Nie będzie 5k słów, bo nie mam czasu i nie zmieszczę się w ramce, ale --- że pozwolę sobie dramatycznie spytać: kiedy zaczęliśmy mówić jak bohaterowie na przemian polskich seriali obyczajowych i Killera (albo nowego filmu Patryka Vegi, ale w sumie nie oglądałam poza trailerem, więc nie będę się deklarować)? Nigdy nie słyszałam, żeby ktoś tak mówił na żywo: kiedy staliśmy się głusi na głosy ulicy, rozmowy w tramwajach, plotki w warzywniaku, język urzędowy i całą resztę tych pięknych jak rafy koralowe skarbów, które za sprawą takich książek jak ta odchodzą nieubłaganie w przeszłość?
Ale nie o tym: książka jest poprawnie napisana, w pewnym znaczeniu "poprawności", co sprawia, że na tle polskiej średniej wyróżnia się i tak pozytywnie, ale to trochę zawsze jak najwyższy budynek w Jabłonnej, prawda? Jako kryminał zawodzi: bohater i bohaterka biegają po świecie przedstawionym jak kurczaki z odciętą głową, od czasu do czasu ruchając się z dogodnie zlokalizowanym obiektem płci przeciwnej (nb: jest rok 2020, czy tam 2017 - czy naprawdę stosunek seksualny kobiety z kimkolwiek musi się zaczynać od zignorowanego "nie"? Ale na tamtej stronie wywróciłam już byłam oczami tyle razy, że nawet nie chciało mi się dalej) i najogólniej ujmując, są tak niemądrzy, że trochę (całkiem) chciałam, żeby ktoś ich zabił (wreszcie byłoby to coś oryginalnego!), ale niestety. Na szczęście przestępcy okazują się równie głupi jak bohaterowie, co pozwala skutecznie zakończyć dochodzenie, jeśli za dochodzenie uznamy bieganie jw. i "rudą czarownicę i jej chowańca" (to naprawdę jest jedna z moich top 10 najbardziej żenujących scen seksu).
Analizy "antropologiczne" doktorki antropolożki są mniej więcej tak przenikliwe, jak poranny bełkot pijanego studenta pierwszego roku tuż przed zakończeniem imprezy transmitowanej na żywo TikToku; co najmniej trzykrotnie są określone w książce przymiotnikiem "koronkowe", za każdym razem myślałam, że zapadnę się ze wstydu przy czytaniu (nawet wypisałam sobie cytacik z tą najdłuższą, ale nie chcę przeżywać tego ponownie, wybaczcie). Miałam taką przelotną myśl, że może to tak naprawdę nie jest żaden kryminał, tylko głęboko zakonspirowana powieść kampusowa z kluczem, bezlitośnie piętnująca stan polskiej nauki - ale potem przypomniałam sobie, co czytam, gdzie jestem i ile mam lat.
Stereotypowy cyniczny dziennikarz tabloida powinien zostać w polskiej literaturze zakazany gdzieś koło 1995 roku; nie wiem, czemu tak się nie stało, ale nadal żałuję. Skłonna byłabym w każdym razie złożyć stosowną petycję na stosowne ręce, gdyby znaleźli się inni ludzie dobrej woli, pragnący uratować następne pokolenia niewinnych czytelników przed tą ohydną plagą.
Jestem pewna, że jeszcze o czymś zapominam (siła wypartej traumy). Uwielbiam klisze, a ta książka roi się od klisz: trochę jestem pod wrażeniem, że można je było wszystkie tak widowiskowo, popisowo, spektakularnie, całkowicie zmarnować, przerabiając na nudną, bezrefleksyjną narrację ze świata, w którym, mimo niewyraźnych antropologicznych deklaracji (no hej, "etnokryminał", nie?) nikt się nie zastanawia, czemu wszystko jest, jakie jest i na jakie wygląda.
Jeszcze bym napisała o pewnym rodzaju przedstawiania kobiet, które jest dla mnie osobiście tak egzotyczne, że czułam się, jakbym wróciła nagle i boleśnie do lat 1950 albo filmów Antonioniego: uwaga, to nie jest komplement - ale zwyczajnie mi się nie chce.
Wolałam powieści milicyjne i Bena Aaronovitcha, never again.