Uwaga, dość spore spoilery w tekście.
W „Człowieku z wysokiego zamku” Dicka jest scena w której jeden z nazistów rozważa co by było gdyby Niemcy wylądowali an Marsie i znaleźli tam Żydów. Bycie Niemcem jest, konstatuje nasz nazista, nieodłączne od spotykania Żydów, niemożliwych do wytępienia niezależnie od nakładu sił i środków. W podobnej sytuacji są, jak można sądzić po lekturze „Pana lodowego ogrodu” polscy konserwatywni liberałowie - nieważne jak daleko od domu, zawsze znajdą swoich komunistów.
Tym razem do walki z czerwonymi staje Vuko Drakkainen człowiek który, jak można podejrzewać, jest wyidealizowanym literackim klonem autora książki, frustrująco podobnym do dziesiątek innych literackich klonów kręcących się po polskiej fantastyce pisanej przez czterdziestolatków. Facet był wszędzie i robił wszystko, był komandosem, kierowcą osiemnastokołowca, reporterem wojennym, astronautą i przemytnikiem. Z katalogu infantylnych marzeń nie był za życia chyba tylko piratem i ninją, ale spokojnie, staje się nimi w samej książce. Nasz komandos-ninja-pirat (ze sporą szczyptą wiedźmina na dokładkę) i oczywiście porządny konserwatywny liberał, trafia na obcą planetę i spotyka tam, surprise, surprise, złych komunistów. Wcześniej doświadcza jednak na średniowiecznym świecie upragnionej wolności – jego szczęście że jest też super wykopanym cyborgiem, bo inaczej raczej by tego doświadczenia nie przeżył.
Nie musiałbym zaczynać od polityki, gdyby nie fakt, że jest się nią nawalanym obuchem przez łeb na co trzeciej stronie książki. Co jeszcze gorsze, ideologiczny klucz służy autorowi do organizacji fabuły tak, że właściwie wiadomo już co będzie się działo w przyszłych tomach – bohaterowie raczej nie wykroczą poza konserwatywno liberalne dogmaty, a „ci źli” będą się zachowywać jak karykaturalni kapitaliści z radzieckiej propagandy, tyle że na odwrót.
Jest to naprawdę smutne, ponieważ poza tym ta książka jest autentycznie ZA-RĄ-BI-STA, szczególnie w pierwszej części w której zmęczone wzorce fantasy ożywają nam przed oczyma, przedstawione z perspektywy „realistycznie” oceniającego swoje otoczenie człowieka XXI wieku. Dawno nie miałem, jak przy czytaniu tej książki, takiego poczucia obcowania z niewytłumaczalną tajemnicą. Gdybym przeczytał, po raz kolejny, „i wtedy bohater zobaczył upiora/zwierzoczłeka/orka” to wzruszyłbym ramionami, natomiast zderzenie naszego cyborga z upiorami powoduje, że naprawdę czujemy się nieswojo. Bohater zakłada że takie stwory nie mają prawa w jego świecie istnieć i w jakiś sposób to założenie udziela się również nam.
Aha, no i walki są super. Bohater jest na tyle sympatyczny i swojski że miło czytać jak patroszy rozmaite paskudztwa.
Niemniej jednak, na litość boską, jest masa dobrej libertariańskiej fantastyki, jest nawet sporo dobrej socjalistycznej fantastyki (Mieville, Le Guin). Klucz tkwi chyba w tym żeby przedstawić własną ideologię w tym co jest w niej ogólnoludzkie, dobre i uniwersalne a nie wyprawiać się na wyimaginowanego Marsa, na którym jako komandos-ninja-pirat możemy skopać tyłki czerwonym, których na ziemi, poza wyobraźnią czterdziestoletnich Panów, wyraźnie brak.