Pełna niedopowiedzeń, szczegółów oraz znaczeń historia przemijania i niezrozumienia, które prowadzi do tragedii. Artur Hnat nie żyje. Teraz jego bliscy muszą zmierzyć się z tym, co pozostawił. Zuzanna zatraca się w cierpieniu po stracie męża. Syn, Krzysztof, jest spragniony miłości, ale ta staje się dla niego trucizną. Jego partner Jakub nie znajduje ocalenia w związku i podświadomie dąży do autodestrukcji. Lista nieobecności jest portretem dramatów, które są zakorzenione głęboko w duszy i nie sposób ich się pozbyć. Artur chce uciec od tragicznej przeszłości; zimna, rzekomo niezdolna do miłości Zuzanna pragnie żyć poza kręgiem śmierci; Krzysztof szuka ocalenia od samotności, a Jakub – bezpieczeństwa. Codzienność bohaterów jest podszyta mrokiem i pragnieniem szczęścia na przekór wszelkim niepowodzeniom. Czy istnieje fatum i niektórzy są zwyczajnie skazani na życie naznaczone lękiem? A może wszystko jest winą człowieka?
Przejmująca opowieść o rodzinie i o śmierci, bo śmierć właśnie odgrywa w tej historii rodzinnej najważniejszą rolę. Co więcej, nie tylko sama śmierć, ale pragnienie śmierci bądź tęsknota ze śmiercią związana - naznacza, niemal stygmatyzuje jej bohaterów.
Przed czytelnikiem opowieść o rodzinie pewnego malarza, niejakiego Artura Hnta, która po jego śmierci pławi się w wewnętrznej ciemności, która otacza się smutkiem, czernią, żałobą, tak jak on otaczał się nimi za życia. Historia rozpaczy, która przenika kolejne pokolenia, traum, od których nie sposób się wyzwolić, smutków, które potrafią przygnieść i zniewolić na długie lata. Michał Urbaniak pokazuje życie z cudzą nieobecnością, z pustką, w którą można się zapatrzeć i zapomnieć o codzienności.
Nie ma co udawać - to nie jest przyjemna lektura, bo Urbaniak nie oszczędza swoim bohaterom małych katastrof, które prowadzą prosto w mrok. Paradoksalnie jednak - dziwnie pochłaniająca, jakby nie można było odwrócić od niej wzroku.
"W ciemności mego życia zmierzam do ciebie Bezpiecznego portu, w którym się rozbiję"
Tak jak miłość towarzyszy nam całe życie, tak i śmierć ma w nim swój wybitny udział. W Liście nieobecności to właśnie śmierć jest główną bohaterką. Mamy tutaj ogrom bohaterów, ich skomplikowane związki i relacje, które Urbaniak z wnikliwością i pewną dozą sympatii portretuje. Nie ma się jednak co łudzić, postaci w książce są antypatyczne, nie sposób ich polubić. Każdy nosi w sobie śmierć, swoich zmarłych, obcuje z nieobecnością. Bohaterowie Listy to ludzi głęboko straumatyzowani, pełni targających nimi emocji, myślą więcej o zmarłych niż o żywych. Lista nieobecności to ciekawie skonstruowana powieść, dotykająca sfery cierpienia i umierania. Urbaniak zadaje nam niewygodne pytania o kres, zmuszając nas nawet na chwilę do refleksji.
Jest to dość statyczna proza, aczkolwiek buzuje w niej od głęboko skrywanych emocji, wstydu i nieprzepracowanych traum.
"Czym zawiniły nasze siostry, że musiały tak wcześnie umrzeć? Czym zawiniliśmy my, że musieliśmy tyle żyć?"
Jak nie byliście smutni i przygnębieni przed lektura to po niej na pewno będziecie. To historia kilku osób z trzech pokoleń jednej rodziny oscylująca wokół miłości i śmierci, przy czym ta pierwsza jest nasiąknięta tą drugą do granic możliwości. Dużo w tej książce ciężkich tematów - samobójstwo, choroby psychiczne, samotność, lęk, brak akceptacji, przemoc, zagubienie. Pozytywnych nie ma praktycznie wcale. W historię tych ludzi trzeba się wgryźć, trzeba się do nich przyzwyczaić i ich poznać, by zrozumieć wszystko co autor chce nam powiedzieć. Im dalej, tym lepiej się czyta. Pewne rzeczy zaskakują, wiele rzeczy gorszy, sporo wzrusza, a prawie wszystko o czym przeczytacie was zmęczy. Momentami na niektórych bohaterów byłam zła, inny mnie irytował, a jednego było mi niemożliwie szkoda. Są emocje - jest dobra historia. To co najistotniejsze i stanowi największa wartość tej książki to niekoloryzowanie rzeczywistości, by książkę lepiej się czytało. Autor świetnie oddaje rzeczywistość, bez kombinowania, tak jak jest - to wspaniałe i przerażające, bo można momentami znaleźć w tekście samego siebie. Książka z sadendem.
To było BARDZO dobre! Trochę w klimacie "Wierzyliśmy, jak nikt", ale o wiele lepsze. Trochę w klimacie "Chciałbym, żeby dzisiaj coś się wydarzyło", bo to historia o wszystkim i o niczym. O codzienności, o emocjach, o śmierci, o miłości.
Trochę zgrzytania zębami, bo bohaterowie byli wobec siebie bardzo, ale to bardzo toksyczni i miałam ochotę nimi potrząsnąć, odłożyć książkę, nie wracać do tego świata pełnego bólu i intryg. Ale w pewnym momencie dotarło do mnie, że sami się tak zachowujemy. Ogromny plus dla autora za tak realistycznych bohaterów, za ich kreację. No, uwielbiam!
Choć nienawidziłem każdej postaci oprócz Honoraty i córek Zuzanny i Artura, końcówka rozjebała mnie emocjonalnie. Tak samo jak TRZYKROTNA zmiana akcji, ileż razy otwierałem usta i czytałem te kilka zdań jeszcze raz. Mimo że opowieść dość chaotyczna, podoba mi się.
This entire review has been hidden because of spoilers.
4,5 Gęsta, momentami aż paraliżująca od napięcia proza. W tej powieści unosi się aura dobrze znana z "małego życia" - aura nieuchronnej katastrofy. To rzecz o banalności-niewiarygodności śmierci. Umrali tu żyją, a żyjący - umarli.