Veronica, dziewczyna z niewielkiego angielskiego miasteczka, od pięciu lat mieszka w Londynie. Trenuje krav magę, pracuje w różnych firmach, zmienia korporacje jak rękawiczki. Dokładnie tak jak niektórzy ludzie zmieniają partnerów. Tyle że Veronica nie ma nikogo, kim byłaby zainteresowana. Za plecami nazywana "królową śniegu", ma uzasadnione powody, by odczuwać niechęć do mężczyzn, szczególnie tych, którym się podoba.
Dziewczyna została zaproszona na ślub starszej siostry — i ma poważny kłopot. Wizyta w rodzinnych stronach to powrót do historii, o której od pięciu lat próbuje zapomnieć. Za smutną przeszłością Veroniki stoi konkretna osoba, niejaki Carter, drapieżca seksualny z rodu o szerokich koneksjach. Niestety, także brat pana młodego. Rodzice Veroniki marzą, by wyswatać ją z Carterem. Aby tego uniknąć, dziewczyna postanawia pojawić się na weselu w towarzystwie jakiegokolwiek mężczyzny, którego będzie mogła przedstawić jako swojego narzeczonego.
Na szczęście londyński przyjaciel Tony podsuwa jej swojego brata Henry'ego, przystojnego i sympatycznego geja, który wspaniałomyślnie zgadza się odegrać rolę przyszłego męża. Veronica jest uratowana!
Tylko że Henry wcale nie jest gejem, a jego postępowaniem kierują konkretne pobudki...
Z wykształcenia anglistka, absolwentka Uniwersytetu Śląskiego, z zawodu kierowniczka w pewnej międzynarodowej korporacji, z zamiłowania autorka romansów z wątkami kryminalnymi i sensacyjnymi. Pisze praktycznie od dziecka, od kilku lat dzieląc się swoimi tekstami w Internecie. Sama dużo czyta, a jej ulubioną autorką pozostaje Joanna Chmielewska. Prywatnie lubi podróże, planszówki ze znajomymi i swojego psa, labradora Milo. Sentymentalna bzdura jest jej pierwszą powieścią wydaną drukiem.
Pierwszy raz zaczęłam tę książkę czytać na samym początku pandemii i przyznam szczerze - zrobiłam to na złość Ludce i jej fankom, bo jestem osobą, która nie odpuści, jak ktoś ją podrapie w złym miejscu. Wymiękłam gdzieś w okolicy szesnastego rozdziału. Powrót do tego barachła trzy lata później był właściwie jeszcze bardziej nieprzyjemny niż się spodziewałam. Czytałam tę książkę w tramwaju, w pracy w luźniejszy piątek, a większość właściwie pochłonęłam (to złe słowo, wpychałam, rzygałam tym, potem wpychałam rzygi do gęby) u rodziców, bez dostępu do laptopa, z alternatywą w postaci polskich kabaretów. Dawno się tak nie męczyłam i gdyby nie wsparcie ze strony moich twitterowych najwspanialszych znajomych to nie wiem, czy wytrwałabym do połowy. Ta książka po prostu jest NIESTRAWNA. Skopiowana żywcem z wattpada, pod wattpad napisana, bezsensowna, której fabuła zmieściłaby się na max. 400 stronach, gdyby autorka co chwila nie robiła recapu, jakby to był odcinek serialu wypuszczany co tydzień na stacji CW. Ale przejdźmy do szczegółów, shall we? I nie obędzie się bez spojlerów, bo nie wierzę, że ktoś chciałby przeczytać to z własnej woli oprócz fanek Ludki, które już to czytały.
