale z pewnością nie był Białoszewski reporterem. Krzywdzi więc Mareckiego Szczerek tym tekstem, na szczęście Marecki krzywdzi Szczerka w książce, więc wszyscy ocaleją.
Tylko po co nam ta gra? Może niedoskonałość form bezpieczniej było testować w niszowym wydawnictwie, które ma odbiorców uodpornionych na literaturę dziwną i dziwaczną? Po co wystawiać na próbę czytelników i czytelniczki oczekujących po prostu reportażu o ludziach, a nie autobiograficznego spisu dokonanych czynności przeplatanego dialogami? Przecież oczywistą reakcją będą recenzje w rodzaju “najgorsza książka Czarnego od dawna”. Mam wątpliwości, czy taki gest był w ogóle potrzebny. Po to, by się pobawić we własnym towarzystwie na fejsie przy czytaniu co bardziej negatywnych opinii?
Bo ja wciąż mam nadzieję, że to właśnie to - gra, świadoma próba przełamania formy. Jakoś nie potrafię uwierzyć w to, że dobre wydawnictwo wydaje tak słabą książkę tak mądrego faceta i nie ma tutaj jakiegoś haczyka. A może mądrzy faceci też mają prawo do napisania złych książek i nic więcej tu nie ma, żadnej filozofii, żadnych dodatkowych gestów? Byłoby to przykre, ale nie można tego w sumie wykluczyć. Wciąż żyję nadzieją, że nie było tak, że oto Marecki wymyślił sobie, że ruszy w Polskę, wydawca dorzucił mu do baku oraz zaliczkę, a potem było im głupio mu powiedzieć, że to jest jednak słabizna i że może by to sobie jednak we własnej Korporacji wydał?
Jak widzicie nie jest łatwo napisać recenzję z “Polski przydrożnej”. Może to już jakieś osiągnięcie autora?
Nie wiem, jakie wtyki ma ten autor, ale muszą być dobre, skoro Czarne wydało książkę nie powiedziałabym, że złą, ale tak absolutnie niepotrzebną - choć, może potrzebną podbudowaniu ego autora i jego samoświadomej śmietanki towarzyskiej?
Książkę, która kryje się za "dystansem" i pozornym wyśmiewaniem się z siebie, wielkomiejskości autora, jego oczywistej ignorancji i oderwania od świata. Autor wyrusza w "road tripa", który polega tylko na wyliczaniu kolejnych miejscowości i niby sobie zdaje z kompletnego braku jakiejkolwiek refleksji bądź zaciekawienia jakimkolwiek tematem - o czym świadczą ostanie zdania - i to chyba ma usprawiedliwić miałkość tej książki. Ponadto warto zwrócić uwagę na fakt, że zabiera ze sobą 4 obiektywy, a przy tym robi absurdalnie słabe i nieciekawe zdjęcia - co, znów, zapewne jest celowe, ale czy czegokolwiek warte?
Jednocześnie jest to książka tak pełna jakiejś wyższości, która niby ma jednak stawiać w dobrym świetle autora, bo on przecież dobrze wie, że ta cała pisanina nie może być brana na poważnie i jest, za przeproszeniem, gówno warta.
No i jest gówno warta. Bo ani to dobry pastisz reportażu czy jakiejkolwiek książki drogi, ani specjalnie ciekawa satyra na całą kulturę "woke", ani zabawna beka z insta-podróżników, którzy po pobycie kilku tygodni w danym kraju nagle wydają książki na temat swoich podróży.
Po prostu szkoda, że ktoś zmarnował papier, żeby to wydrukować
Pomysł bardzo dobry. Podróże po Polsce są konieczne. Polska domaga się opisania, a szczególnie jej zwyczajność, codzienność, prowincja, wioski, miasteczka, motele, noclegi, stacje benzynowe, zajazdy, bary i lodziarnie, jeziora, wiadukty, stacje kolejowe, dworce autobusowe, sklepy i sklepiki, kawiarnie, księgarnie - czynne lub nieczynne. Oraz ludzie, których się w tych miejscach spotyka - podobnie mniej lub bardziej czynni.
