Trójka licealistów kręci film dokumentalny o bezdomnych. Nieoczekiwanie wpadają na trop miejskiej legendy dotyczącej groźnego psychopaty żyjącego w środowisku dworcowych wyrzutków. Po zmontowaniu filmu przyjaciele umawiają się na obejrzenie materiału. Są zdziwieni, gdy okazuje się, że ktoś jeszcze miał dostęp do ich sprzętu. Osoba ta sfilmowała z bardzo bliska trzech autorów dokumentu. Im dłużej oglądają materiał, tym mniej przypomina on film, którzy sami kręcili.
Znika jeden z chłopców. Wkrótce policja odnajduje jego ciało… Pojawia się za to dziewczyna do złudzenia przypominająca torturowaną ofiarę z filmu. Czy zaginiony licealista padł ofiarą seryjnego mordercy, czy też prawda, którą sam ukrywał, jest dużo bardziej przerażająca? I kim są tajemniczy Dalekowie, pojawiający się coraz częściej w snach i wizjach dziewczyny?
Wyobraź sobie świat, w którym koszmary ożywają, świat, w którym bliskie osoby kryją potworne sekrety…
“Zimna Fala” Jarosława Klonowskiego to książka sinusoida, w której znakomite niepokojące i wywołujące gęsią skórkę fragmenty przeplatają się z tymi wyraźnie słabszymi. Mnóstwo tu obszernych rozbudowanych opisów, co akurat jest zdecydowanym atutem powieści - gdyż autor ma do ich pisania ogromny talent. Nie tak wielu jest pisarzy grozy, którzy jak Klonowski potrafią w tak realistyczny i sugestywny sposób przekazywać historie. Zdecydowanie najmocniejszą stroną “Zimnej Fali” są wspomniane już przeze mnie - opisy - zarówno te dzieciństwa głównego bohatera, jak i jego spotkań z bezdomnymi. Są to niezwykle mocne i gęste, mroczne, momentami brutalne i posępne fragmenty. W trakcie ich lektury Klonowski za sprawą dosadnego i obrazowego języka serwuje czytelnikowi cały wachlarz emocji - rozpacz, żałość, przygnębienie - żeby wymienić kilka. Tak, lektura “Zimnej Fali” należy do tych zdecydowanie cięższych. Zarówno przez ponurą, momentami wręcz grobową atmosferę jak i sposób opowiadania historii przez autora - nierzadko nie można być na sto procent pewnym, które wydarzenia dzieją się naprawdę, a które są narkotycznymi majakami bohaterów. Sama fabuła jest na tyle ciekawa i intrygująca, a także nieprzewidywalna, że pomimo ogromnej dawki smutku i beznadziejności wyzierającej z kart powieści, trudno na dłużej ją odłożyć. Właściwie pochłania się ją błyskawicznie, a to przez ciągle namnażające się tajemnice i pytania, których rozwiązania czytelnik jak najszybciej pragnie się dowiedzieć. Niestety są i w “Zimnej Fali” słabsze elementy. Tak jak opisy wyszły Klonowskiemu doskonale, tak dialogi - zwłaszcza między parą zakochanych nastolatków - są wyjątkowo sztuczne i toporne. Rozdział dotyczący postaci Magdy jest rozciągnięty do granic możliwości, a tak naprawdę nie jest jakiś bardzo istotny dla fabuły. W zasadzie to był jedyny fragment książki, kiedy prawdziwie się wynudziłam i nie mogłam się doczekać końca rozdziału i zmiany wątku. Przy takiej objętości (mowa o 400-stu stronicowej, w większym niż standardowy wymiarze książce), wielowątkowości i tematyce powieści praktycznie trudno byłoby w miarę początkującemu autorowi (jakim jest Klonowski) całkowicie ustrzec się przed chaosem wkradającym się do opowiadanej historii. I rzeczywiście w “Zimnej Fali” takich chaotycznym, nie wnoszących za dużo do fabuły fragmentów można kilka znaleźć. Mam wrażenie, że skrócenie tej książki o jakieś 50 stron nieistotnych fragmentów wyszłoby jej na dobrze. Pomimo tych nielicznych, acz w znaczący sposób wpływających na odbiór książki - zastrzeżeń, osobiście jestem z jej lektury bardzo zadowolona. Jarosław Klonowski nie poszedł na łatwiznę i nie napisał kolejnego niczym niewyróżniającego się horrorku z hektolitrami lejącej się krwi czy opętanymi małolatami. Nie, Klonowski poszedł w stronę ambitniejszej literatury grozy - wymyślając intrygującą i oryginalną fabułę, skomplikowanych charakterologicznie bohaterów i zaskakujące, acz logiczne zakończenie. A, że momentami autor trochę się w tej wielowątkowej fabule gubi i wkrada się chaos - cóż, warto przeboleć te fragmenty, gdyż mocne punkty powieści zdecydowanie te potknięcia wynagradzają.
