Książka, obok której nie można przejść obojętnie - z wielu względów. Zaczynając od pierwszego wrażenia, czyli zachwycającego wydania, tak pięknego, jak piękne są stare księgi w starych bibliotekach. Warstwa wizualna została dopracowana do perfekcji, nie mogę się do niczego przyczepić. Okładka wyważona, spójna, ze złoconymi elementami, nie ma tu nic "za dużo" ani "za mało". Kolorystycznie cacuszko! Lecz okładka jest jedynie wstępem do wnętrza, a to "wnętrze" skrywa fantastyczne niespodzianki. Całą paletę niespodzianek. "Zabójstwo Brangwina Kąkola" jest powieścią na wpół graficzną, na wpół literacką. Za ilustracje odpowiadał Eugene Yelchin, zaś za słowa M.T. Anderson. Obaj panowie olśniewają talentem, błyskotliwością i niebywałym wzajemnym zrozumieniem dzieła, które tworzą. Dopełniają się, tak bardzo do siebie pasują, że czytelnik przestaje zauważać to, czy czyta, czy ogląda. Jest w tej nietypowej opowieści lekkość i wyczuwalna, namacalna wręcz przyjemność - przyjemność tworzenia. Widać, że autorzy mieli frajdę i włożyli w to serce.
Nie jest to jednak banalna historia, którą opowiedziano wyłącznie dla rozrywki gawiedzi. "Zabójstwo Brangwina Kąkola", to wnikliwa analiza ludzkich zachowań, gorszącej władzy, elit, które elitami są wyłącznie z samonadania i nazwy. Znajdziemy tu "szarych obywateli" dwóch zwalczających się królestw : elfiego i goblińskiego. Autorzy dokonali ciekawego zabiegu, o którym chyba nie mogę wam tu napisać, bo bym zdradziła wiele, ale zdecydowanie pomysł zasługuje na głośnie brawa.
Uderzyła mnie w tej książce prawda, bo jak to z prawdą bywa - nawet z tą oczywistą, o której istnieniu wiemy - bije po pysku. Choć w książce tej znajdujemy moc humoru, który jest pięknie wyważony i faktycznie zabawny, to wyłania się z niej także smutek, bo smutne jest, że to trafna diagnoza, że tacy jesteśmy i że taki świat tworzymy. Co jakiś czas wywołujemy wojny, a codziennie wywołujemy małe wojenki i zarówno te wielkie, jak i te małe w konsekwencji tylko niszczą. Nasze uprzedzenia często wynikają z niezrozumienia, dlatego takie ważne jest podjęcie wysiłku, otwarcie się na drugiego człowieka, bo prywatne sądy zazwyczaj są odbiciem w krzywym zwierciadle nagromadzonych przez lata kłamstw wbijanych nam do głowy przez władców świata. Rozmowa! Rozmowa! I jeszcze raz ROZMOWA. Rozmawiajmy ze sobą, uczymy się od siebie i słuchajmy się wzajemnie - to nam może tylko wyjść na dobre.
Brangwin Kąkol, czyli jeden z głównych bohaterów i jednocześnie bohater tytułowy, elf historyk na początku zraża do siebie wszystkich, również czytelnika, lecz poznaje Werfela, goblina archiwistę, który wywróci jego światopogląd do góry nogami. Co ta dwójka nawywija, ile arystokratycznej krwi napsuje, jakie międzynarodowe nieporozumienia wywoła - tego tutaj nie sposób opisać. Śledzenie ich losów było dla mnie wielką przyjemnością i bardzo się cieszę, że sięgnęłam po tę książkę.
Podziwiam talent obu panów. M.T. Anderson pisze doskonale. Ma charakterystyczny styl i cięty dowcip (cięty, ale elegancki). Jego pomysłowość przerosła moje oczekiwania, bo kto to słyszał o dwugłowym ośle, który sam nie wie, dokąd iść i gdzie ma tył, a gdzie przód (spróbuj człowieku, elfie i goblinie na nim dojechać do celu). Co zaś się tyczy Eugenea Yelchina... świetna robota, ostra kreska, wyrazista, groteskowa i doskonale oddająca klimat opowieści. Ogólnie całość : perełeczka.
9/10
Wydawnictwo Dwie Siostry