Ludka Skrzydlewska nie potrafi pisać. Każdy umie stukać w klawiaturę, więc umie i ona, ale składanie zdań to nie jest wystarczający skill, żeby zabierać się za pisanie powieści. To, co z siebie wypluwa autorka jest ledwie poprawne, bo wysiada przy czymś wykraczającym poza opis wnętrza, jakby robiła audiodeskrypcję katologu Ikei dla niewidomej koleżanki. Kiedy zaczyna pisać o bohaterach, wykłada się jak marcia crocs na oblodzonym chodniku - jak długa, bez gracji, obcierając kolana, robiąc dziurę w dżinsach. Redakcji tu ewidentnie nie było, bo nie dość, że jest masa powtórzeń, czy błędy już takie głupiutkie, wynikające z braku podstawowego riserczu (kaszubska zima w Anglii <3), to jeszcze sama konstrukcja woła o pomstę do nieba. Wszystkie 46? chyba 46 rozdziałów ma po dwanaście czytnikowych stron jak pocięte idealnie kopytka czy łazanki, a połowa z nich kończy się plot twistem, żeby przypadkiem czytelniczki nie zapomniały zajrzeć przy okazji kolejnego update'u... a nie, czekajcie, to książka, nie OPOWIADANIE NA WATTPADZIE. To ma swoją nazwę i nazywa się polsatowskim zakończeniem, ale to nie jest tak, że każdy odkłada książkę na tydzień i nie dość, że potrzebuje streszczenia kolejnego rozdziału, to trzeba zatrzymać w nim ciekawość, co tam się stanie dalej po tym, jak w bohaterkę rąbnął tramwaj, bo motorniczy to jej były mąż i porwał jej dziecko. Takich akcji w Sentymentalnej Bzdurze nie ma, ALE UWIERZCIE MI, SĄ CAŁKIEM PODOBNE. Dobra, przeżyłabym to, serio, to powtarzanie się ciągle, opisy wnętrza wpieprzane w środek akcji czy plot twisty na sam koniec rozdziału. Przeżyłabym, gdyby sama fabuła nie była dwa razy gorsza od tej konstrukcyjnej żenady.
Główna bohaterka daje się poznać od najgorszej strony, kiedy zachowuje się jak małe dziecko w pracy, w której właśnie złożyła wypowiedzenie. Na sam start Ludka funduje nam obraz rozkapryszonej nastolatki... nie, moment, Veronica vel. Ron ma dwadzieścia trzy lata i rysuje na papierze toaletowym komiksy o swoim szefie. Potem kradnie ten papier na odchodne z roboty. A potem w drugiej pracy przy użyciu krav magi łamie typowi rękę, bo się brzydko wobec niej zachowywał, poza tym jest prawnikiem - Ron nienawidzi prawników, więc się mu należało. Streściłam właśnie pierwszy rozdział. Urocza osóbka, prawda? Głównym motywem tej książki jest to, że Ron nałgała rodzinie, że ma narzeczonego, a wcale go nie ma, bo jest STRAUMATYZOWANA i ufa jedynie swojemu przyjacielowi gejowi o wyglądzie Matthew Goode. Tony gra w zespole rockowym, Ron jest bezrobotna i stać ich na dwupokojowe mieszkanie w Londynie. Autorka podkreśla, że dzielnica jest tania (nie jest), ale i tak to jest właśnie BZDURĄ, tyle że na razie nie sentymentalną. Tony podsuwa przyjaciółce swojego brata Henry'ego, który ma twardą klatę, nosi skórzaną kurtkę i - jak dowiadujemy się później - również jest prawnikiem. Jest też cholernie przystojny, zadziorny, mienski blablabla no wiecie, próbuje stopić lód ztraumatyzowanej królowej śniegu, hehe. I tak to mniej więcej potem wygląda przez jakieś dwieście stron. Opis wnętrza, Ron nazywa Henry'ego palantem, znowu jakiś opis, wspomnienie, że wszystkie baby w jej rodzinie są głośne i głupie, opis wnętrza, Henry znów jest palantem i na dodatek uważa, że dobra palcówka jest dobra na wszystko. Do tego wyczuwa dziewictwo przez ubrania i ściany. Nie wiem, które z nich jest gorsze, bo oboje są antypatyczni. Ron wyzywa wszystkich oraz wszystko, cały czas tłumacząc się traumą, którą stapia ostatecznie Henry swoim penisem, bo oczywiście trauma jest z