Bun Chu nadal trudno się pogodzić ze zdradą Walecznego Księcia Obrońcy, ale nie może dalej zwlekać z działaniem. Dakki zmusza go do wykonania jakiegoś kroku, wysyłając za Hiko własnych sługusów. Bun Chu nie ma więc wyboru i chce wyświadczyć dawnemu przyjacielowi ostatnią przysługę - samodzielnie skazując go na śmierć. Z tego powodu wysyła w ślad za nim swoich najpotężniejszych sprzymierzeńców, Czterech Mędrców z Wyspy Dziewięciu Smoków…
W sumie tym w większości jest ten cały tom - konfrontacją z wysłannikami, mającymi ,,zająć się” Hiko. Od sługusów Dakki, będących tylko zasłoną dymną, przez dwóch wysłanników Bun Chu, którzy mieli tylko kupić trochę czasu, aż do wspomnianych Czterech Mędrców, będących swego rodzaju rywalami taoistów z Góry Kunlun. Tym samym nieunikniona wojna może przenieść się ze świata śmiertelników również na Nieśmiertelnych… Do akcji wracają też Yozen i Nataku! Obaj dający popis nie tylko swojej siły, ale i wartości, którymi się kierują. Nataku może cierpieć tu trochę na problem Goku - mając przeciwnika dosłownie na hita wycofuje się, aby dać mu równe szanse w walce. No można powiedzieć - debil, ale jednocześnie Nataku nauczył się czegoś w trakcie ten konfrontacji i tak naprawdę staje tym razem do walki z trochę innym podejściem. Do tego Czterech Mędrców tak naprawdę nie jest tu tymi ,,złymi”... Nadal wspólnym celem wszystkich pozostaje pokonanie Dakki, jednak sposób i droga ku temu obu stron jest zbyt różna, aby mogli ze sobą współpracować. A Dakki tylko patrzy i się śmieje, że udało jej się tak namącić, że jej wrogowie jak na razie walczą sami ze sobą, zamiast tworzyć przeciwko niej wspólny front…
I po raz kolejny powtarzam, że za to właśnie lubię tę mangę - za knucie, za gierki, za to że najważniejsze rzeczy rozwiązuje się tu nie piąchą, ale sprytnym umysłem. Nawet ktoś taki jak Hiko, wyglądający i działający bardziej jak chodzący czołg, jako jeden z niewielu nie daje się zwieść powierzchowności Taikōbō i widzi w nim jedyną osobę mogącą przeciwstawić się Dakki i Bun Chu - do tego mogącą przeciwstawić się skutecznie. W ogóle można odnieść wrażenie, że Taikōbō z premedytacją robi z siebie ,,łajzę”, dając tym samym możliwość innym do wykazania się - a przede wszystkim walczenia o swoje własnymi rękami. Nie jest kimś kto broni, ale bardziej nakierowuje. Jest taktykiem, który nie tylko potrafi wykorzystać słabe strony przeciwnika, ale również te mocne swoich sprzymierzeńców. W końcu jego celem jest pomoc śmiertelnikom w wywalczeniu sobie własnej wolności, a nie robieniem wszystkiego za nich. Choć niepozorny (i czasem wkurzający) Taikōbō potrafi być prawdziwym Mędrcem.