Miejska legenda ożywa i zamienia życie bohaterów w psychodeliczny koszmar w „Zimnej fali” Jarosława Klonowskiego.
Kto spędził dzieciństwo na miejskich ulicach, pośród blokowisk, zaułków i ulic lat 90., ten z pewnością pamięta te wszystkie dziwaczne legendy, które dzieciaki powtarzały, trzęsąc się ze strachu. Czarne samochody porywały dzieci. Handlarze organów polowali na dyskotekach. W opuszczonych piwnicach ożywało zło. Nocami aż trudno było czasami zasnąć, a lampka na stoliku nocnym dawała jedynie namiastkę bezpieczeństwa. Z czasem każdy dorastał, legendy okazywały się bujdą dla maluchów i przygotowani na szarość codzienności przenikaliśmy w dorosłość. A gdyby te opowieści okazały się jednak prawdą?
Jarosław Klonowski potrafi zbudować atmosferę czającego się niepokoju. Obudzić to poczucie, że ktoś nas śledzi, warto obejrzeć się za siebie, zobaczyć cienie na granicy wzroku. W „Zimnej fali” największe wrażenie robi właśnie ten zaułkowy, brudny klimat melin Bydgoszczy, która nie do końca Bydgoszczą jeszcze jest, a w zasadzie i jest i nie jest jednocześnie. Rzeczywistość jakoś tak rozmywa się na krawędziach, odbicia prawdziwego świata nakładają się na siebie, a to sprawia, że niczego nie można być pewnym. Ta psychodeliczność i niepewność to najmocniejsze strony tej powieści i Jarosław Klonowski po mistrzowsku nimi manipuluje. Chociaż miejscami potrafi być też nadgorliwy – przedobrza swoje sceny, za bardzo chce przerazić, przekracza pewną barierę i upragniony efekt pęka jak bańska mydlana. Wystarczyłoby zatrzymać się wcześniej i wtedy byłoby idealnie.
W świat „Zimnej fali” warto wskoczyć z impetem – raz, a dobrze, bez ociągania się i wtedy najlepiej odczujemy ten ponury, betonowy, miejski, meliniarki klimat. Przypomniały mi się ponure obrazki z dzieciństwa, jak rozciągnięte w nieskończoność, podśmiardujące zsypami korytarze wieżowców, terkoczące windy i migające żarówki w piwnicach, w których nie wiadomo, czy ktoś się czaił czy to tylko działała moja wybujała wyobraźnia. Jarosław Klonowski wie, jak przywołać tamte obrazy i wie, jak zamienić je w koszmary dorosłości.
„Zimna fala” to taka groza, która nie przechodzi gładko przez gardło, ale zadziwia i zasadza ziarnko niepewności. Polski horror niezmiennie pozytywnie mnie zaskakuje!