papieru, a Henry ma zaczarowane mazaki odtraumiające. Henry do tego nie rozumie słowa "nie", wszystko musi być po jego myśli, bo jak nie jest, Henry tupie nogą, co w ramach efektu motyla powoduje tsunami w Japonii. Ron mówi "nie" dopóki nie dotyka jego klaty albo co pięćdziesiątą stronę nie czuje, jak Henry włamuje się językiem do jej migdałków. Siedemset stron czegoś takiego i mój lesbianism jest już silniejszy niż kaszubska zima. (a kaszubska zima jest zajebiście silna, co wie Ludka, bo dała tę zimę w swojej Anglii) Trauma Ron, o której ja wspomniałam wyżej, a ona co drugi akapit wynika z tego, że została prawie zgwałcona pięć lat wcześniej przez głównego złola tej książki, rodzina w to nie uwierzyła, więc bohaterka uciekła do Londynu. Teraz, kiedy wróciła z Henrym, jest cockfight, główny złol imieniem Carter carteruje coraz mocniej, co finalnie kończy się tym, że Ron dostaje od niego cios w twarz i wypada przez burtę jachtu (naprawdę, chciałabym zmyślać, ale jak teraz o tym piszę, to nie dowierzam, że Ludka napisała to na serio). Carter dodatkowo zrobił dziecko jednej ze swoich sekretarek, druga się przez niego zabiła, trzecią zgwałcił, a potem zlecił jakiemuś facetowi w ciężarówce, żeby zrobił z jej samochodu żurawie origami, a jeszcze innej byłej sekretarce spalił kawiarnię. Ludka na końcu, przybijając sobie piątkę z satysfakcją, dała mu chorobę psychiczną oraz wpędziła w śpiączkę, żeby na zawsze został warzywem. Autorka żartuje również z choroby dwubiegunowej, śmierci matki bijącej dwóch synów używa jako ZAPYCHACZA, traumę rozwiązuje finalnie seksem w ilościach hurtowych, a także outuje szybko Tony'ego, bo Henry musi przedstawić Ron ich rodzicom. Wszystko teraz podsumowałam, ale chciałam pokazać, jak to mniej więcej w tej książce wygląda. Te wydarzenia, przeplatane opisem wnętrz i wyglądów ludzi, z którymi styka się Ron, są wrzucane jedno po drugim, bez większego namysłu. O, zapomniałam, że Ron jest jeszcze ścigana przez skorumpowaną policję, przed którą ucieka do pociągu, a tam pomaga jej się schować jakaś staruszka! Zdyszałam się, a ja tu tylko streszczam. Jestem w stanie zrozumieć wszystko, ale spieprzenie samograja i spiętrzanie takiej ilości szkodliwego gówna, żeby na końcu wszyscy żyli długo i szczęśliwie - oprócz biednej zabitej, a wcześniej zgwałconej dziewczyny, psychopaty w śpiączce, matki, która w samotności umarła na raka czy instruktorki krav magi z poparzoną twarzą. Tego nie jestem w stanie zrozumieć. Z czyjego happy endu mam się cieszyć? Typiary, która WSZYSTKO potrafi przekręcić tak, żeby było o niej i typa będącego control freakiem, którego drugą główną cechą charakteru jest to, że jeździ SUVem? LOL. No chyba nie. I może nie doceniłam Ludki - to jest jednak TALENT, zrobić tak niesympatyczne postacie, że nagle przychylniej patrzę na Susan Mayer z Desperatek, bo ona chociaż została dobrze napisana. Tutaj nic nie jest dobrze napisane - ani kraj, w którym autorka z jakiegoś powodu postanowiła umieścić akcję; ani trauma głównej bohaterki; ani praca prawników, którzy swoje dyplomy zdobyli w Cheetosach; ani finalnie motywy głównego złego, Cartera.
Czuję się zniesmaczona, zmęczona, styrana wręcz. I chciałabym wiedzieć, czy Ludka Skrzydlewska jest z tej książki dumna, a jeśli tak, to dlaczego? Bo ja bym się osobiście wstydziła podpisać to gówno swoim nazwiskiem, a na pewno nie chciałabym znać osoby, która się pod tym podpisała. Cieszę się, że nie znam autorki. Jeszcze zrobiłoby mi się przykro, a tak to tylko usunęłam Sentymentalną Bzdurę z czytnika NO I ESSA.
