Widzę oczami pamięci kamienie – trudno zgadnąć, czy będące resztkami starożytnych domów i świątyń, czy naturalnymi skałami, widzę łąki, na których przeszło dwa tysiące siedemset lat temu szukali nowego miejsca na ziemi pierwsi kolonizatorzy z Grecji. Gdzie, znajdując w jaskiniach czaszki karłowatych słoni, roili sobie istnienie jednookich Cyklopów i snuli historie o wynaturzonych dzieciach Zeusa, o strąceniu do Tartaru, o spotkaniu wędrowca Odysa z biednym Polifemem...
Jarosław Mikołajewski pisząc o Syrakuzach — włoskim mieście, gdzie czas rządzi dwie swoimi prawami — skupia się na tym, co widzi, myśli i czuje podczas swoich spacerów kamiennymi uliczkami. Znajduje się w miejscu, gdzie chrześcijaństwo żyje obok śladów pogaństwa, a pomimo ciszy i spokoju, który panuje poza sezonem, łatwo odwiedzić zabytki i usłyszeć ich historie. Te o Żydach, którzy w piętnastym wieku zostali z miasta przepędzeni. O obrazach Caravaggia. O bombardowaniach podczas drugiej wojny światowej. O historii świętej Łucji... Autor odwiedza miasto w styczniu, a jednak miałam wrażenie, że czuję promienie słońca na twarzy. Że wszędzie jest równie gorąco, co w katakumbach, których jest tam niemało. „Syrakuzańskie" to kolejny dobry tekst z serii rękopisów, czyli miniaturowych reportaży podróżniczych. Kolejny miło spędzony czas.
„Czy książeczka podróżnicza może kończyć się na >>donikąd<<? Nie wiem. Ale się kończy. Choć nie kończy się nic."
Krotki, sympatyczny esej o Syrakuzach, a raczej wrażeniach autora z tygodniowego tam pobytu. Przyjemna lektura, zwłaszcza dla osób które miasto znają, lub zamierzają poznać.