Wykonanie poniżej średniej. Przede wszystkim - podróż kończy się nagle, urywa w trzech czwartych; wiadomo - do domu chętnie i szybko się wraca. Rozumiem minimalistyczne założenie: być lustrem na gościńcu, zaledwie rejestrować, relacjonować zdarzenia i wypowiedzi, nie oceniać. Są tego podejścia zalety: czytelnik wyczyta sobie z relacji - co zechce, skupiony jest na drodze a nie na ja narratora. Ale są i wady: niektórych, zbyt powtarzalnych szczegółów jest zbyt dużo. Aż dziwne, na przykład, że narrator nie podaje, czy mył zęby przed snem. Trochę brak mi w tej historii konstrukcji, osnowy (nie: tezy). O niektórych opisanych ludziach chciałbym się dowiedzieć nieco więcej, niektóre miejsca poznać lepiej (więcej researchu?). Relacja z podróży założonej przecież z niejakim rozmachem medialnym - zdjęcia (technicznie dobre), instagram, facebook, itp. - zyskałaby poprzez nieco bardziej pogłębiony opis napotkanych obiektów, ludzi i ich spraw.
A przecież bywało ciekawie: tu gołębie, tam opowieść o zwidach, duchach i kapliczkach, ówdzie Rosjanie płoszący młodych. Historia z baru Pod Dębami nadaje się na reportaż. I w końcu - te lody i pizza, kawa w termosie - no, i jak tu nie jechać? ;).
Całość sprawia wrażenie zrobionej lekką ręką, być może lewą; nie piszę, że od niechcenia. Kto wie, może jeszcze kilka podróży i autor przybliży się do ligi Szczerka i Vargi? Trzymam kciuki.
Totalnie nie czuję tej książki. Jak dla mnie jest ona o niczym. Autor przez dwa tygodnie jeździ po polskich wsiach i obserwuje to, co widzi. A widzi w sumie niewiele i wszędzie to samo. Tu stoi dom, tam jest sklep. A na końcu każdej wsi musi być kapliczka. Nie ma żadnych przemyśleń, żadnej tezy, którą mogłaby ta podróż potwierdzić. Nic nie można z tej książki wynieść, bo nic w niej nie ma. Marecki nie jest zainteresowany poznaniem miejsc i ludzi, u których się zatrzymuje, przeważnie kwituje te sytuacje jednym zdaniem i rusza w dalszą drogę. Nawet narzeczona autora sugeruje w ostatnich zdaniach książki, że czegoś brakuje, że może by dodać jakieś „ple, ple” (to chyba miał akurat być żart i wskazówka, że nie o to w tej książce chodzi, ale w gruncie rzeczy o nic w niej nie chodzi). A tu nic. Tylko informacje o nazwach mijanych miejscowości, tanich noclegach, kebabach i kawie do termosu na każdej stronie. I jakieś dziwne porównania do USA, że stacja benzynowa jak w Teksasie, że coś tam jak w Kolorado.
Piotr Marecki zdecydował się na oszczędny styl, bez upiększeń, bez komentarzy, no bez niczego ogólnie. Przekazuje czytelnikom wyłącznie obraz, który widzi. I w porządku, taki miał pomysł na swoją książkę. Mi się ten pomysł zwyczajnie nie podoba, bo wszystko o czym pisze, pokazuje potem na zdjęciach, których w środku nie brakuje. I tyle – najpierw czytamy, a później oglądamy. Zdjęcia nie są dopełnieniem treści, a jej odzwierciedleniem. Jaki jest więc cel napisanych słów? W moim odczuciu żaden. A dla mnie styl pisania jest ważny i choć autor celowo pisze (bardzo) zwięźle, to po przeczytaniu genialnych „Synaps Marii H.” Hanny Krall wiem, że można pisać i lakonicznie, i pięknie. Przy tym „Polska przydrożna” wydała mi się zupełnie nijaka i zupełnie o niczym.
Co kierowało wydawcą?! Toż to wyliczanka miejscowości, przez które jedzie, z rzadka jakaś opowieść o ludziach stamtąd, trochę zdjęć typopolo szyldów i Polski B, C, a może i D w stylu lomo. Jedyne, co fajne, to te zdjęcia. W zeszłym roku byłam autem na Mazurach (cała Polska przejechana — start na Śląsku) i widziałam, jak zmienia się krajobraz na taki, jak na tych zdjęciach — ręką ludzką nietknięty, pola, drzewa, żółte drogi. No więc co kierowało takim wydawcą jak Czarne przy podejmowaniu decyzji, że to wydamy, bo jest dobre/wartościowe/godne Czarnego?...
Najbardziej irytujące słowo: instastorka (aaaargh $@=?!¿¡). Najbardziej irytująca postać: narzeczona autora, Ola. Druga najbardziej irytująca postać: autor z tym swoim less waste, który najpierw woda, kawa, kontener, termos-srermos, a potem jeb, oddaje do druku takie gówno (lasy płaczo).
Stracone życzenie urodzinowe (książkę dostałam — zgodnie z życzeniem, bo i Milczarek polecał, i podczas kryzysowego spotkania w Smaku Książki autor wydał się spoko — na urodziny).
PS To samo Czarne na podobny temat wydało Wędrowny zakład fotograficzny Pajączkowskiej. JAKŻE inny, ILEŻ lepszy! Ahaaa, to może o to chodziło! Spójrz, jak świetnie — w porównaniu z tym gównianym Mareckim — z podobnym tematem poradziła sobie Pajączkowska! No spoko, wiedziałam to i bez tego.
Temat, który lubię, więc liczyłem na smaczki. Ale jedyny smak to odgrzewanych pierogów, pizzy z pieczarkami i zapiekanek. Może trzeba było częściej wysiadać z auta i za radą kolegi z Ostródy zwiedzać pieszo? Bo cos mało treści na tych 200 stronach. Ale zdjęcia fajne.
Gdyby wyciągnąć wartościowe treści z tej książki, miałaby ona dwie strony. Co gorsza, nie byłyby to nawet wypowiedzi autora, a osób, które spotkał po drodze. Klasistowski bełkot napisany gorzej niż mój pamiętnik z podstawówki. A podobno podróże kształcą...
Sięgnęłam po tę książkę zaciekawiona rozpiętością recenzji na jej temat. Jest to swego rodzaju reportaż podróżniczy, choć wydaje się to trochę rozdmuchanym stwierdzeniem. Pomysł na książkę nie jest nowatorski i został już zrealizowany i opisany (z wdziękiem i taktem) choćby ostatnio przez Agnieszkę Pajaczkowską.
Czytając "Polskę przydrożną" przechodziłam przez następujące etapy: najpierw myślałam, że to taki mały żart i prowokacja. Potem, że to ma głębszą wartość niedostrzegalną dla zwykłego szarego czytelnika - czyli mnie. Następnie przyszło niedowierzenie (to nie może być aż tak kiepskie, autor w końcu jest profesorem co zobowiązuje). Ostatecznie dotarlam do fazy kapitulacji.
Jeśli chodzi o pozytywy, to pomysł nie był zły i mam nadzieję że autor dobrze się bawił na tym krótkim wyjeździe. Zdjęcia są ładne i często pokazują piękno polskiego krajobrazu. Minimalistyczny styl pisania mnie osobiście nie przeszkadza jeśli jest umiejętnie zastosowany. Tu nie jest.
Domyślam się, że intencją autora było pokazanie kontrastu w sposobie myślenia pomiędzy tzw. miejską inteligencją a ludźmi mniej wyedukowanymi ze wsi i miasteczek. No cóż, jeśli Ci pierwsi to wyłącznie źle wychowani, nietaktowni osobnicy z manią wielkości i brakiem umiejętności dostosowania do aktualnego środowiska, jak i kompleksem USA - to autor osiągnął sukces.