Zacznę od tego, że bardzo podoba mi się pomysł osadzenia bohaterów za granicą. Pogratulować autorce, bo nie wiem jak innym, ale mi po prostu źle czyta się o np: smokach w Grudziądzu czy Ance z Warszawy. Brrr, nie. NIE.
Muszę przyznać, że pierwsze 40% książki pochłonęłam jednym tchem. Zabawna, z wartką akcją, stopniująca napięcie, wprowadziła mnie w zachwyt. Niestety, ale reszta wydawała mi się zbytnim przeciąganiem, przez co zaczęła mnie męczyć. W dodatku z zakończeniem to muszę przyznać - autorka popłynęła. Miałam serdecznie dość tej zabawy z czytelnikiem w stylu "nienawidzę mojej rodziny, są tacy źli, odbiorę telefon, wygarnę im i jutro to powtórzę". Przyczepię się też do zakończenia, no bo... nie podobało mi się. Totalny odlot. Plusy za postacie, które mnie uwiodły, chociaż ciągłe testy "ubierz się, zjedz coś" mnie dobijały, ale to debiut! Po prostu następnym razem niech główna bohaterka nie będzie centrum wszechświata, to nadaje złego smaku. Wszyscy do niej dzwonią, wszyscy zabiegają o jej względy i każdy jej potrzebuje. No nie. Podoba mi się pomysł na książkę - przezabawny! W kilku fragmentach płakałam ze śmiechu. Jak na romans spod pióra polskiej autorki to jestem dumna! W końcu ktoś przywrócił mi wiarę! Więcej sięgania po światowy poziom :)
"Sentymentalna bzdura" Ludki Skrzydlewskiej nie zalicza się do gatunku, który czytam zbyt często. W zasadzie romanse (nawet te z wątkami sensacyjnymi) czytam raz na kilka miesięcy i wybierane są przypadkowo. "Sentymentalną bzdurę" wybrałam celowo i z premedytacją.
Dlaczego mnie do niej ciągnęło? Miałam przyjemność czytać wcześniej opowiadanie autorstwa Ludki Skrzydlewskiej pt. "Huldra" zamieszczone w antologii Grupy Literackiej Ailes "Deszczowe sny" i bardzo spodobał mi się zarówno styl autorki, jak i jej pomysł. Drugim czynnikiem, który sprawił, że debiutancka powieść L. Skrzydlewskiej było przeczytanie kilku przedpremierowych rozdziałów i wówczas już WIEDZIAŁAM, że "Sentymentalna bzdura" musi znaleźć się w moich planach czytelniczych.
Dzięki wydawnictwu Editio Red to się udało, za co serdecznie dziękuję.
Tym co przede wszystkim rzuca mi się w oczy czytając teksty Ludki Skrzydlewskiej to niesamowita lekkość pióra i bardzo dobry warsztat pisarski. Nic więc dziwnego, że "Sentymentalna bzdura" jest tak dobrą powieścią i niczym nie ustępuje utworom autorek już istniejących na rynku. Prócz stylu, książka jest solidnie dopracowana pod względem redakcyjnym, czytając nie rzucały mi się w oczy zapomniane powtórzenia, czy irytująco brzmiące zdania.
Co nie znaczy, że niniejsza recenzja to będą same ochy i achy ;)
❤❤❤
Romanse czytam raz na ruski rok i musi mnie coś w nich skusić. Chociaż uwiodły mnie dwa pierwsze rozdziały, to jednak gdy zobaczyłam objętość książki (570 stron) i te drobne literki, w pierwszej chwili się przeraziłam. Styl stylem, chęć do poznania przyczyny, dla której Henry tak ochoczo wpakował się w udawanie narzeczonego Vee swoją drogą, ale objętość plus małe litery stawiały pod znakiem zapytania moje szybkie przeczytanie tego "grubaska". A może "grubaski", bo to przecież, pieszczotliwie zwana, Bzdurka?
