Odwiedź wyjątkową przystań nad Bałtykiem i przeżyj niezapomniane Święta!
Kiedy świat wypełnia magiczna atmosfera, a w powietrzu unosi się zapach świerku i pierników, mieszkańcy nadmorskiego Niechorza rozpoczną świąteczne przygotowania. Przeszkodzą im tajemnice z przeszłości, które wyjdą na jaw w najmniej odpowiednim momencie, oraz kilka niespodziewanych zdarzeń. Czy mimo to wspólne spotkanie przy stole pogodzi ich i sprawi, że miłość zatriumfuje?
Święta to czas bycia razem, czas przebaczenia i radości. Spraw, aby trwał jak najdłużej!
Poszukiwania ulubionej świątecznej obyczajówki trwają w najlepsze, no ale ta raczej do topki nie trafi. Ma wiele elementów, które czyniły lekturę niezbyt udaną: żenujące dialogi, infantylny styl, a na domiar złego, bardzo mało świątecznego klimatu. Tak naprawdę przygotowania do Wigilii zajmują bohaterów w znikomym stopniu i bardziej uwaga jest tu skupiona na skomplikowanych relacjach i (czasami naciąganych bądź słaborozwiniętych) dramatach. Całościowo obawiam się więc, że książka zaraz wyleci mi z pamięci i dołączy do grona miernych pozycji. I to nie tak, że nie lubię przewidywalności, w książkach świątecznych jest ona przecież typowa. Ale jeśli za tym nie idzie też klimat, którym aż chce się upajać, to niestety taka pozycja nie ma nic, czym mogłaby mnie zainteresować.
Mieszkańcy Niechorza powoli zaczynają przygotowywać się do Świąt, jedni mniej inni bardziej. W książce mamy kilkoro bohaterów i każdy z nich ma inne priorytety. Maja marzy o tym by zostać dziennikarką i bierze udział w konkursie, który umożliwi jej studiowanie wybranego kierunku. Klaudia ma już dosyć ukrywania swojej miłości do Bartka. Malwina skrywa pewną tajemnice, ale też pomaga kobietom, które tego potrzebują. Mamy też dwie rodziny, które są ze sobą skłócone. I są też inni bohaterowie. Jednak najbardziej zaciekawił mnie pan Hilary, który pracuje, jako latarnik.
Każdy ma jakiś cel, każdy o czymś marzy. Czy Święta okażą się na tyle magicznym czasem i spełnią się wszystkie marzenia? Czy tajemnice z przeszłości ujrzą światło dzienne? Czy to możliwe żeby uczucie po tak wielu latach jeszcze nie wygasło?
To moje pierwsze spotkanie z twórczością autorki. Trochę na początku przytłoczyła mnie ta ilość bohaterów. Nie mogłam się połapać, kto, z kim i dlaczego ma takie a nie inne powiązania. Jednak im dalej czytałam tym coraz bardziej już się odnajdywałam w tym wszystkim, aczkolwiek początek książki szedł mi przez to bardzo opornie a nawet miałam myśli by zwyczajnie zmienić tę książkę na inną.
Najbardziej do gustu przypadła mi postać Hilarego. Wszystkim wydawał się takim mrukiem, który żyje sam w czterech ścianach i nie ma za dużo do powiedzenia. Jednak latarnik potrafi też zaskoczyć i pięknie pisać o swoich uczuciach.
Podobało mi się też to, że książka została podzielona na części miesiąc do świąt, trzy tygodnie do świat i tak dalej. A każda taka część zaczynała się kawałkiem tekstu piosenki zimowo świątecznej. To pozwoliło mi poczuć, że naprawdę już coraz bliżej święta (czytałam tę książkę przed świętami).
Autorka trochę mnie zaskoczyła zakończeniem książki, może nie było takiego mega efektu WOW, jednak końcówka była całkiem niezła.
Ta historia pokazuje nam, że czasem naprawdę stara miłość nie rdzewieje i w każdym wieku, każdy zasługuje na to prawdziwe uczucie.
Książkę czytało mi się dosyć szybko i przyjemnie. Lekkie pióro autorki zdecydowanie sprawiło, iż nie męczyłam się przy tej książce.
