Polska, Górny Śląsk, połowa lat 70. Na początku roku szkolnego okazuje się, że dwie klasy trzeba nagle połączyć w jedną. Co się stało z dziećmi, które nagle zniknęły? Jolanta Król, lekarka z miejscowej przychodni rozpoznaje u nich rzadką i groźną chorobę: ołowicę. Odpowiedzialna za to jest pobliska huta od lat bezkarnie zatruwająca środowisko. Czy jednej lekarce uda się powstrzymać setki zachorowań i nagłośnić problem tuszowany przez miejscowe władze?
Po latach dawny pacjent charyzmatycznej dr Król wraca do tamtej zagadki i zaczyna swoje śledztwo. Co łączy mapę współczesnych patologii z wydarzeniami sprzed lat? Czy ta historia jest już zamknięta i można opowiedzieć do końca historię polskiego Czarnobyla?
Część reportażowa jest fascynująca, ale niestety fragmenty fabularyzowanej opowieści nie dorównują im poziomem - byłem przekonany, że książka będzie bardziej reportażem bogatym w liczby, fakty i przypisy, a dostałem opowieść o ślinieniu się do dziewczyn i bawieniu się w detektywa.
Wkurzyłam się. Jakby to było non-fiction to było wspaniałe. Ale te wstawki fabularne, zwłaszcza ukazywane jako autobiograficzne autora, które na samym końcu okazują się zmyślone... Okropne i umniejszające tematowi.
Ołowiane dzieci Michała Jędryki to reportaż, po który wcale nie planowałam sięgać, ba, nie słyszałam o nim, dopóki nie znalazłam go w bibliotece. Od razu zaintrygował mnie opis na tylnej okładce: Polska, Górny Śląsk, połowa lat 70. Na początku roku szkolnego okazuje się, że dwie klasy trzeba nagle połączyć w jedną. Co się stało z dziećmi, które nagle zniknęły? (...) Czy ta historia jest już zamknięta i można opowiedzieć do końca historię "polskiego Czarnobyla"? Przyznajcie sami, że brzmi ciekawie. Czy było warto?
Z jednej strony cieszę się, że sięgnęłam po tę pozycję, bo otworzyła mi oczy na temat, o którym nie miałam pojęcia, choć mieszkam na Śląsku od urodzenia. To, że kopalnie i huty zanieczyszczają powietrze, wiadomo nie od dziś. To, że huta w Katowicach Szopienicach wywoływała chorobę zwaną ołowicą na taką skalę, zwłaszcza wśród mieszkających w pobliżu dzieci, to dla mnie novum. Problem zidentyfikowały i zaadresowały dwie odważne lekarki - dr Jolanta Wadowska-Król oraz prof. Bożena Hager-Małecka, prawdopodobnie ratując tym sposobem wiele istnień. Co ciekawe (choć biorąc pod uwagę tamte czasy - niezaskakujące), wszystko odbywało się w tajemnicy, bo dla władz liczyły się wyniki i prestiż huty.
I na ch* pani robiła te badania? Tylko teraz kłopot jest. My mamy kłopot i z panią mamy kłopot.
Mam jednak w stosunku do książki parę zastrzeżeń. Pierwszym z nich jest *spoiler alert* fabularyzacja połowy reportażu, do czego Autor przyznaje się dopiero na końcu książki (jeżeli to zepsuje Wam lekturę - przepraszam). Rozumiem zamysł, by oddać głos bohaterom historii, czyli tytułowym "ołowianym dzieciom" (do grona których należy sam Jędryka), poprzez wykorzystanie narracji pierwszoosobowej, narratorem czyniąc dziecko. Moim zdaniem jednak zabieg ten tutaj nie wyszedł. Wciąż nie wiem, dlaczego Autor zgrywa osobę bardziej "cool", by sprostować później, że wydarzenia z lat 70. wcale tak nie wyglądały (zresztą “cool” jest aż do epilogu, w którym wychodzi jego poczucie wyższości nad dawnymi kolegami z klasy). To sprawia, że mogę tylko się zastanawiać, jakie fakty zostały jeszcze "naciągnięte".
Drugie zastrzeżenie to momentami kiepska redakcja (wciąż przeżywam "martwe zwłoki") i opis na okładce, który wprowadza w błąd.
Mimo wszystko nie żałuję czasu poświęconego książce - poznałam kartę historii Katowic, o której nie miałam pojęcia. Ciekawa jest dla mnie również konkluzja, łącząca mapę współczesnych patologii z miejscami zamieszkania dawnych ołowików. Teraz chętnie zgłębię temat, posiłkując się znalezionymi w (skromnej) bibliografii materiałami. Książkę (mimo wad) polecam innym osobom zainteresowanym tą historią.
