"Szwajcarska rozwaga spotyka polską fantazję. Treściwe jak serowe fondue, ożywcze jak kąpiel w alpejskim jeziorze. Najlepiej smakują popite kieliszkiem chłodnego Chasselas. Lambert Król udowadnia, że opowiadania bez puenty mogą być zabawne.
Jego miniatury grają z mitami na temat Helwetów i przekraczają narodowe granice. Obraz życia szwajcarskiej Polonii przefiltrowany przez wyobraźnię autora mówi nam też dużo o Szwajcarach - ich kulturze, tradycjach i zwyczajach. Między wierszami odnajdujemy niepowtarzalny styl, inspirowany oniryzmem, groteską i czarnym humorem. Takiej książki o Szwajcarii nie było i nie będzie. Gorąco polecam!"
Lambert Król – ur. 1981, absolwent filologii szwedzkiej na Uniwersytecie Jagiellońskim. W przeszłości związany z Bratnią Pomocą Akademicką i czasopismem Plus Ratio. Zadebiutował tomem "Mersi filmol - mikroopowiadania ze Szwajcarii" (Swiss Tales, 2019). "Ostatni Szwajcar na Ziemi" (Seqoja, 2020) to jego drugi zbiór opowiadań. Od 2009 mieszka z rodziną w Szwajcarii.
Cóż za dziwaczny tytuł, zastanowi się czytelnik. Zwłaszcza czytelnik, który nie zna szwajcarskiego dialektu. Przyznam, że mimo znajomości niemieckiego, nie wpadłam, o co chodzi. Zmyliła mnie polska pisownia - tymczasem to przecież zwykłe danke vielmals - czyli wielkie dzięki na przykład. Jak wskazuje podtytuł książki Król obraca się w środowisku szwajcarskim, obserwuje je jednak z perspektywy imigranta - własnej, ale nie tylko. W mikroopowiadaniach przekazuje spojrzenie typowego Sławka i typowej Weroniki, którzy natrafili na mur polsko-szwajcarskiego porozumienia.
O czym pisze więc Król? O przedszkolu i szwajcarskim sposobie na wychowanie maluchów, o wizycie u lekarza, o zdawaniu wynajmowanego mieszkania, o kontrolach na granicy, o tańszych zakupach w niemieckim Kauflandzie, o szwajcarskich kiełbasach, o spontaniczności, oszczędzaniu, zasadach, normach, konwenansach, dialektach. O wszystkich, z czym skonfrontowany zostanie Polak w Helwecji. Wśród tych dość realistycznych opowiadań przewijają się teksty trącące science-fiction i dystopią. Król snuje wizje z przyszłości - o śwince-skarbonce, która zmusza do oszczędzania czy o nowym programie zdobywania obywatelstwa wiążącym się z kasowaniem kulturowych wspomnień z kraju pochodzenia.
Te fantastyczne, oniryczne teksty mogą wydać się dziwne, ale to one są najmocniejszą stroną książki. Zachwycają ironią, sarkazmem, przewrotnością. Znakomite jest opowiadanie, w którym Grażyna zaprowadza na śląskim osiedlu szwajcarskie porządki - nagle życie staje się przyjemne, uregulowane, bloki czyste i zadbane, ale w pewnym momencie szwajcarski ład wymyka się spod kontroli...
Zbiór przedziwnych opowiadań polskich imigrantów zarobkowych w Szwajcarii (tak zostali określeni przez autora). Nie wiem co ta książka miała na celu zobrazować – część opowiadań nie wnosi zupełnie nic (autor, pan Lambert, podzielił się z nami historyjką jak to nie poszedł na lunch z kolegami z pracy o godz. 12, bo nie chciał, ale znalazł chwilę na przerwę w kąciku kawowym, w którym zawsze są cukierki. Koniec.); część opowiadań jest przekoloryzowana lub wymyślona, nie wiadomo w jakim celu (pani żona zabiła pana męża bo ten chciał oszczędzać za dużo pieniędzy w śwince skarbonce); niektóre za to do bólu prawdziwe, ale opatrzone kuriozalnymi komentarzami (np. panie jadące do Zurychu w poszukiwaniu rozrywki, autostradą, wokół której jest zakaz umieszczania billboardów - określona przez autora w wyniku tego zakazu jako przestrzeń „smutna i przygnębiająca, sterylna beznadzieja”). Wydaje mi się, że była to próba ukazania Szwajcarii w krzywym zwierciadle, ale aby zrobić to umiejętnie należałoby wyciągnąć z tych historii więcej wniosków, bo narazie to zbiór obserwacji (w większości) niezadowolonych Polaków, który dałoby się podsumować zdaniem „boli nas to, że Szwajcaria to inny kraj niż Polska”. Nie jestem pewna czy to odkrycie jest wystarczające do napisania książki.
P.S. Książka zupełnie nie nadaje się do czytania dla osób, które nie mówią w języku niemieckim i nie spędziły w Szwajcarii przynajmniej kilku miesięcy, ponieważ autor za punkt honoru wziął sobie używanie spolszczonych lub fonetycznie zapisanych wersji słów z języka niemieckiego bądź szwajcarskiego dialektu. Dla osoby ciekawej Szwajcarii, ale nie znającej jej z autopsji, książka staje się wręcz bezużyteczna. Zakładam, że tak miało być, ale ponowię zatem pytanie - po co coś takiego pisać?