Jedyny minus w tej historii to jak już wspominałam bardzo duża ilość postaci. Na początku naprawdę męczyłam się przy czytaniu i zupełnie nie potrafiłam się zrelaksować, jednak im bardziej się zagłębiałam w tę powieść tym czytało mi się coraz lepiej.
Czy polecam tę książkę? Jak najbardziej, ja uwielbiam te zimowo świąteczne klimaty w książkach, wiec czytanie tej historii sprawiło mi ogromną przyjemność.
A czy wam się spodoba to musicie przekonać się sami.
Bardzo nie mogłam doczekać się tej książki. Minus takiego czekania (a przy tym nakręcania się) jest taki, że oczekiwania w stosunku do powieści rosną z dnia na dzień i przeważnie wtedy przychodzi albo rozczarowanie, albo jakiś niedosyt... A Sylwia Trojanowska napisała swoją pierwszą świąteczną powieść i od razu tak cudowną, że jedyny niedosyt jaki mam, to taki, że książkę już przeczytałam, a chciałabym jeszcze! Piękna, ciepła historia kilku rodzin, a wszystko to w zimowej scenerii Niechorza - miejscowości ważnej dla autorki. Może właśnie dlatego ta powieść jest taka ciepła i kojąca? Jeśli szukacie bożonarodzeniowego cudu, tej świątecznej magii, której w codziennym pędzie nie zauważamy, to łapcie za tę książkę :) Krótko mówiąc, Trojanowska umie w świąteczne powieści :)
Przyjemna powieść, ciekawa i dająca do myślenia. Jest miłość, waśnie, przyjaźń, marzenia i ludzkie tragedie. Wszystko to w magicznych przygotowaniach do świąt. Nie przepadam za tego typu książkami, ale ta przypadła mi do gustu - nie była zbyt przesłodzona, a dialogi były dojrzałe i ciekawe. Bohaterowie dobrze nakreśleni, każdy posiadał swoją własną część książki. Autorka postarała się, aby wątków było całkiem sporo, ale aby dobrze splatały się ze sobą, a dodatkowo aby nie były zbyt skomplikowane. Dzięki temu nie nudzimy się, ale nadążamy za wszystkim i opowieść staje się lekka, przyjemna. Można ją pochłonąć dosłownie w jeden wieczór.
Rodziny Sobótków i Wojnarowskich, niegdyś najlepsi przyjaciele, teraz traktują się jak śmiertelni wrogowie. Odbija się to na Klaudii i Bartku, najmłodszym pokoleniu, którzy brew wrogości swoich rodziców kochają się, lecz muszą swoją miłość ukrywać. Nie oni jedni - Malwina, opiekunka domu dla samotnych matek, również ma pewną miłosną tajemnicę, podobnie jak Hilary, stary latarnik, postrzegany przez mieszkańców Niechorza jako mruk i odludek. Nie jest za to żadną tajemnicą, że ojciec Mai i Iwony ma problem z alkoholem, z którym walczy od dłuższego czasu. Córki wspierają go w tej walce, ale każda z nich ma własne zmartwienia - młodsza konkurs, dzięki któremu może otrzymać wymarzone stypendium, starsza lęk o przebywającego na misji w Libanie męża. Drogi ich wszystkich spotykają się tuż przed najbardziej magicznym momentem w roku...
To już przedostatnia świąteczna lektura, którą przedstawię Wam w tym roku. Losowanie mojego narzeczonego i Wasze głosy w mojej relacji na Instagramie chyba dobrze ułożyły nam kolejność czytania, bo im bliżej świąt, tym lepsze i bardziej świąteczne powieści nam się trafiają. Nie inaczej jest tym razem, bo "Wigilijna Przystań" to dobra książka, w której mocno czuć klimat świąt. A co podobało mi się chyba najbardziej - pozbawiona mało wiarygodnych i serwowanych w nadmiarze dramatów.
Jeśli miałabym wskazać w literaturze kobiecej jeden element, który mnie najbardziej mierzi i odrzuca, byłaby to właśnie przesada w dramatycznych wydarzeniach. Ja wiem, że życie pisze różne scenariusze, ale gdy czytałam chociażby książkę Pani Gargaś, to każdy z bohaterów miał w swojej historii taką dramę, że klękajcie narody. Chociażby samotne macierzyństwo i opieka nad chorym z Alzheimerem na raz. I tak u każdej jednej postaci. Nagromadzenie tych tragedii stawało się przez to miejscami wręcz komiczne. I nierzeczywiste. W tej konkretnej książce nie było ani jednej postaci, która wiodłaby normalne życie - nudna praca, kochający partner, okazyjne wakacje. Nie było się z kim utożsamić. I tutaj wkracza Pani Trojanowska, która potrafi tworzyć ciekawych bohaterów bez sięgania po zagrywki rodem z telenoweli brazylijskiej.
Bohaterowie "Wigilijnej Przystani" są jakby przeniesieni na karty powieści prosto z ulicy jakiegokolwiek miasta. Oczywiście mają swoje problemy - kto ich nie ma? - ale są to problemy, które spotykamy w prawdziwym życiu. Nie chcę mówić o nich za dużo, żeby nie zepsuć Wam radości z lektury, ale zapewniam, że nie przekraczamy tutaj granicy przesady, a i tak z zainteresowaniem śledzimy losy wszystkich postaci. Bardzo mi się to podobało i bardzo dobrze mi się czytało o takich właśnie perypetiach bohaterów.
Akcja toczy się powoli, zupełnie jakby chciała czytelnika przede wszystkim odstresować po ciężkim dniu i zafundować mu opowieść spokojną, piękną i nastrajającą pozytywnie. Czyta się tę książkę lekko i szybko, mimo braku jakoś wybitnie porywających wydarzeń. To się jednak zmienia w końcówce, kiedy docieramy do punktu kulminacyjnego i naprawdę zaczyna się dziać. Powiem Wam tylko, że przez tę końcówkę położyłam się do łóżka godzinę później niż planowałam.
Warsztat autorki jest bardzo dobry, widać, że ma na koncie już niejedną powieść. Ale co z tymi świętami? Przecież po to sięgnęłam po tę książkę, żeby poczuć nadchodzące święta. Owszem, klimat jest. Mocno czuć go dopiero w końcówce, jednak zakończenie wynagradza oczekiwanie na sceny pięknych wigilii i magii świąt łączącej ludzi. Nie mogę tego nazwać inaczej niż "piękne" i mam gdzieś, że ktoś może nazwać tę opowieść przesłodzoną. Jest ciepło, jest miło, jest świątecznie. Mnie tyle do szczęścia wystarczy.
To bardzo sympatyczna historia, która wzbudza w czytelniku ciepłe uczucia i przywraca mu wiarę w magię świąt - tą magię, dzięki której ludzie puszczają w niepamięć dawne spory i zasiadają razem przy wigilijnym stole. Tę magię, dzięki której wspólnie spędzony czas jest ważniejszy od jedwabnych obrusów z Mediolanu z kryształkami Swarovskiego. Może nie jest to dzieło na miarę literackiego Nobla, jednak na ten przedświąteczny czas nada się idealnie. Zdecydowanie jedna z lepszych pozycji z paczki od wydawnictwa Czwarta Strona. Świątecznie polecam!
Po lekturze „Wigilijnej przystani” mam wrażenie, jakbym naprawdę spędziła prawie miesiąc w Niechorzu, niewielkiej wsi nad Bałtykiem. Sylwia Trojanowska potrafi bowiem opisać miejsca, w których rozgrywa się akcja jej powieści, w tak plastyczny sposób, że łatwo je sobie wyobrazić i wniknąć w ten świat.
Jeśli spodziewacie się puszystej i mięciutkiej opowiastki, oświetlonej milionem światełek rozwieszonych na udekorowanych słodkimi pierniczkami choinkach, to chyba musicie wybrać inną książkę ;-) W tej historii nie brakuje, rzecz jasna, świątecznej atmosfery, jednak nie tylko ją znajdziecie na kartach powieści. Jeśli czytaliście wcześniejsze historie Sylwii Trojanowskiej, to wiecie, że konstruowane przez nią fabuły są niebanalne, pełne zaskakujących wydarzeń i tajemnic, do których rozwiązania podąża się z zapartym tchem. Nie inaczej jest i tym razem. W powieści pojawia się tajemnica, która niesamowicie frapuje.