Po obejrzeniu serialu ta historia była dla mnie strasznie miałka. Całkiem inaczej jest zobaczyć historię ze strony dziecka, które przeżyło, ale z drugiej strony, nie tego oczekiwałam po książce. Myślę że w tej formie wolałabym poczytać o samej doktorce, a z tym panem chętnie posłuchałabym podcastu, albo wywiadu. Może zawiódł styl?
Gdyby nie to, że czuję się całkowicie nabita w butelkę przez wydawnictwo, dałabym 2-2.5 ⭐ Bo czyta się rzeczywiście błyskawicznie, autor ma dobre pióro, przez tekst się płynie i można lekturę skończy się na jednym posiedzeniu. Tyle że "Ołowiane dzieci" obok reportażu z prawdziwego zdarzenia to nawet nie stały, a na to się nastawiałam - na samo "mięso": merytorykę, fakty, liczby, statystyki, tło historyczne i socjologiczne, Śląsk tamtych czasów. Dostałam za to REPORTAŻ FABULARYZOWANY, gdzie do samego końca nie byłam pewna, czy autor to wszystko sobie wymyślił, czy jednak był uczestnikiem tych zdarzeń i po latach to tylko odtwarza.
Nie przeczę, część reportażowa o Matce Żywicielce - Matce Trucicielce ciekawa, ale dla mnie to za mało, rozbudziła apetyt i nie zaoferowała nic więcej. Myślę, że spokojnie dałoby się tu wcisnąć więcej Śląska i przedstawić temat też z innych perspektyw (z naciskiem na przemysł w tamtym okresie), również tych odnoszących się do współczesności i dzisiejszego odbioru tamtych rejonów.
Przeokrutne rozczarowanie. Niestety, mam wrażenie, że z naddchodzącego serialu Netflixa dowiem się tyle samo (tzn. równie mało) co z tekstu Jędryka, a moją motywacją do lektury było zapoznanie się z tematem. Z nadzieją, że "Ołowiane dzieci" będą solidną bazą...
Byłam bardzo ciekawa tego reportażu, wcześniej nie słyszałam o tej sprawie. Jednak forma (za dużo fabularyzowania) bardzo negatywnie wpłynęła na mój odbiór.
Wydaje mi się, że każdy mieszkaniec Śląska powinien sięgnąć po Ołowiane dzieci. To moim zdaniem bardzo dobre wprowadzenie do tematu, który nadal jest ważny i dotyczy pokolenia naszych dziadków/rodziców.
Książka pokazała mi historię, o której nie miałam pojęcia i zainteresowała do drążenia tematu. Na pewno sięgnę jeszcze po książki zachaczające o tą tematykę.
Jednak jak dla mnie za mało tutaj było informacji typowo reportażowych, a za dużo historii o zakochaniu głównego bohatera.
3,5/5. Więcej reportażu, a mniej fabuły pomogłoby książce. Albo zamiast fabuły - skoro autor i tak czerpał w niej z własnych przeżyć lub wywiadów np. z osobami, które trafiły do prewentoriów - wtrącenia o tych postaciach, których dotyczyły. Zachowałoby to lepiej charakter reportażu, a wciąż zgodnie z zamysłem autora „przełamywało” go bezpośrednią relacją. Wciąż jest to cenna lektura, która przybliża trochę zapomnianą historię.
Ważna historia jednak fabularyzowane fragmenty były po prostu nieciekawe. Ogólnie książka dobra ale za mało w niej było reportażu a za dużo beletrystyki.
Chcąc obejrzeć serial na Netflix "Ołowiane dzieci" postanowiłam najpierw przybliżyć sobie odrobinę chociaż temat, bo był mi kompletnie nieznany. Od razu wyszukałam książki i postanowiłam na tę, która była inspiracją dla platformy, czyli "Ołowiane dzieci. Zapomniana epidemia." Michała Jędryki. Byłam pozytywnie nastawiona do książki. Nie chciałam się zniechęcać negatywnymi komentarzami, ale już pierwszy rozdział wprowadził mnie w małe zaskoczenie. Pisany z perspektywy autora nie dawał atmosfery reportażu, ale nawet to mnie nie zniechęciło tylko czytałam dalej. Moim zdaniem jest tu zbyt dużo opowieści o PRL. O tym jaki to był system. Skoro już autor opowiadał o tym jak bawił się w samozwańczego młodego detektywa to mógł nie zbaczać z tematu i kontynuować to jak dowiadywał się o ołowicy wśród koleżanek i kolegów. Dodatkowo jego życie miłosne w PRL też nie było tematem tej książki. Jeśli autor chciał napisać autobiografię to mógł to zrobić normalnie, a nie pod przykrywką reportażu. Autor pod koniec przekonuje, że za patologię w miejscu gdzie mieszkał, gdy był dzieckiem odpowiada ołowica. Pozwolę się z tym nie zgodzić w 100%. Ołowica odpowiada za choroby genetyczne, mutacje, które mogą wpływać na pokolenia, za opóźnienia