“Zimna Fala” Jarosława Klonowskiego to książka sinusoida, w której znakomite niepokojące i wywołujące gęsią skórkę fragmenty przeplatają się z tymi wyraźnie słabszymi. Mnóstwo tu obszernych rozbudowanych opisów, co akurat jest zdecydowanym atutem powieści - gdyż autor ma do ich pisania ogromny talent. Nie tak wielu jest pisarzy grozy, którzy jak Klonowski potrafią w tak realistyczny i sugestywny sposób przekazywać historie. Zdecydowanie najmocniejszą stroną “Zimnej Fali” są wspomniane już przeze mnie - opisy - zarówno te dzieciństwa głównego bohatera, jak i jego spotkań z bezdomnymi. Są to niezwykle mocne i gęste, mroczne, momentami brutalne i posępne fragmenty. W trakcie ich lektury Klonowski za sprawą dosadnego i obrazowego języka serwuje czytelnikowi cały wachlarz emocji - rozpacz, żałość, przygnębienie - żeby wymienić kilka. Tak, lektura “Zimnej Fali” należy do tych zdecydowanie cięższych. Zarówno przez ponurą, momentami wręcz grobową atmosferę jak i sposób opowiadania historii przez autora - nierzadko nie można być na sto procent pewnym, które wydarzenia dzieją się naprawdę, a które są narkotycznymi majakami bohaterów. Sama fabuła jest na tyle ciekawa i intrygująca, a także nieprzewidywalna, że pomimo ogromnej dawki smutku i beznadziejności wyzierającej z kart powieści, trudno na dłużej ją odłożyć. Właściwie pochłania się ją błyskawicznie, a to przez ciągle namnażające się tajemnice i pytania, których rozwiązania czytelnik jak najszybciej pragnie się dowiedzieć. Niestety są i w “Zimnej Fali” słabsze elementy. Tak jak opisy wyszły Klonowskiemu doskonale, tak dialogi - zwłaszcza między parą zakochanych nastolatków - są wyjątkowo sztuczne i toporne. Rozdział dotyczący postaci Magdy jest rozciągnięty do granic możliwości, a tak naprawdę nie jest jakiś bardzo istotny dla fabuły. W zasadzie to był jedyny fragment książki, kiedy prawdziwie się wynudziłam i nie mogłam się doczekać końca rozdziału i zmiany wątku. Przy takiej objętości (mowa o 400-stu stronicowej, w większym niż standardowy wymiarze książce), wielowątkowości i tematyce powieści praktycznie trudno byłoby w miarę początkującemu autorowi (jakim jest Klonowski) całkowicie ustrzec się przed chaosem wkradającym się do opowiadanej historii. I rzeczywiście w “Zimnej Fali” takich chaotycznym, nie wnoszących za dużo do fabuły fragmentów można kilka znaleźć. Mam wrażenie, że skrócenie tej książki o jakieś 50 stron nieistotnych fragmentów wyszłoby jej na dobrze. Pomimo tych nielicznych, acz w znaczący sposób wpływających na odbiór książki - zastrzeżeń, osobiście jestem z jej lektury bardzo zadowolona. Jarosław Klonowski nie poszedł na łatwiznę i nie napisał kolejnego niczym niewyróżniającego się horrorku z hektolitrami lejącej się krwi czy opętanymi małolatami. Nie, Klonowski poszedł w stronę ambitniejszej literatury grozy - wymyślając intrygującą i oryginalną fabułę, skomplikowanych charakterologicznie bohaterów i zaskakujące, acz logiczne zakończenie. A, że momentami autor trochę się w tej wielowątkowej fabule gubi i wkrada się chaos - cóż, warto przeboleć te fragmenty, gdyż mocne punkty powieści zdecydowanie te potknięcia wynagradzają.
Sam zamysł moim zdaniem był niezwykle ciekawy. Przedstawienie zapyziałych zakamarków, o których szarzy ludzie zapominają. W wypadku tej książki siadł klimat i gigantyczny chaos rozdziałowy. Dodatkowa gwiazdka za pomysł ⭐️