Po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku Polska cierpiała na gigantyczny głód mieszkaniowy. Problem ten przez całe dwudziestolecie próbowali rozwiązać różnego rodzaju zapaleńcy, społecznicy, ludzie z misją. Bezskutecznie.
Po 1989 roku Polska znów znalazła się w punkcie wyjścia. Tanich mieszkań jak nie było, tak nie ma. Kolejne pomysły na rozwiązanie problemu mieszkaniowego okazują się gorsze od poprzednich, a luki prawne w istniejącym systemie bezwzględnie wykorzystują banki, deweloperzy i czyściciele kamienic. Wielu obywateli radzi sobie więc, jak może, wegetując, oszukując, adaptując się. Umowy kredytowe podpisały prawie dwa miliony Polaków. Przyjęty z entuzjazmem projekt Mieszkanie Plus również okazał się mrzonką.
Słowo „dom” odmieniane przez wszystkie przypadki przez bohaterów tej książki nie kojarzy się im ze stabilizacją ani spokojem, a większość opowiedzianych tu historii jest tragiczna. Żeby ich wysłuchać, Filip Springer trafił do mieszkania w piwnicy, kontenerze, garażu i małej gastronomi na piątym piętrze kamienicy. I przekonał się, jak rzeczywistość może różnić się od marzeń.
Filip Springer (ur. 1982) — reporter i fotograf współpracujący z największymi polskimi tytułami prasowymi. Stypendysta Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego (2010) oraz programu Młoda Polska Narodowego Centrum Kultury (2012). Swoje prace prezentował na wystawach w Poznaniu, Warszawie, Łodzi, Gdyni, Lublinie i Jeleniej Górze. Jego reporterski debiut – książka Miedzianka. Historia znikania – znalazł się w finale Nagrody im. R. Kapuścińskiego za reportaż literacki 2011 i był nominowany do Nagrody Literackiej Gdynia 2012. Jest także finalistą Nagrody Literackiej Nike 2012 i laureatem trzeciej edycji konkursu stypendialnego dla młodych dziennikarzy im. Ryszarda Kapuścińskiego. 13 pięter to jego czwarta książka. Wcześniej ukazały się: Źle urodzone. Reportaże o architekturze PRL-u, Wanna z kolumnadą. Reportaże o polskiej przestrzeni i Zaczyn. O Zofii i Oskarze Hansenach.
Mam takie wrażenie na temat polskiego rynku mieszkaniowego po przeczytaniu tej książki:
Nie, ale serio, partia Razem powinna ją rozdawać zamiast ulotek wyborczych. To jest książka, która budzi rewolucyjny gniew. Springer pisze w posłowiu, że dziękuje kilku osobom, które ten gniew w nim hamowały. Ja też im dziękuję, bo inaczej szedłbym właśnie z widłami i pochodnią pod Ministerstwo Infrastruktury i Rozwoju.
Pewnie łatwiej tę książkę czytać, kiedy nie dało się wkopać w cyrograf na 30 lat zwany kredytem hipotecznym, a już zwłaszcza mieszkając w Berlinie. Z drugiej strony, jak się ma serce po lewej stronie i jeszcze rodzinę i przyjaciół w Polsce, to to serce kłuje podczas lektury często a gęsto.
Springer zaczyna mocnym akcentem — porównaniem propagandowych, ucukrowanych wizji przedwojennej Warszawy z filmu Warszawa 1935 z relacjami i danymi z epoki — o przeludnieniu, eksmisjach, samobójstwach, losie bezdomnych i wyglądzie ówczesnych dzielnic slumsów. Potem jest historia Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej, z jej lepszymi i trudniejszymi momentami. Ale to wszystko wstęp, bo najważniejsze jest to co potem — obraz współczesnego polskiego mieszkalnictwa: syfiaste mieszkania na wynajem za kosmiczne ceny, "czyszczenie" kamienic z lokatorów przypominające jako żywo czasy przedwojenne, wreszcie ludzi wystawionych do wiatru, z pętlą kredytu założoną na szyję do spółki przez banki, deweloperów i państwo pompujące swoją pomoc finansową (czyli pieniądze podatników) wprost do kieszeni dwóch pierwszych.
Niby wszyscy to wiemy, bo czytamy o tym w prasie, a kto nie ma kredytu we franciszku, ten ma brata który ma (pozdrawiam, młody) albo przynajmniej kolegę. Ale zebrane cuzamen do kupy robi wrażenie. Zwłaszcza w perspektywie historycznej, którą daje tu przedwojenny wstęp.
Tę książkę trzeba przeczytać. Choć wielu może doznać silnego dysonansu poznawczego.
Trzy główne tezy:
1. Dach nad głową to prawo, a nie przywilej. 2. Kredyt hipoteczny nie jest panaceum. 3. Polscy politycy, a co za tym idzie - państwo, nie potrafią myśleć ani działać w okresie dłuższym niż do najbliższych wyborów.
