Jacek Fedorowicz, jeden z najwybitniejszych polskich satyryków i felietonistów, w nowej książce barwnie opowiada o tym, jak kręciło się w Polsce filmy kilkadziesiąt lat temu. Z ciepłym humorem i szczyptą ironii opisuje siermiężne czasy cenzury i kłód rzucanych pod nogi niezależnym twórcom.
Przeczytałem Mistrza offu na czytniku i to był błąd, bo trzeba było się szarpnąć na papier, albo ewentualnie audiobooka. Przed lekturą nie widziałem jednak, że pan Fedorowicz umieści w swojej książce tyle kapitalnych zdjęć i rysunków, czasu nie cofnę, ale mogę przynajmniej przestrzec innych potencjalnych czytelników, więc niniejszym to robię - cyfrowa wersja książki wysoce niewskazana.
A teraz do rzeczy.
Nie będę przedstawiał Jacka Fedorowicza, nie będę mówił szkoda na to czasu (znaków/miejsca). Poważnie. Wcale nie chcę wywyższać się ponad potencjalnego ignoranta (dziadek Mateusza Gesslera), nie kokietuję, nie zgrywam inteligenta (przyjaciel Zbigniewa Cybulskiego), po prostu autor imał się tylu zajęć (scenarzysta, komik, konferansjer, kabareciarz, malarz, aktor, biegacz), że mój tekst sam stałby się notką z Wikipedii, gdyby chociaż pobieżnie miał opisać życie zawodowe i twórczość autora, który zresztą sam świetnie o sobie opowiada we własnych książkach. Ta konkretna "Mistrz offu" opisuje twórczość filmową pana Fedorowicza.
Co my tutaj mamy.
Ogrom świetnych anegdot, począwszy od pierwszych występów w telewizji w latach 50, przez blaski i cenie bycia aktorem i scenarzystą, po reżyserię Dziennika Telewizyjnego. Kobiela, Tym, Bareja, Dobrowolski, Łazuka - z każdym z tych wybitnych twórców coś pana Fedorowicza łączy (najwięcej jest chyba o Barei), o każdym ma jakąś anegdotkę, którą z wielkim wdziękiem i pięknym językiem opowiada. Każda jest na swój sposób zabawna, większość ironiczna i żadna wcześniej chyba nie opowiadana, a wszystkie pokazują kawał Peerelowskiej kinematografii z jej absurdami i w całej paździerzowatości, a największą wadą Mistrza jest to, że jest taki krótki.
Jacek Fedorowicz ma 82 lata. Sam o osobie mówi, że jest staruszkiem (w odróżnieniu od Stanisława Tyma, który z racji postury zasłużył, żeby nazywać go starcem), a ja życzę ludziom o połowę młodszym (i młodszym jeszcze, czyli między innymi sobie) takiej witalności, poczucia humoru, dystansu do siebie i klasy. Prawdziwy mistrz.