Rzeczywistość pokazała, że moje obawy były nieuzasadnione. Czytało się lekko i przyjemnie, a przy okazji zużyłam pokaźną ilość karteczek indeksujących. Kiedy już siadłam z książką i wciągnęłam się w treść ubywało mi stron w bardzo szybkim tempie. Krótkie rozdziały, zrównoważenie dialogów z opisami, humor, a do tego emocjonalność części scen ( i wcale nie mam na myśli tych erotycznych, a były... oj były...) sprawiły, że w kilka popołudni miałam "Sentymentalną bzdurę" za sobą.
❤❤❤
Lektura debiutanckiej powieści Ludki Skrzydlewskiej jest lekka podczas czytania, ale prawie wszystkie wątki już takie nie są. Ignorancja, nadużycia fizyczne, relacje rodzinne, przemoc, trauma to tylko niektóre z nich. I to sprawia, że "Sentymentalna bzdura", chociaż utrzymana w romantycznej tonacji i tego romansu jest naprawdę sporo, to skrywa w sobie treści skłaniające do refleksji i nadają powieści poważnego brzmienia.
Na przykładzie rodziny Vee oraz rodziny braci Valentine Ludka Skrzydlewska pokazuje skomplikowane relacje rodzinne. Rodzina Vee, jej zachowania, a już wymiany zdań z główną bohaterką budziły we mnie wewnętrznego potwora. Co za wstrętna rodzina! Sama będąc matką nie wyobrażam sobie takiego zachowania w stosunku do córki. Kompletnym przeciwieństwem rodziny Cross, są Valentine'owie. Sympatyczna, otwarta, życzliwa rodzina, choć i oni mają swoją trudną przeszłość.
❤❤❤
Bohaterowie zachwycają, wkurzają i zapadają w pamięć. Bracia Valentine: Henry i Tony budzą sympatię od samego początku. Henry, w ogóle to mężczyzna idealny, może t zbyt idealny, przez co odrobinę nierzeczywisty. Nie zmienia to faktu, że ogromnie przypadł mi do gustu :). Taak, jestem zdecydowanie #teamHenry
Victoria Cross, będąca główną bohaterką i narratorką, wzbudziła we mnie sympatię, ale i sporą dawkę irytacji. Jej zachowanie, momentami drażniące tłumaczyłam sobie przeżyciami i młodym wiekiem. Henry wykazywał się iście anielską cierpliwością ;). Najbardziej jednak denerwowało mnie to ciągłe powtarzanie przez Vee, że to tylko udawanie, jakby dwa razy nie wystarczyły, tym bardziej, iż kilka dni wydarzeń zajmuje naprawdę sporą część powieści. A może właśnie to było zwodnicze? Tak średnio co kilka stron miałam ochotę solidnie potrząsnąć dziewczyną, a już gdy tak uparcie chciała trzymać się rodziny pomimo tego jak matka i siostra ją potraktowały, to z jednocześnie było mi jej strasznie żal, bo rozumiałam jej motywy, ale miałam też ochotę dać jej kopniaka na opamiętanie. Ja zapewne będąc na jej miejscu przerwałabym rozmowę i kolejnych połączeń nie odbierała.
Relacje rodzinne to skomplikowana sprawa. Myślę, że Ludka Skrzydlewska świetnie sobie poradziła i stworzyła solidnie dopracowanych bohaterów.
❤❤❤
Trochę szkoda, że wspomniany wątek sensacyjny pojawia w drugiej części książki, a pod koniec akcja przyspiesza wręcz niebezpiecznie. Miałam wrażenie, że przez ponad połowę powieści autorka budowała relacje między bohaterami i podwaliny pod to co miało nastąpić pod koniec. Autorka świetnie buduje napięcie i z przyjemnością przeczytałabym pełnokrwisty thriller jej autorstwa, oczywiście z wątkami romantycznymi i erotycznymi, bo te Ludce wychodzą rewelacyjnie.
A jeśli o erotyce wspomniałam, to i takie sceny się pojawiają. I są emocjonujące, a przy tym nie przesadzone. Jeśli chodzi o sceny zbliżeń czy pieszczot jestem strasznie wybredna, ale autorka nie wyszła poza granice mojego dobrego smaku, zarówno jeśli chodzi o użyte słownictwo, jak i same sceny.
Niektóre wątki mogły zostać pominięte, bo nie wpływają na przebieg fabuły, ale za to obrazują zacieśniające się więzi pomiędzy bohaterami, oraz relacje panujące w rodzinie Vee. Co sprawia, że z jednej strony wydłuża to powieść, ale lepiej poznajemy wszystkich bohaterów.
Tym co mnie, zaskoczyło i rozczarowało zarazem, było rozwiązanie wątku Cartera. Przepraszam, droga autorko, ale tego nie kupuję. Nie i koniec. Szast, prast i po krzyku. Ja rozumiem, że kara straszna dla samego zainteresowanego, ale kurcze no, tak się wywinął właściwie, w wyjaśnienie jego zachowania? Czytałam i nie wierzyłam własnym oczom. Oczywiście wyjaśnienie jak najbardziej komponuje się z całą treścią, ale nie kupuję tego zakończenia, przykro mi.
❤❤❤
Podsumowując "Sentymentalna bzdura" Ludki Skrzydlewskiej to bardzo udany debiut. Choć moim zdaniem rozłożenie akcji jest nierównomierne, to jednak nie należy zapominać, iż głównie mamy do czynienia z romansem i jako romans powieść spełnia swoje zadanie w stu procentach.
Poszukujecie ksiażki, która Was wciągnie, rozbawi i wzbudzi w Was całą gamę emocji?
Lubicie romanse, które nie skupiają się tylko na rodzącym się pomiędzy bohaterami uczuciu i namiętności, ale takie, w których znajdziecie coś więcej?
Macie tendencję do "zadurzania się" w bohaterach? Henry Vanetine skradnie jedno serce ;)
Jeśli tak, to "Sentymentalna bzdura" jest dla Was.
Ja spędziłam przy niej przyjemne godziny, z pewnością będę śledziła literacką karierę Ludki Skrzydlewskiej i zdradzę Wam, że ostrzę sobie ząbki na jej kolejną powieść "Po godzinach", która ukaże się już w następnym miesiącu, także nakładem wydawnictwa Editio Red.
Moim zdaniem Ludka napisała świetną, pełna akcji powieść. Uwielbiam jej styl, który jest lekki i przyjemny i sprawia, że człowiek nie może się oderwać od czytania. Każda jej powieść sprawia, że odnajduje w niej wszystko, czego oczekuje od romansów z wątkiem akcji. Nigdy się nie nudzę, a bohaterowie są tak żywi i barwni, że dzięki nim historia wręcz ożywa. Polecam Sentymentalną bzdurę każdemu, kto lubi nie tylko romanse, ale również akcje, rodzinne tajemnice i dziewczynę z traumą.
Sentymentalna bzdura to książka, która pierwszy raz udało mi się przeczytać jeszcze gdy była dostępna na Wattpadzie. Już wtedy i się podobała. Teraz mam ją w wersji papierowej i czytałam ją już kilka razy.
Historia opowiada o Veronice, która mieszka i pracuje w Londynie. Dziewczyna ma uraz do mężczyzn, nie lubi swojej pracy i nie wie do czego zmierza (w sumie przypomina w tym trochę mnie, tylko że ja nie mieszkam w Londynie i nie zmieniam co chwilę pracy). Nie utrzymuje kontaktu z rodziną i od dawna nie wracała do rodzinnej miejscowości.
Gdy nagle dostaje zaproszenie na ślub, musi na poczekaniu znaleźć kogoś, kto zgodzi się udawać jej narzeczonego. Na szczęście jej przyjaciel ma brata geja, który zgadza się z nią pojechać.
Ogólnie książka mi się bardzo podobała, choć muszę przyznać, że nie wszystkich bohaterów polubiłam. Głównie chodzi mi tu o rodzinę głównej bohaterki, która w ogóle jej nie broniła, mimo że dokładnie wiedzieli co się stało. I na dodatek mówili jej że sobie coś ubzdurała. Trochę mnie to irytowało. Rozumiem więc czemu Veronica nie jeździła do rodziców.
Co do samej Veronici to trochę ja podziwiam, że potrafiła z nimi wytrzymać. Z drugiej jednak strony, trochę irytowało mnie, jak niezdecydowana była. I lekkomyślna.
Jeśli chodzi o głównego bohatera, to uwielbiam to jak troszczył się o Veronicę, z drugiej strony czasem nie podobało mi się to, jak się do niej odnosił. I przekonywał na siłę do czegoś, z czym wiązała się jej trauma. To trochę straszne.
Książka jest jedną z moich ulubionych i pewnie przeczytam ją jeszcze nieraz.
Schemat „Sentymentalnej bzdury” jest podobny do późniejszej powieści „Po godzinach”. Długo dojrzewający romans, któremu na przeszkodzie stają wydarzenia stanowiące dominujący w drugiej części książki wątek sensacyjny.
Narratorką jest dwudziestotrzyletnia Veronica Cross, która pięć lat wcześniej nagle z rodzinnego miasteczka wyjechała do Londynu. Na ślub siostry jedzie z fałszywym narzeczonym, Henrym, głównie po to, aby ukrócić zakusy rodziny chcącej ją wydać za lokalnego wpływowego prawnika Cartera. Postać głównej bohaterki jest ciekawa, natomiast jej powolne dojrzewanie do seksu i miłości, choć naszpikowane przekonującymi niuansami, rozciągnięte jest, zupełnie niepotrzebnie moim zdanie, niemal na pół książki. Z kolei wątek sensacyjny, wpisujący się idealnie w ruch Me Too, mimo kilku zwrotów akcji wypada w tej debiutanckiej powieści Ludki Skrzydlewskiej nie najlepiej. Albo inaczej, ze względu na wagę problemu wolałabym, aby jego instrumentalna funkcja wobec romansu Vee nie zepchnęła całkowicie na margines jego aspektów prawno-obyczajowych.
Nie chciałabym, aby moje zastrzeżenia wobec książek Skrzydlewskiej potraktowane zostały jako wyzłośliwianie. Obie, i tę i tę późniejszą czytałam z autentycznym zainteresowaniem zarówno przebiegiem romansu, jak i kilkoma pobocznymi, obyczajowo-społecznymi wątkami. Ponadto „Sentymentalna bzdura” wolna jest od barokowych stylistycznych wygibasów, czyli pod względem językowym bardziej mi się podobała niż „Po godzinach”. Nie bardzo jednak rozumiem, dlaczego obydwie powieści wyrabiają jakąś objętościową normę 500+ („Sentymentalna bzdura” - 576 stron). Sądzę, że bardziej skondensowana forma podniosłaby ich jakość.
Najgorsza ksiazka przeczytana w tym roku. Poniezej lista tego co najbardziej mnie zdenerwowalo w niej: 1. Glowna bohaterka najpierw sie obraza o wszystko, a potem oczekuje, ze to do niej ktos przyjdzie z przeprosinami, bo sama nie wyciagnie reki pierwsza 2. czas 2 tygodnie i juz sobie mowia, ze sie kochaja???, a po miesiacu sa zareczeni 3. Teskty o feminizmie typu nie jestem feministka, wiec potrafie gotowac XDDD 4. Dorosli nie potrafia rozmawiac ze soba 5. Calosc napisana chyba tylko, zeby spelnic fantazje seksualne autorki, bo cala reszta nie ma sensu 6. Liczne powtorzenia tych samych sformulowan 7. „Nie jestesmy bogaci” po czym opowiada, ze maja prywatnego kucharza 8. Nie pijesz alko to jestes sztywniara. Oczywiscie to nie wszystko, ale nie w skrocie to bardzo nie polecam
This entire review has been hidden because of spoilers.
Okazuje się, że mam problem z tą autorką. Kolejna jej książka i znowu to samo. Naprawdę zabawny i wciągający początek książki, którego mimo oparcia na banalnym i wyświechtanym wątku słuchało się bardzo dobrze. A później niestety znowu sztuczny melodramatyzm i niepotrzebny patetyzm. Moim zdaniem autorka pisałaby dużo ciekawsze książki gdyby skupiła się bardziej na ich komediowym i lekkim charakterze, a nie na siłę wsadzała 'poważne życiowe problemy' z którymi bohaterzy muszą sobie radzić. Veronica też byłaby dużo sympatyczniejsza, gdyby autorka przeznaczyła dla niej zabawne i spontaniczne sytuacje, a nie próbowała z niej zrobić wybawicielkę, która ostatecznie doprowadziła, że prawie wszyscy wokoło niej cierpią.
Kocham wszystkie książki Ludki Skrzydlewskiej – jednak ta nie do końca przypadła mi do gustu. Uważam, że sama bohaterka i jej zachowania były przesadzone. Denerwowalo mnie to, w jaki sposób odzywala się do innych, jak się zachowywała. Historia strasznie się ciągnęła, zdecydowanie można było to zmieścić w połowie całej książki. Historia i jej zamysł jak najbardziej na plus.
Jako romans było dobrze, natomiast jeżeli chodzi o wątek kryminalny to mi się nie podobał zwłaszcza rozwiązanie. Autorka poszła na łatwiznę, miałam wrażenie, że nie wiedziała jak go zgrabnie zakończyć. Vee jest trochę roztrzepana, w niektórych sytuacjach strasznie mnie denerwowała. Henry złoty chłopak lubię takich bohaterów. Książka warta uwagi
„A ty, nawet nie wyobrażasz sobie jak pięknie wyglądałaś jak się kochaliśmy." Tak Henry powiedział dziewczynie chwilę po tym jak miała atak paniki. SUPER POCIESZENIE. Tym bardziej, że ten atak paniki spowodowało to, że ten Henry chciał z nią uprawiać ponownie sex, chociaż ona nie chciała.
nie pamiętam kiedy ostatnio tak długo zajęło mi przeczytanie książki. nie rozumiem wątku gdy komuś umiera ktoś w rodzinie, a jego partner(ka) proponuje seks na pocieszenie. tak to na pewno wszystko naprawi.
Kilka razy czytałam, lubię trochę Guilty pleasure ale trzeba przyznać fake dating, intryga i upośledzona rodzina czasami too much. Czy teraz bym do niej wróciła, tak se ale kto wie czy za parę late tego nie zrobię
Fabuła, z którą poniekąd spotkałam się już w innych książkach, jednak wciąga. Pod koniec zaczyna męczyć, jakby autorka nie wiedziała, kiedy powiedzieć DOŚĆ.
To była zaskakująco dobra lektura, nie spodziewałam sie tego. Ponadto fakt, że sam wątek sensacyjno-kryminalny był lepszy od romantycznego wprawiło mnie w osłupienie!
Nie jestem do końca usatysfakcjonowania zakończeniem i było kilka rzeczy które mnie drażniły, nie do końca odpowiadały ale w ogólnym rozrachunku bardzo się wciagnęłam i dobrze bawiłam.
Czy ta książka zawsze była takim chodzącym redflagiem? Vee jest absolutnie tępa, Henry to manipulant, cała rodzina Very jest pojebana (oprócz jej brata) i ogólnie wszystkie problemy bohaterki się rozwiązały jak znalazła sobie bogatego prawnika. Była nawet w stanie wybaczyć siostrze i matce ich głupotę, a ojciec zgrywał ważniaka, kiedy miał gówno do powiedzenia w tej rodzinie. Dzieci w gimnazjum się lepiej dogadywały i poprowadziły bardziej dojrzałe konwersacje niż wszyscy ci dorośli razem wzięci. To jest chyba najgorsza książka Ludki Skrzydlewskiej, ale z drugiej strony to chyba dobrze, bo była to jej 1 wydana pozycja jeśli się nie mylę, więc jest postęp.