Nie będę zdradzała fabuły, żeby nie psuć przyjemności z lektury, ale mogę zdradzić co nieco o postaciach. Bohaterów poznajemy miesiąc przed Wigilią. Wśród tych na pierwszym planie wyróżnia się na pewno Maja Lubińska, rozgadana i bardzo bystra licealistka, której marzeniem jest dostać się na studia dziennikarskie. Bardzo tajemniczą postacią jest stary latarnik o imieniu Hilary, samotnik i mruk. Najbardziej apodyktyczna bohaterka to Jagoda, szefowa jednego z hoteli w Niechorzu, który prowadzi wraz z mężem, Marcinem. Ich córką jest Klaudia, która uczy języka polskiego Maję. Jest też ciepła, opiekuńcza Malwina i Iwona, która musi zmierzyć się z ogromną tęsknotą i lękiem o zdrowie i życie bliskiej jej osoby. Nie zabrakło również postaci, które nie odgrywają dużej roli w fabule, ale stanowią tak zwane „smaczki”. Moim zdecydowanym faworytem jest Józef, kuzyn Malwiny. Kiedy go poznacie, zobaczycie, że jest wyjątkowy.
Wśród wątków poruszonych w powieści znajdziecie nie tylko świąteczne przygotowania do wigilijnej kolacji, ale także trudny temat niszczących nałogów i przemocy w rodzinie, nieszczęśliwą miłość i tajemnicę z przeszłości. Gwarantuję Wam, że nie będziecie się nudzić nawet przez chwilę. Wręcz przeciwnie, naprawdę trudno odłożyć tę książkę na bok, kiedy już zacznie się czytać.
Podobało mi się uporządkowanie chronologii przy pomocy kolejnych rozdziałów. Narrator opowiada kolejno o poszczególnych postaciach. Dzięki temu łatwo zachować ciąg zdarzeń i bez trudu można śledzić losy pojawiających się bohaterów. Wprawdzie jest ich sporo, jednak wszyscy są ze sobą w jakiś sposób powiązani. Z każdą stroną historia rozkręca się i nabiera kolorów. Postacie zaś są różnorodne charakterologicznie i trójwymiarowe.
Pierwszą powie��ć świąteczną Sylwii Trojanowskiej uważam za niezwykle klimatyczną. Niesie głębsze przesłanie, które warto zachować w sercu. Święta Bożego Narodzenia to nie ozdoby, prezenty czy wykwintne potrawy, ale ludzie i pozytywne uczucia, które powinny królować nie tylko w tym świątecznym czasie, ale przez cały rok.
Polecam Wam tę opowieść! Jestem przekonana, że zapadnie Wam w pamięć i serca.
“Wigilijna przystań” to kolejna świąteczna powieść, po którą sięgnęłam w tym roku, aby poczuć ten wyjątkowy nastrój świąt Bożego Narodzenia. Opowiada o kilku mieszkańcach Niechorza, małego miasteczka nad Bałtykiem i ich perypetiach w przedświątecznym czasie - od czterech tygodni przed Wigilią aż do samej Wigilii. Perspektywa zmienia się co każdy rozdział ukazując nam losy kolejnych postaci. Właśnie ta różnorodność postaci i ich historii przypadła mi do gustu, dzięki temu książka była zdecydowanie ciekawsza i bogatsza. Mieliśmy tam historie dotyczące takich bohaterów jak: samotny, cichy latarnik, kobieta tęskniąca za mężem będącym na misji wojskowej, zakochani niczym z “Romea i Julii”, czy licealistka, która ma ogromne dziennikarskie ambicje, a jednocześnie trudny, rodzinny problem. To oczywiście nie wszystkie postacie! Wszystkie ich losy świetnie się ze sobą łączą, przeplatają i tak samo angażują czytelnika. Niektóre tajemnice, które wychodziły na jaw w trakcie fabuły były naprawdę intrygujące. Świąteczna powieść musi mieć oczywiście dobrze wykreowaną świąteczną atmosferę i “Wigilijna przystań” oczywiście ją miała! Pojawił się pierwszy śnieg, świąteczne dekoracje i przygotowania, ale przede wszystkim ludzie, którzy jednoczą się w obliczu zbliżających się świąt, godzą się, zapominają o dawnych konfliktach, znajdują szczęście w małych rzeczach i lepiej się rozumieją. To właśnie jest magia świąt i dzięki budzącej się empatii i miłości między bohaterami poczułam ją w swoim sercu za bardzo jestem wdzięczna autorce. To ciepło, uśmiech bijące od historii jest wynikiem pięknego stylu autorki. Może nie zachwycił mnie swoją wyjątkowością, czy oryginalnością, ale na pewno świetnie opisał uczucia postaci, ich wątpliwości, pragnienia i obawy. Samo Niechorze też okazało się ważnym elementem powieści. Myślę, że wszyscy miłośnicy morza będą zadowoleni z tej lektury. Kilkakrotnie znajdujemy się na wysokim klifie, a także spacerujemy brzegiem morza w otoczeniu bryzy. Jeżeli szukacie powieści świątecznej, która opowiada o wielu postaciach i dzieli się z czytelnikiem ciepłem i empatią, to “Wigilijna przystań” jest odpowiednim tytułem.
Powieść ma intrygującą konstrukcję - taką, jak film "Listy do M". Czytelnik poznaje losy bohaterów, które się ze sobą splatają. Na kartach opowiadanej historii są tajemnice, różne odcienie miłości, problemy i radości. A także - typowa dla nadmorskich miejscowości w zimie - nostalgia. "Wigilijna przystań" wyróżnia się na tle innych książek świątecznych właśnie swoim klimatem. Niestety jest też kilka potknięć. Dowiadujemy się, że: bohater "do kościoła chodził sporadycznie i rzadko"; molo to "betonowy twór, który umożliwia zwykłym ludziom chodzenie po wodzie" (czyli niezwykli ludzie potrafią chodzić po wodzie? kim są?); ojciec poprosił bohaterkę, aby ta nie mówiła mamie o czymś do 1 stycznia, na co ta się zgodziła, a kilka stron dalej pojawia się informacja, że bohaterka chce powiedzieć matce o tym 25 grudnia i znowu za dwie - trzy strony tata jej przypomina, żeby nie mówiła do 1 stycznia; bohater dopiero wstał z łóżka po wypadku, jest 6:00, a on już dostał raport od pracownicy i to, mimo że się z nią nie widział ani nie odebrał poczty e-mail; inni bohaterowie "szczegółowo oglądali hotel nocą", w grudniu. Osobiście przeszkadzał mi ogrom śniegu nad polskim morzem w końcu listopada (chyba ktoś nie uważał na geografii i nie ogląda prognoz pogody) i przez ostatnie kilka stron książki powtarzanie do znudzenia informacji o "obrusach z Mediolanu". Słowo "od autorki", jakie kończy Wigilijną przystań" chyba było najdłuższym, jakie przeczytałam.
Książka opowiada o paru rodzinach i mieszkańcach nadmorskiej miejscowości Niechorze na krótką chwilę przed Wigilią. Ukazany nam został cały wachlarz ludzkich żyć, problemów rodzinnych i sąsiedzkich. Poznajemy wspaniałych ludzi, którzy posiadają swoje tajemnice, których dzielą dawne konflikty i łączy zakazana miłość. Różne wydarzenia dziejące się w ich małym światku mogą na zawsze zmienić bieg wydarzeń. Czy uda się zorganizować niezapomniane święta?
Sylwia Trojanowska napisała niesamowicie ciepłą i piękną powieść. Choć nie jest to gruba książka i czyta się ją szybko, bohaterowie historii wzbudzają ogromną sympatię czytelnika. Są to po prostu ludzie tacy jak my, z którymi możemy się utożsamić, bo na co dzień każdy z nas przeżywa podobne radości, troski i smutki. Dzięki talentowi autorki możemy na nowo zastanowić się nad wartościami, które powinny zawsze znaleźć się na pierwszym miejscu. Powieść uczy nas, że przecież wigilia to nie wykwintna kolacja i drogie prezenty. Wigilia to ludzie – ludzie, którzy nas otaczają, których kochamy i cieszymy się z ich obecności, za którymi tęsknimy i chcemy być zawsze z nimi. Święta, jak tytułowa „Wigilijna przystań”, powinny jednoczyć, a nie dzielić.
Temu kto jeszcze nie sięgnął po lekturę pani Trojanowskiej – serdecznie polecam.
Muszę się Wam do czegoś przyznać, przy takich ilościach przeczytanych książek, do tej pory nie czytam niczego w stylu powieści świątecznej. Dlatego kiedy dowiedziałam się, że nowa powieść Sylwii Trojanowskiej to właśnie tego typu tytuł wiedziałam, że ciężko będzie się jej oprzeć. I tak też było, gdy podczas Krakowskich Targów Książki miałam okazję nie tylko zakupić ten tytuł, ale również zdobyć autograf autorki nie wahałam się dłużej. Zresztą jak tu się oprzeć kiedy tak nas zachęca:
Kiedy świat wypełnia magiczna atmosfera, a w powietrzu unosi się zapach świerku i pierników, mieszkańcy nadmorskiego Niechorza rozpoczną świąteczne przygotowania. Przeszkodzą im tajemnice z przeszłości, które wyjdą na jaw w najmniej odpowiednim momencie, oraz kilka niespodziewanych zdarzeń. Czy mimo to wspólne spotkanie przy stole pogodzi ich i sprawi, że miłość zatriumfuje?
[reread] 4,25⭐ Jest już trochę po świętach, ale jesteśmy jeszcze w okresie świątecznym, bo kolędy jeszcze nie było (u mnie przynajmniej 🤣). Anyways, co do samej książki to jest to jedna z tych, którą mogę nazwać komfortową, ponieważ gdy ją czytałam, miałam wrażenie, że otulił mnie ciepły kocyk. Myślę, że celem tej książki nie było niewiadomo jakie opisywanie psychiki każdego z bohaterów czy skupienie się dokładnie na każdym z nich, lecz ta całość, to społeczeństwo jakie oni tworzyli było najistotniejsze. Oczywiście, jak to w obyczajówkach nie obyło się bez prostych, lecz jakże mądrych i pięknych, cytatów o życiu i nie tylko, co zawsze mnie w nich ujmuje. Oczywiście książka mogłaby być trochę bardziej zaskakująca, lecz to i tak nie zmienia faktu, że była to pozycja bardzo przyjemna, otoczona miłością, wybaczeniem i nadzieją, które każdy powinien poczuć siadając przy wigilijnym stole z osobami, które kocha. Będzie na pewno w mojej topce świątecznych książek. 💓❤️
Nie mój klimat, zdecydowanie inna grupa docelowa, miałam wrażenie, że książka jest o niczym + jest milion perspektyw różnych bohaterów co średnio lubię, bolały mnie też imiona bohaterów. Może to jest tylko moje złudzenie, ale nie sądzę że ciągłe wplatanie osób z imionami, nie oszukujmy się "starymi" np. Gienek, Gerald, Mirosław, było potrzebne. Myślę, że jest wiele imion, które mogłyby też pasować, ale jak mówię może tylko ja nie lubię jak takie imiona są wykorzystywane w książkach.
Tak samo nazwiska. Nie wydaje mi się, żeby każde polskie nazwisko kończyło się na -ska/-ski, a autorka uparcie trzymała się tych końcówek (z tego co pamiętam jedynymi wyjątkami były Sobótko, Grzelak i Lange). Można było wiele wymyślić zamiast wprowadzać nazwisko np. Ślepowroński.
Dodatkowym aspektem jest to, że nie było żadnego "wyjawienia tajemnic z przeszłości ", co głównie mnie zachęciło do przeczytania, jednak przeliczyłam się.
Czasami również znajdowałam zdania niepoprawnie złożone, co przynajmniej mi utrudniało czytanie.
Końcówka, nie powiem, wzbudziła we mnie chyba jedyne emocje jakie odczuwałam podczas czytania. Była ciekawa.
Mimo to uważam, że innym osobom ta historia może się spodobać.