Jako urodzona katastrofistka uwielbiam czytać o wypadkach (każdy jest lekcją, nawet jeśli nie każdy da się przewidzieć). O górach (o wszystkich, ale o żadnych tak jak o Tatrach) - to już w ogóle. Trzeba czymś żyć przez tę większą część roku, gdy człowieka tam nie ma. A tą publikacją - bardzo przestrzenną, obrazową, pełną dynamicznych relacji i trafnych refleksji - da się wręcz żyć bardziej. Czytając, cały czas miałam wrażenie, że jestem na miejscu zdarzeń. Na grani, w skale, w kosówce, w śniegu, w syfonach jaskiń. Jednocześnie jako poszkodowany, ratownik i obserwator. To rzadkie.
"Wołanie w górach" to fenomenalne połączenie genialnej "prasówki" (wspaniała kompilacja różnorodnych źródeł z ich wzorowym podaniem, co ułatwia życie wszystkim tym, którzy chcieliby dowiedzieć się jeszcze więcej i poszperać głębiej) z potokiem bezcennych wspomnień (nie tylko autora, ale też mnóstwa ludzi wzmiankowanych w tej publikacji). Wyjątkowy kurs tatrzańskiej topografii (mamy tu naprawdę ogrom materiału, konsekwentnie pogrupowanego rejonami, co sprawia, że wszystkie wymienione nazwy dość szybko zaczynają się układać w obrazki, które stopniowo łączą się z kolejnymi obrazkami, tworząc tę jedną spójną całość. duża w tym oczywiście zasługa Michała Jagiełły, który mimo dużego przywiązania do faktów, starał się nakreślić żywy, barwny obraz, daleki od suchego stylu przewodników) i must-read dla fanów Kroniki TOPR-u (przyznam, że czytam nałogowo).
Nad książką pastwiłam się długo. Nie dlatego, że ma 800 stron i jest ciężka czy nudna (jeśli góry cokolwiek Was obchodzą, to nie jest), lecz dlatego, że nie umiałam się z nią rozstać. Po połknięciu połowy podświadomie zaczęłam ją oszczędzać. Parę dni temu postanowiłam jednak dokończyć lekturę i nawet się nie obejrzałam, gdy się skończyła. Jak żyć?! A tak serio, to jedna z tych książek, które będę wertować jeszcze nie raz. Stokrotne dzięki, panie Michale, za ten piękny obrazek i moc przygód.
Książka, którą znałam "po części", gdyż stare wydanie zajmuje ważne miejsce na mojej półce... ale to nowe, poszerzone, pięknie wydanie - ono to dopiero dorobiło się honorowego miejsca! WOŁANIE W GÓRACH, czyli opowieści o wypadkach w Tatrach, można rzec: kronika tatrzańskich wypadków, opowiedziana przez Michała Jagiełłę, ratownika TOPR, który odszedł od nas nagle 1 lutego 2016r. Jak już wspomniałam, to wydanie jest poszerzone, a pracowała nad nim córka autora Dominika Jagiełło, przy wsparciu Adama Maraska (TOPR). Wyszła z tej współpracy niezwykła, bezcenna pozycja, która nie tylko jest zapisem historycznym, ale i ma wielką wartość edukacyjną. Michał Jagiełło zawsze dodawał "coś" od siebie, i zawsze było to "coś" mądrego, co warto wziąć sobie do serca. Tę książkę czyta się z zapartym tchem, jak najlepszą powieść. Dla mnie, jako osoby, która w Tatrach spędza każdą wolną chwilę, która się pod tymi szczytami urodziła - cóż... tak, dla mnie jest to książka wyjątkowo istotna, a każde z opisywanych miejsc jest mi bliskie. Szczególnie osobiste dla mnie było czytanie o wypadku ostatniego więźnia PRL-u, prof. Józefa Szaniawskiego, który był moim wykładowcą i człowiekiem, z którym często rozmawiałam o miłości do tatrzańskich szczytów. Gdy zginął, byłam na studiach i czekałam na kolejny wykład z tym wspaniałym, radosnym, mądrym i szarmanckim człowiekiem... odszedł, ale na zawsze pozostanie w mej pamięci. To, co rzuca się w oczy zaraz, od pierwszych stron - to rzetelność. Jest też wielki szacunek do opisywanych historii, bo są to niemal zawsze historie smutne, które opowiadają o czyjejś, wielkiej tragedii. Ten szacunek i wypływająca z niego troska o życie ludzkie sprawia, że nie jest to zwykła "kronika wypadków", ale także silnie emocjonalna, czuła narracja człowieka, który wraz ze swoimi towarzyszami nie raz ryzykował własne życie dla życia innych. I oczywiście mamy głównego bohatera TATRY. Góry, które są naszymi, polskimi małymi Alpami, w których jest piękno, ale i groza, które potrafią życie ratować, ale i życie odbierać. Wspaniałość tego niepowtarzalnego regionu polega na jego dzikości... wolności, którą ja zawsze odnajduję na szlaku. Szkoda, że... niestety... nie każdy turysta, to rozumie - ale szkoda moich słów w kontekście WOŁANIA W GÓRACH na takich niedzielnych spacerowiczów. Książka została wspaniale wydana i polecam ją każdemu, kto wybiera się nie tylko w Tatry, ale w każde inne góry, a Ci, co się nie wybierają i tak warto, by poznali, bo ta wiedza może kiedyś uratować życie.