w rozwoju u dzieci. To jest udokumentowane naukowo i z tym nie dyskutuję i z tym się zgadzam jak najbardziej. Jednak nie odpowiada za patologiczne zachowania. Za to odpowiadają ludzie, którzy wychowali swoje dzieci, a potem te dzieci, że podjęły taką a nie inną droga. Podał przykład dorosłego, który podejmował złe decyzje, bo nie mógł poprawnie myśleć z powody chorób i opóźnień związanych z zatruciem ołowiem, ale ani nie pił ani nie palił. Był po prostu niepełnosprawny umysłowo. Nie był typowym Mietkiem spod monopolowego. Gdyby tym usprawiedliwiać zachowania (podkreślam zachowania a nie choroby) patologiczne na Śląsku to jak wytłumaczono by je w innych regionach Polski? Dodatkowo autor pod koniec przyznaje, że gdzieś coś pomieszał, a może nawet sobie dopowiedział, bo czas zatarł pamięć, że swoje wspomnienia wymieszał ze wspomnieniami innych. On nigdy nie był w Istebnej, aby leczyć ołowicę. Stąd moje pytanie: jak zakwalifikowano to jako reportaż? Rozdziały z perspektywy autora czytało się topornie. Za to te z Paniami doktor były płynne i odpowiadały formie reportażu. To pokazuje, że dało się to zamknąć w dobrym reportażu, który nie będzie bazował tylko na współczuciu. Uważam, że trzeba mówić o tym jak podłym systemem był PRL, gdzie liczyły się cyfry a nie człowiek i pamiętać, że był gotowy poświęcić ludzi w imię wyrobienia norm. Jednak nie można tego robić takim reportażem. Ja jestem zdecydowanie na nie. Czułam się ogromnie zdegustowana podczas lektury i nie wiem czemu nikt wydający tę książkę tego nie dostrzegł, że to po prostu nie jest reportaż. "Czasami największą zemstą losu jest, że pozwala, by spełniały się nasze marzenia."~ Michał Jędryka, Ołowiane dzieci. Zapomniana epidemia, Warszawa 2020, s. 210.
podzielam negatywne recenzje - czuję się oszukana, to absolutnie nie jest reportaż. autor dosyć wyraźnie oddziela wstawki fabularne, autobiograficzne, od tych, które mają opowiadać historię choroby i pracę lekarzy, jednak ostatecznie w nic tutaj nie wierzę. historia dziecka i jego koleżeńskich zauroczeń jest całkowitym zmyśleniem, a części reportażowe... cóż, również są fabularyzowane, czego nie znoszę, zwłaszcza, jeśli nie ma tam przypisów i odnośników, które mogłyby choć trochę uwierzytelniać te spisane rozmowy i spotkania.
sposób napisania tej książki strasznie mnie irytował, przemęczyłam ją, czegoś się dowiedziałam, ale kosztowało mnie to bardzo dużo złości - głównie na wydawnictwo, bo to ono odpowiada za to, jakie oczekiwania rozbudza w czytelnikach. nie wiem, po co było to wymyślanie historii życia, co miało na celu ślinienie się do dojrzewających dziewcząt, naprawdę nie wiem, na co to komu i co ma wnieść do historii CHOROBY i społeczności, jaką ona dotknęła.
Zdecydowanie podzielę pojawiające się opinie na temat tej książki. Wątki czysto osobiste pomijałam, a te skupiające się na postaci dr Wadowskiej-Król pochłaniałam z nadzieją na więcej. Jedyny plus jaki tu znalazłam, to przedstawienie postaci tej heroicznej kobiety i natrafienie na świetną "Doktórkę od familoków".
Książkę czyta się dobrze ale kiedy na koniec dowiedziałam się, że połowa to fikcja literacka to poczułam się autentycznie oszukana. Chyba wolałabym prawdziwe wspomnienia autora i chociażby wspomnianego lekarza z prewentorium niż wymyślone historie. Mam natomiast nadzieję, że końcowe życzenie autora się spełni, bo faktycznie "jesteśmy to winni ołowianym dzieciom".
This entire review has been hidden because of spoilers.
nie wszystkie wątki/zabiegi narracyjne mi tu siadły, ale chyba nigdy nie czytałam tak przyzwoitej powieści reportażowej (reportażu fabularyzowanego? hm? to to samo, czy jednak przyczynek do dyskusji?) na rodzimym podwórku.
nie pojmuję tego reportażu, jaki jest cel opisywania miłosnych przeżyć szóstoklasisty albo meczu piłki nożnej w sanatorium? jaki ma to związek z tematem reportażu? i jeszcze te wydarzenia nie miały miejsca (?) tak rozumiem notkę od autora :p
Cześć reportażowa to cudo czyta sie ją wspaniale, niestety dodatki fabularne bardzo zniechęcają, ciągną sue niemiłosiernie i odbierają powagę calej sprawie.