Jest 1997 rok, czworo przyjaciół z kutnowskiego podwórka świętuje nadejście upragnionych wakacji, nie przypuszczając, że prawdziwa szkoła dopiero się rozpoczyna, a deszczowe lato zmieni ich na zawsze.
„Requiem…” to list pożegnalny dla analogowego świata, naiwnego i wciąż nieświadomego swoich ostatnich dni, pełnego głośnych placów zabaw i wiecznie zajętych boisk, amerykańskich snów emitowanych na kanałach kablówki, muzyki z kaset przewijanych ołówkiem, pirackich VHS-ów, oranżady, gum kulek, pstrokatej tandety z bazaru i marzeń o lepszej Polsce, którą niespodziewanie zalała powódź.
Codzienność opisana w powieści została odwzorowana z dbałością o najdrobniejsze detale, lecz z perspektywy ponad dwudziestu lat wydaje się zaskakująca, a nierzadko wręcz niewiarygodna. Warto odbyć tę podróż w czasie, spędzić ostatnie lato w mieście i przyjrzeć się z bliska światu, który utraciliśmy bezpowrotnie.
Oto jest! Moja pierwsza lektura z tegorocznego wyzwania Lubimy Czytać. W styczniu mamy doczytywać to, co rozpoczęliśmy jeszcze w 2019 roku. A tak dobrze się składa, że w czasie Bożego Narodzenia przeniosłam się w czasie do Kutna roku 1997 i musiało nadejść nowa dekad oraz nowy rok abym wreszcie z niego powróciła ;)
Autor swoją powieść lokuje w wakacje 1997 roku. Akcja rozgrywa się na jednym z blokowisk w Kutnie, a jej głównymi bohaterami jest czwórka dorastających chłopców. Narratorem powieści jest Chudy - jeden z nich. Chudy to typowy przykład dobrego chłopaka z dobrego domu. Świadectwo z paskiem, kochający i troskliwi rodzice, całkiem wysoki standard życia. Jego przyjaciele nie mają jednak równie urokliwego życia. Berlin wychowuje się bez ojca i choć na pozór dostaje wszystko, co chce, to tak naprawdę jest małym, porzuconym chłopcem, który praktycznie nie zaznaje od swoich rodziców żadnej miłości. Kuki wychowuje się w patologicznej rodzinie, z kolei Wojtala - zafascynowy okultyzmem i metalową muzyki - musi codziennie mierzyć się z pełnym niezrozumieniem swojej rodziny.
Wszyscy chłopcy mają po 13 lat, są więc w wieku, kiedy człowiek zaczyna przekraczać granicę pomiędzy byciem dzieckiem, a stawaniem się młodym, dorosłym już człowiekiem. Wydaje się, że najgorsze w tym względzie dopiero przed nimi, ale początek tej drogi okaże się być dla chłopców wyjątkowo bolesnym i trudnym - dla każdego z nich z innego powodu.
Wydawać by się mogło, że umieszczenie akcji powieści na jednym tylko osiedlu, w kilku raptem lokacjach uczyni całość mocno klaustrofobiczną. Nic bardziej mylnego. Dla chłopców tych kilka ulic i uliczek stanowi bowiem cały świat. To właśnie na tej z pozoru niewielkiej przestrzeni dzieje się wszystko - ich tragedie, upadki, ale i największe wzloty. W ich życiu wygrana w meczu z chłopakami z sąsiedniego osiedla jest ważniejsza aniżeli Powódź Tysiąclecia i śmierć Diany Spencer razem wzięte. Wszystko to, co dzieje się daleko wydaje się bowiem nie mieć wpływu na ich przeżycia i rozwój.
Pamiętacie książkę "Lata powyżej zera"? Reklamowano ją jako fenomenalną podróż sentymentalną dla pokolenia urodzonego na przełomie lat 80. i 90. Wyszło kulawo, bo autorka tamtej książki dosłownie rzucała czytelnikowi w twarz urywkami mającymi jakby na siłę wywoływać w nas nostalgię. Rafałowi Cichowskiemu ta sztuka udała się znacznie sprawniej. Jego powieść jest bowiem okraszona raczej w smaczki, które mogą w nas uruchomić pewne wspomnienia, ale nie przypominają one chamskiego reklamowania produktu rodem z polskiej komedii romantycznej.
Ciężko mi opisać fabułę tej książki, bowiem jej akcja nie jest wartka i płynna. Nie ma nagłych zwrotów, pościgów i nie wiem czego jeszcze. Jej powolność jednak nie oznacza nudy, bowiem choć na pozór nie dzieje się tu nic, to w chłopcach zachodzą ogromne zmiany i dzieją się w nich wielkie przewroty.
Polecam. Choćby w celu przypomnienia sobie jak to jest, kiedy ma się 13 lat. I kiedy wcale nie jest cukierkowo.
Nostalgiczna podróż do drugiej połowy lat 90., kiedy za 2zł można było kupić gumy kulki, oranżadę w worku i Flipsy, a BRAVO i Popcorn były podstawowymi źródłami wiedzy o idolach. Książka jest napisana w taki sposób, że można poczuć powietrze, którym oddychała młodzież żyjąca w Polsce 1997.