I już nie myślę, że autor to napisał w ramach autoironii swojego inteligenckiego środowiska. Bo jaki mężczyzna przedstawia światu swoją narzeczoną jako niezwykle pretensjonalną i oderwaną od rzeczywistości pannę? Tylko taki, który nie ma świadomości tego pretensjonalizmu.
Książka ta to tak naprawdę bardziej zlepek notatek osobistych autora z pojawiajacymi się bez wyjaśnienia osobami, które zna tylko sam autor, do tego co jakiś czas pojawia się sucha wyliczanka miejscowości przez które autor przejeżdża i bardzo irytujące słowo "instastorki", bo to, że autor coś wrzucił w danym miejscu na Instagrama jest takie ważne... :/ Więcej w niej opisów tego, co autor zjadł i jak często prosił o kawę do termosu (bo przecież jest eko) niż tytułowej polski przydrożnej. Do tego momentami mam wrażenie, że patrzył na małe polskie miejscowości i prowadził rozmowy z ich mieszkańcami trochę protekcjonalnie. Plusem jest to, że książka jest krótka i czyta się ją szybko i przede wszystkim jest w niej dużo zdjęć. Z tych zdjęć można rzeczywiście poczuć klimat polski przydrożnej, bo z tekstu autora to już niekoniecznie.
Ta książka jest tak słaba że aż brak mi słów. Po pierwsze, przeczytanie jej od deski do deski zajęło mi 3 godziny. Nie jest to zbiór reportaży, a 2 w miarę ciekawe historie przeplecione niekończącą się listą nazw miejscowości przez które przejechał swoim klimatyzowanym samochodem pełen pretensji wielkomiejski jaśnie pan autor. Całość jest nie do przeczytania. Namiętne porównania odwiedzanych miejsc do tego co jaśnie pan autor widział w Ameryce, anglojęzyczne zwroty „instastorki”, „road trip”, „deadline” i nader wszystko irytujące pseudointelektualne popisy Oli spowodowały że ledwo przebręłam przez tą lekturę. Odłożyłam ją wkurzona i rozczarowana do granic. Wstyd Czarne! Chybaście się szaleju naćpali żeby wydać taki chłam.
Widziałam wiele negatywnych ocen mówiących, że książka jest nijaka i napisana na odwal się. Mam wrażenie, że taki miał być zachowany jej klimat. Marecki, ma się odczucie, "na odwal" jeździ przez polskie bezdroża i relacjonuje wszystko w formie krótkich sprawozdań. Według mnie świetnie oddaje to klimat właśnie tych smutnych, beznadziejnych polskich bezdroży, pełnych obskurnych barów i pijanych lokalsów. Wprowadza w bardzo mirażową atmosferę, jakbyśmy oglądali świat znad rozgrzanego asfaltu. Do przeczytania w 1 dzień, bardzo przyjemna.
Rozczarowałam się bardzo. Temat z ogromnym potencjałem, myślałam, że będzie miał klimat historii drogi, może w amerykańskim stylu, z kurzem w powietrzu, ale wydobywając wszystkie smaczki, które się poza głównymi drogami dzieją. Owszem, kilka wydobywa, ale głównie jest to jednak monotonny dzienniczek podróży, wypełniony nazwami setek miejscowości. Niektóre z nich są zabawne, ale po pewnym czasie są nudne i zlewają się w jedno. Jeśli chodzi o obraz polskiej prowincji niczym nie zaskakuje, jest dokładnie tak smutny, pijany i odrapany jak przywykliśmy o nim myśleć. Książkę czytałam w ebooku, być może w wydaniu papierowym zdjęcia nadrabiają trochę miałkość historii, chociaż nie wiem czy się da. Do tego charakterystyczna ostatnio dla Czarnego niestaranna redakcja. Szkoda, że tak to wyszło.
[2,5 stars] Mówiąc szczerze po pierwszych trzech stronach miałam ochotę rzucić tę książkę w kąt. Ostatecznie jednak nie żałuję, że dobrnęłam do końca, książka ma swój klimat i można z niej coś wyciągnąć ale jednak wyliczanka miejscowości, ciągłe picie i pseudointelektualne komentarze narzeczonej autora irytują do końca książki. Tak samo jak ciągłe komentarze o ekologii podczas samotnej podróży samochodem po całym kraju.
Szkoda mi strzępić ryja, za przeproszeniem, na ten tytuł skoro niżej jest wiele jednogwiazdkowych recenzji, które świetnie opisują, co myślę o tej twórczości.
Autor wyruszył w Polskę autem z ortodoksyjnym założeniem, że uniknie podróżowania większymi drogami i będzie podróżował drogami lokalnymi. Niby nic nadzwyczajnego ale ... zapiski z tej podróży mąka wyjątkowy charakter. To nie jest zwykły dziennik z podróży albo zapis doznań. Autor znika gdzieś a na pierwszy plan wysuwa się Polska małych miasteczek. To jest zapis sesji psychoanalitycznej tego kraju. Słowa, nazwy, skojarzenia, żarty. Polska w tej książce jest naga. Leży na kozetce. Wyrzuca z siebie potok wolnych skojarzeń. Bardzo odświeżające i wciągające. Wiadomo, że nie każdego zainteresuje zapis z takiej sesji analitycznej, wiec i nie każdemu książka ta przypadnie do gustu. Tak czy owak. Polecam.
Pomysł jakiś był ale wykonanie mnie nie urzekło. Autor przedstawiciel wielkiego miasta wyrusza w podróż na krańce naszej cywilizacji spotkać tubylców. Wartości w tym wielkiej nie widzę skusiłem się bo pomysł wydawał się ciekawy.
Stało się. W końcu po nią sięgnęłam. Po premierze „Polski przydrożnej” z lubością śledziłam bitwę na opinie. Popularni recenzenci i blogerzy opisywali ją jako ciekawy eksperyment i wartościową książkę z drugim dnem, inni natomiast (między innymi większość czytelników na portalu Goodreads i Lubimy Czytać). Opis i dostępne fragmenty zachęciły mnie do przystąpienia raczej do tej drugiej grupy. Oto inteligent z dużego miasta wyrusza na objazd po tak zwanej prowincji. Co może pójść źle? No, wszystko. Co poszło? Nie wszystko. Zacznę od tego, co mi się podobało. Marecki opisuje mijane miejscowości, palmy na poboczu zbudowane z opon, bar Egzotic, sklep GS przerobiony na kościół, bar Balbinka oferujący stypy za jedyne 19,90 od osoby – po prostu opisuje, bez zbędnej egzaltacji, zachwytu „egzotyką” i zbędnego budowania naokoło lirycznych historii. Kilka razy zaśmiałam się, czytając o dość kuriozalnych miejscach i oglądając zdjęcia. Z kolei wyliczanka nazw miejscowości pozwala dostrzec, jak różnią się regiony Polski, jakie nazwy charakterystyczne są dla Podlasia, Zachodniopomorskiego, Podkarpacia. Cała koncepcja broniłaby się więc, gdyby autor po prostu słuchał i notował. Trochę gorzej, kiedy się odzywa i wyraża swoje zdanie , bo większość jego wypowiedzi jest po prostu oderwana od rzeczywistości. Spotkanemu pod sklepem facetowi, który opowiada o koszeniu trawnika tłumaczy, że nie wolno, bo to nieeokologiczne (a sam używa mydła kąpiąc się w jeziorze, hm), natomiast z podpitymi nastolatkami pod kebabem próbuje rozmawiać o zmianach klimatu. Trudno mi uwierzyć, że Piotr Marecki jest aż takim intelektualistą, że po prostu nie umie rozmawiać o rzeczach prostych i codziennych. Czemu więc służą te wtręty? Uwypukleniu „egzotyki”, że oto krakowski inteligent z kamerą wśród ludu? Jeszcze gorzej robi się, gdy na horyzoncie pojawia się narzeczona autora. Przysięgam, że musiałam przerywać lekturę, żeby przewrócić oczami. Ola na historię o mężczyźnie zdołowanym zdradą żony reaguje komentarzem, że gdyby poliamoria była bardziej powszechna, to nie byłoby problemu. Wtręty polityczne o Wiośnie i Razem dodają jeszcze więcej abstrakcji. Najlepiej wspominam więc kilkadziesiąt stron mniej więcej w połowie całej historii, kiedy autor nie dzwoni do narzeczonej, a napotkanych w podróży ludzi po prostu słucha. Daje sobie też spokój z imitowaniem lokalnej gwary, które jak dla mnie jest kompletnie niepotrzebne, klasistowskie, a co więcej – utrudnia lekturę. To „zderzenie światów” wydaje mi się sztuczne i niepotrzebne. W końcu żyjemy w Polsce – większość mieszkańców dużych miast ma korzenie lub rodzinę na wsi. Kto z nas nigdy nie pił Frumentu pod wiejskim sklepem? Nie trafił na odpust ani festyn? Nie słuchał disco polo na stadionie? Jeśli nie przeżyliśmy tego sami – pewnie odwiedzaliśmy rodzinę na wsi lub w małych miastach. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że ludzie, którzy nigdy w życiu nie widzieli żywej krowy i nie pili kawy w szklance w wiejskim barze, istnieją. Ale czy na pewno jest ich tak dużo? Sama koncepcja pokazania tego, co jest ciekawe i niezwykłe w miejscach, w których – niby – nic nie ma, jest wystarczająco dobra. Po co dodawać do tego podziały na odklejonych wielkomiejskich inteligentów i „prowincję”?
Wiem o co chodzi w tej książce! To jest pastisz, taka beka trochę w stylu "Emigracji" Malcolma XD. Tego nie można czytać na serio. W dodatku to zostało napisane dla konkretnego czytelnika - żeby ubaw miała ta małopolska inteligencja - Szczerek, Shuty, Stasiuk na pewno mieli śmiechu po pachy.
No i jest to też dis na całą lewicową banieczkę, przylepioną do swojego przysłowiowego sojowego latte, ale oderwaną od ludu totalnie. Te instastorki, kawa w termosie Thirsty (bo broń boże nie pokalam się plastikiem), głosowanie na tę "partię, której zależy na klimacie", no i kilkukrotnie wałkowane heheszki ze światowego obycia jaśniepaństwa hipsteriady, czyli typowe #zagranico "przypominało mi to krajobraz Wyoming, w Ameryce".
Szkoda tylko, że Czarne się nie zająknęło nigdzie w opisie tej książki jak ją czytać. Stąd też Ci wszyscy rozczarowani czytelnicy, którzy zwabieni wizerunkiem wydawnictwa i jego dotychczasowymi publikacjami rzucili się na "Polskę przydrożną" myśląc, że to poważny reportaż czy tam opowieść drogi. Niby jest hint w ostatnich zdaniach książki, że to w gruncie rzeczy dowcip, ale do tego czasu większość już się zdąży zniesmaczyć.
No chyba że się mylę. Wtedy trochę żal. Chociaż też nawet na serio nie czyta się tego aż tak źle, żeby po tym jechać tak zupełnie jak po łysej kobyle.
Zaintrygował mnie pomysł na tę książkę i podobała mi się ta migawkowa forma narracji połączona z fotografiami wykonanymi przez autora. Niestety treściowo "Polska przydrożna" rozczarowała mnie całkowicie. Jest coś takiego w sposobie pisania autora, co mnie przez pół książki gryzło. Za dużo kawy w termosie i "instastorisków", a za mało tytułowej "Polski przydrożnej".
Nie rozumiem tej książki. Nie rozumiem konwencji, nie wiem czy to pastisz czy grafomania, czy narrator celowo przedstawia siebie w sposób absolutnie niebudzący sympatii