Świetna książka. Masa akcji, opis technik, sprzętu i wypadków. Wszystko wzbogacone przemyśleniami autora, byłego szefa TOPRu. Nutka romantyzmu i wspomnienia pięknych chwil w górach jest również tutaj obecna. Obowiązkowa lektura dla każdego, kto jedzie w Tatry.
Michał Jagiełło – wieloletni pracownik i dyrektor TOPR – stworzył monumentalną książkę podsumowującą działanie ratowników od pierwszych lat działalności służb po początek lat dwutysięcznych. Autor opiera się na zapiskach ratowników z poszczególnych akcji, artykułach, relacjach, rozmowach, ściśle się ich trzymając. Tu nie ma miejsca na jednostkowe losy osób ratowanych, na hipotetyczny ciąg dalszy czy życie po wypadku, to z założenia relacja ze służby poszerzona o osobistą refleksję autora.
Książka z wielu powodów niesamowita. Więcej w niej śmierci niż w "Grze o Tron". Takie, jakkolwiek niestosowne porównanie jest jednak wskazane. Mimo delikatności autora czuje się z tej książki straszny fatalizm. Śmierć, zabity, nieodratowany, zmarła w szpitalu, odstąpiono od reanimacji, zgon na miejscu. Im bardziej czuje się to przygnębienie, tym bardziej zrozumiałe staje się przesłanie ratowników, powtarzane przez Autora niczym mantra: akcja jest w pełni udana tylko jeśli uratuje się poszkodowanych. To właśnie te filozoficzno - praktyczne wstawki stanowią o potędze dzieła Michała Jagiełły (?). Nie kolejne liczby, daty, inicjały ofiar i uczestników wypadków, które w wielu miejscach są "typowe", ale właśnie te miejsca, gdzie Autor zadaje pytania nie związane wprost z okolicznościami danego wypadku. Takich pytań postawionych jest w tej książce wiele. Gdzie jest granica odpowiedzialności przewodnika, który nie jest formalnym przewodnikiem (zawsze ktoś wycieczkę organizuje, nawet jeśli to spontaniczny wyjazd koleżeński)? Kiedy wyczyn zaczyna być brawurą? Czy wolno nam krytykować ludzi robiących głupie rzeczy gdy ich organizmy doświadczają warunków skrajnych (a więc ich mózgi nie pracują jak nasze, zamknięte w czaszce opartej o wygodny fotel)? To jest siła tej książki, która przyćmiewa kolejne opisy wypadków, nieraz połączone ze sobą w dość chaotyczny sposób (miejscami widać wręcz, które fragmenty były dopisywane do wydań kolejnych). Przeczytać warto, choć raczej książka dla osób mocno zainteresowanych górami.
Pozycja obowiązkowa dla chodzących po górach. Książka wydana w 1979 roku a jak najbardziej aktualna. To kompendium wiedzy na temat wypadków jakie mogą nas spotkać w górach. Autor sięga do kronik z początku XX wieku opisując pierwsze tragedie, powstanie TOPR, przebieg akcji ratunkowych a także mówi o własnych doświadczeniach jako pracownika - a później naczelnika Pogotowia Górskiego. Książka uczy pokory wobec gór, zmusza do myślenia - ku przestrodze! Jak najbardziej polecam.
Szybko przeczytalam nawet niezla ksiazke o tym, jak czesto glupota ludzka powoduje rozne wypadki. Potwierdzila tylko, ze dobrze robie, ze nie lubiac gor nie pcham sie tam na sile tylko dlatego, ze niby mieszkanie w Krakowie zobowiazuje do spedzania weekendow i wolnego w gorach. Wole tluc sie przez cala Polske nad morze.