Ta książka to reporterska opowieść o siedemdziesięciu latach Nowej Huty – od 15 czerwca 1949 roku i wbicia łopaty w miejscu budowy pierwszego bloku mieszkalnego aż po wygaszenie 23 listopada 2019 roku ostatniego wielkiego pieca w kombinacie metalurgicznym.
Leszek Konarski historii Nowej Huty nie dzieli na czas lepszy i gorszy. Pisze o mieszkańcach Nowej Huty i pracownikach kombinatu metalurgicznego; zarówno o tych, którzy we wczesnych powojennych latach uwierzyli w możliwość zbudowania idealnego miasta i miejsca pracy, i temu celowi poświęcili całe swoje życie, jak i o tych zwalczających później wypaczenia socjalizmu, którzy tych pierwszych potępili i skazali na zapomnienie. Jedni i drudzy mieli swoje ideologie, ale takie same pragnienia – wszyscy chcieli mieć własne mieszkania, dobrą pracę, rodzinę i cieszyć się życiem w najpiękniejszym z miast, które sami dla siebie zbudowali. Marzenie o szczęściu było ważniejsze niż polityka.
Podczas lektury miałem wrażenie, że auto po prostu wziął swoje stare notatki sprzed lat i chronologicznie umieścił je w książce, nie zważając na tematykę. Przeplatają się historie z czasów budowy dzielnicy, anegdoty robociarskie z kombinatu, parę dat z czasów Solidarności i strajków, murzyn z Nowego Jorku w zespole koszykarskim Hutnika i opisy barów mlecznych. Autor za bardzo skupia się na latach 80. i strajkach, zamiast więcej miejsca poświęcić znacznie ciekawszym latom 50. - parę rozdziałów, 90. - jeden.
Korekta w książce szwankuje, mamy tutaj Pleszew zamiast Pleszowa i osiedle Oświecenia na długo zanim powstało. Bardzo krótkie rozdziały, niektóre na dwie strony i masa zmarnowanego miejsca, bo jeśli rozdział kończy się w połowie strony, to reszta jest pusta i kolejny na nowej kartce. To niedopuszczalne marnotrawstwo papieru i lekki zapach myszy.
Cieszy każda pozycja o naszej dzielnicy, ale ta jest po prostu średnia i po lekturze pozostaje poczucie niewykorzystanego potencjału.