Pierwszą część (do strony 125.) męczyłam tydzień, co wieczór w łóżku czytając stroniczkę, czasem trzy, z rzadka do śniadania. Ale z częścią drugą zaczęła się część właściwa, którą czyta się jak najlepszy kryminał. Bo to jest kryminał, ta sytuacja - "(...) wykastrowano mentalnie całą generację, wmawiając jej, że kredyt to jedyne rozwiązanie. Mieszkanie przestało się kojarzyć z obywatelskim prawem. Ludzie uwierzyli, że zaspokojenie tej potrzeby zależy tylko od ich ciężkiej pracy. Jeśli nie mają gdzie mieszkać, to znaczy, że zbyt słabo się starają. Takie postawienie sprawy jest po prostu nieludzkie. To jest największy koszt" (Piotr Mync). No i okładka. Jedna z najlepszych AD 2015. Brawo, Fajne Chłopaki!
Springer to jeden z moich ulubionych autorów i tym razem mnie nie zawiódł. Aż nuż w kieszeni się otwiera czytając o rynku mieszkaniowym w Polsce i towarzyszącym mu patologiom. Chciałoby się po prostu krzyczeć z bezsilności, która towarzyszy przy czytaniu opowieści lokatorów, frankowiczów czy innych ludzi, którzy marzą o "swoim". Po lekturze "13 pięter" słowo - dom - znaczy już zupełnie co innego.
Dobry reportaż posiada, moim zdaniem, dwie cechy - rzetelne podejście do omawianego tematu oraz zdolność zrozumiałego przedstawienia tegoż kompletnemu laikowi (np. mnie). "13 pięter" posiada obie te rzeczy, w dodatku ukazane w najciekawszej możliwej odsłonie, tj. opisie ludzkich losów. O bohaterach anegdot rozmieszczonych na poszczególnych piętrach Springer się zbędnie nie rozpisuje, traktując ich jak lokatorów na kartach swojej książki - wiemy o nich tylko tyle, ile potrzeba. Tylko tyle, ile odda istotę tematu poruszanego w danym rozdziale. I to wystarczy.
Najsłabszą, czy raczej najtrudniejszą do czytania częścią książki był z pewnością trwający ponad sto stron rozdział zarysowujący sytuację mieszkaniową w Polsce międzywojennej. Być może to kwestia braku rozbicia, być może faktu, że tu reportaż dużo mniej mógł się opierać na ludzkich losach, a bardziej na dokumentacji, w każdym razie - tylko tam się trochę chwilami męczyłam, zwłaszcza pod koniec, gdy miałam wrażenie, że już mi to autor tłumaczył. Niemniej nie mogę nazwać tej części zbędną, ponieważ daje doskonałe pojęcie, w jakiej beznadziei mieszkaniowej tkwimy już od ponad stu lat!
Pojęcie "państwo z kartonu" nigdy nie trafiało do mnie bardziej. Dobra, mocna lektura.
Przede wszystkim podoba mi się zarys historii, pokazanie że w Polsce od lat mieliśmy problem z mieszkaniami. Problem ten się ciągnie za nami od lat... Zbiór historii ludzi, którzy nie doznali szczęścia w polskim mieszkaniu. Tak naprawdę nie da się określić jaki czas był dla Polaków najgorszy w kwestii mieszkań bo tak naprawdę w każdej dekadzie można coś bardzo przykrego znaleźć. Straszne jest to że przy zakupie swojego wymarzonego mieszkania można zatracić zdrowie, życie, rodzine. Coś wymarzonego staje się twoja kulą u nogi. Czy Polska mieszkaniówka ma jeszcze szansę na naprawienie całego systemu ? Szczerze - wątpię. Są to błędy, które były popełniane przez lata i wydarzenia historyczne ani trochę nam nie pomagały aby miało coś się polepszyć. Wierzę jednak, że za kilka lat zbliżymy się poziomem do innych krajów z zachodu i młody Polak nie będzie miał tylko dwóch opcji albo by musiał siedzieć przez 40 lat w mieszkaniu u rodziców albo pracować na dwa etaty i brać złodziejski kredyt na 30 lat, a potem się okaże, że straci to mieszkanie z całymi pieniędzmi... Wielkie podziękowania dla autora, za to że zebrał historie ludzi, o których trzeba było powiedzieć, a całość jest wykonana profesjonalnie.
Książkę czytało mi się fantastycznie, duży wybór bardzo ciekawych historii rewelacyjnie opisanych przez autora, dodatkowo należy wyróżnić kawał ciężkiej pracy jaką wykonał autor przy materiale źródłowym w pierwszej części. Właśnie ta mnogość przypisów do historii opisującej II RP i znacznie ich mniejsza ilość w okresie III RP, czyli lepiej udokumentowanym, wzbudził moją podejrzliwość i ciekawość zarazem, w związku z tym skonfrontowałem część frapujących mnie tez i informacji podanych przez autora z ogólnodostępnymi danymi. Niestety, w efekcie należy traktować niektóre z opisów "13 pięter", w szczególności te, które odzwierciedlają poglądy autora, przynajmniej z dużym dystansem, a już na pewno nie jako manifesty dla partii politycznych, co ktoś wcześniej zdążył zasugerować. