Poezje Tadeusza Micińskiego znam z liceum. Był jednym z ulubionych poetów mojego polonisty, który co jakiś czas cytował wiersz o smutnym Szatanie przechadzającym się po jesiennym ogrodzie. I stąd mój sentyment do autora i decyzja, by przeczytać jego prozę, w postaci ostatniej książki polskiego modernisty. Jakie mam odczucia po lekturze? Mieszane, jeśli nie powiedzieć, że dziwne. Miałem wrażenie, że albo obcuję z tekstem wybitnym, albo z onirycznym, surrealistycznym bełkotem. Bardziej skłaniam się do pierwszej opcji, mimo że książka jest dosyć niezrozumiała i taka by pozostała, gdyby nie obszerny wstęp, który rozkłada ją na czynniki pierwsze i nam ją przybliża. Mene-mene-thekel upharisim jest czymś w rodzaju pamiętnika, który jest mało realny, bez wyraźniej chronologii, za to z bardzo dobrze przedstawioną psychologią głównego bohatera. Są tu znane z wierszy autora motywy lucyferyczne, które bardzo lubię i oddanie ducha epoki Młodej Polski, będącej moją ulubioną erą w literaturze. Powieść fascynuje tym, że pozwala na luźne interpretacje i dzięki nawiązaniom do mitologii z wielu rejonów świata. Jej podtytuł:
Quasi una phantasia trochę zdradza z czym mamy do czynienia, mianowicie z niezwykłym popisem wyobraźni, który wymyka się sztywnym ramom gatunkowym, a w pełni zrozumiałym jest dla bardziej wtajemniczonych. To chyba sztuka dla sztuki. Ars gratia artis i chyba o to w tym chodzi. Pełen popis natchnienia przez muzy. Poza trudna, ale warta zapoznania się znią. Ja nie żałuję i serdecznie polecam!!!