Przedziwna książka. I rozczarowująca, bo temat mógłby być o wiele ciekawiej omówiony. No i poza tym "Kraj nie dla wszystkich" to książka bardzo jakościowo nierówna - niektóre fragmenty były absurdalnie niedopasowane do całości narracji*, niektóre trochę nudne, niektóre, przyznaję, całkiem okay.
Drugą połowę książki czytało się o wiele lepiej, niż pierwszą, która zawierała dużo więcej tych dziwnych elementów; fragmentów, w których nie wiedziałam, co właściwie autorka chce nam przekazać. Nie uzyskałam z lektury szczególnie pogłębionego ani spójnego obrazu szwedzkiego nacjonalizmu, a trochę liczyłam na rozebranie go, oraz jego retoryki na części pierwsze. Być może dla osób, które nie mają większego pojęcia o Szwecji będzie to opowieść trochę bardziej wartościowa. Ale też nie jestem tego pewna - prowadzenie czytelnika przez różne wątki czasami jest tak chaotyczne, że, tak jak wspominałam, obraz pozostaje bardzo niespójny.
Poza tym przedziwnie mi się czytało te fragmenty "a'la Elizabeth Åsbrink" (albo może Åsbrink-wannabe? Mi fragmenty, o których mowa kojarzyły się z "1947" szwedzkiej autorki), gdzie nagle na pierwszy plan wysuwała się perspektywa "mikro" historii, co bardzo podkreślało poczucie, że nagle autorka po prostu zmyśla szczegóły "w imię sztuki". Niby jest to typowe dla gatunku, ale tutaj bardzo rzucało się w oczy.
*Jak np. fragmenty o holokauście. Zagaduję, że autorce chodziło o podkreślenie kontrastu, ale nie wierzę, żeby jedynym sposobem na to było cytowanie połowy pamiętnika osób, które holokaust (w Polsce!) przeżyły.