Piątek, 20 kwietnia 2018 roku, ładny wiosenny poranek. Siedziałem, jak zwykle, z kawą przy kompie i odpisywałem na maile. I koło jedenastej zaczęły atakować mój telefon powiadomienia z Twittera i sportowych aplikacji. Wszystkie miały do przekazania jedną wiadomość - Arsene Wenger odchodzi z Arsenalu! Rzuciłem się na te newsy jak w gorączce, a chwilę później - zaskakując samego siebie - rozpłakałem się jak dziecko.
Wenger był menadżerem Kanonierów przez prawie całą historię mojego im kibicowania (zaczęło się rok przed jego przyjściem w 1996 od pojawienia się w klubie Dennisa Bergkampa, od lat noszę się z uruchomieniem bloga Blame Dennis…) i żadna inna publiczna osoba nie była tak często i regularnie obecna w moim życiu - konferencje przed i po meczowe, transmisje spotkań, analizy po kolejkach Premier League i Champions League, wywiady, twitty… Ceniłem go za jego inteligencję, poczucie humoru, wiedzę i drużyny, które przez te wszystkie lata w północnym Londynie zbudował. Nawet w tych gorszych chwilach ery Emirates co jakiś czas działa się w Arsenalu magia, która pozwała wierzyć, że jeszcze będzie wspaniale.
22 lata w jednym klubie… Mistrzostwa Anglii, puchary, budowa nowego stadionu, pożegnanie z Highbury i przeprowadzka na The Emirates. Cała epoka w cyfrowo przyspieszonych dziejach świata, ligi i klubu oczywiście. Ostatni po sir Alexie Fergusonie menadżer, który będzie tak bardzo kojarzony tylko z jednym klubem. Dzisiaj, gdy w piłce liczą się tylko natychmiastowe wyniki, sytuacja nie do wyobrażenia. Piękna to historia, mimo ostatnich lat chudych, podczas których hasło #wengerout słyszało się bez przerwy. I myślę, że kiedy to out nastąpiło nawet najwięksi przeciwnicy Wengera musieli z szacunkiem spojrzeć na to, co udało mu się zbudować w coraz trudniejszych warunkach.
Nic więc dziwnego, że kiedy tylko w październiku 2019 pojawiła się informacja, że Wenger napisze autobiografię to głowa mi się zapaliła i czekałem niecierpliwie, licząc że pojawią się w niej odpowiedzi na 1000 nie dających mi spokoju pytań, że będzie szansa zajrzeć za kulisy, do klubowej szatni i poznać zabawne, pikantne, kontrowersyjne może anegdoty. 22 lata tylko w Arsenalu! Jest co opowiadać!
Rzuciłem się na polskie tłumaczenie, jak tylko trafiło w me łapy (Agata ❤). I już na początku zdziwienie - tylko 272 strony? A nie, przepraszam! 249, bo reszta to spis ilustracji, sucha lista trenerskich osiągnięć, indeks osób. 249 stron, z których jakieś 100 to 22 lata w Arsenalu. Samo gęste będzie, pomyślałem sobie. Okazało się, że było samo rzadkie. I śmierdzące.
Przez całą książkę, napisaną suchym, pozbawionym emocji językiem - mieszanka listy zakupów, tekstów z folderu reklamowego korporacji i listu motywacyjnego do FIFA - Wenger jest spokojnym, grzecznym dyplomatą, który dzieli się szczodrze swoim filozoficznym spojrzeniem na futbol (słowa „pasja”, „samotność”, „piękno” pojawiają się nieprzyzwoicie często). Zdawkowo opisuje kolejne przystanki swojej kariery: od bistro rodziców w alzackiej wiosce, przez skromne osiągnięcia piłkarskie i pierwsze doświadczenia trenerskie, aż po zatrudnienie w Arsenalu. Ale nie ma w tym wszystkim niczego, czego fan nie wiedziałby już od dawna, nic w zasadzie z wyczekiwanych przeze mnie sekretów, tajemnic, a przede wszystkim EMOCJI DO JASNEJ CHOLERY! Bo przecież musiał coś czuć, jak zdradzał go van Persie, jak szarpał się z Jose, jak Barcelona pozbawiała go szans na wymarzony triumf w finale Ligi Mistrzów. I niby o dwóch z tych wydarzeń jest mowa w książce, ale to mowa trawa. Uładzona tak, żeby nikogo nie skrzywdzić, nie urazić.
A może żeby za bardzo nie bolało? Żeby nie musieć tak naprawdę wracać do bolesnych momentów. To bym jeszcze zrozumiał, uznał że jeszcze za wcześnie na prawdziwą historię Arsenalu oczami Wengera. Ale o tych szczęśliwych chwilach też nie dowiemy się więcej niż to, co zostało już dawno powiedziane. Całość - niezależnie od opisywanych wydarzeń - jest monotonna w tonie i kurde, potwornie nudna. We mnie z każdą kolejną stroną budziła coraz większą irytację, aż do wściekłości - jak można było zamordować takiego samograja!? Być może po latach dyskrecji, do jakiej przyzwyczaił mnie Wenger swoimi wypowiedziami powinna mi się zapalić czerwona lampka ostrzegawcza na wieść o autobiografii. A jednak liczyłem, że będzie chciał utrzeć nosa choćby zarządowi klubu, który w niefajny sposób się go pozbył. Nic z tego. Miłość do klubu zwyciężyła.
Odradzam tę książkę wszystkim, a szczególnie tym, którzy Wengera kochają. Lepiej odświeżyć sobie to, co o nim i Kanonierach napisali inni. Albo wziąć dowolny numer magazynu Kopalnia - sztuka futbolu, absolutnie genialnego nieregularnika poświęconego piłce nożnej. Każdy jeden tekst jest tam więcej warty niż autobiografia Wengera.
Dlatego nie wrzucam tu nawet jej okładki, niech na Was nie działa nawet podprogowo. Zamiast tego zdjęcie z 26 kwietnia 2018 z Emirates. Bo tak się złożyło, że w tygodniu po ogłoszeniu odejścia Wengera znalazłem się w Londynie i kupiłem nie do końca legalnie bilet na mecz (dzięki Maciek!). Trwa właśnie pierwszy półfinałowy pojedynek Arsenalu z Atletico w Lidze Europy. Co chwilę zamiast na wydarzenia na boisku patrzę na człowieka przy bocznej linii. Jego i moja wspólna droga w Arsenalu potrwa jeszcze tylko pięć spotkań. Klątwa europejskich pucharów nie zostanie przez francuskiego trenera przełamana. Ale i tak #merciarsene
Najgorsze mecze twojego Arsenalu były lepsze niż twoja autobiografia.