Opowieść, której bohaterowie zanurzeni są w beznadziejnej rzeczywistości jednego ze śląskich miast. Wychowani w "dzielnicy cudów" pragną ponad wszystko wyrwać się z przytłaczającej codzienności. Nie jest to jednak łatwe. Pochodzenie mają zapisane w DNA, krąży w ich żyłach, jest wypisane na ich twarzach.
Historia ludzi przegranych już na starcie. Choć różnią się od siebie bardzo, to jednak ich życie toczy się wedle podobnego schematu i zmierza w tym samym kierunku. Czy odnajdą w nim sens i siłę do walki o swoje? Czy może poddadzą się i popłyną z nurtem wydarzeń prowadzących do tragedii?
Gdyby książki potrafiły brudzić, to po lekturze "Marcina" zdecydowanie byłabym brudna...
Wypatrzyłam ten tytuł u znajomej pisarki, która zaznaczyła, że błędna jest kategoryzacja książki Patrycji Żurek. Nie jest to bowiem powieść obyczajowa/romans, a thriller psychologiczny. I ja się z tym zgadzam! Żurek stworzyła historię gęstą, mroczną i pełną wewnętrznego i zewnętrznego brudu.
Miejscem akcji są śląskie Mysłowice, a główne postacie kobiece są niepokojąco fascynujące z uwagi na swoje ułomności i toksyczność relacji, które budują.
Anna i Marika to wieloletnie przyjaciółki, które są swoimi absolutnymi przeciwieństwami. Pierwsza z nich tonie w kompleksach z uwagi na swoją tuszę i nie może się pogodzić z tym, że niebawem zostanie mamą, natomiast druga w poszukiwaniu lepszego życia decyduje się sprzedawać swoje ciało.
Przygląda im się z ukrycia tytułowy Marcin, kloszard bez środków do życia, w którego głowie wspomnienia z pozbawionego miłości dzieciństwa mieszają się z dorosłymi planami...
Taaaak, trudno jest się oderwać od lektury, chociaż momentami jej naturalizm jest trudny w odbiorze, natomiast na uwagę zasługuje to, że to bardzo dobrze napisany kawałek trudnej rzeczywiści, a zakończenie wywołuje ciarki.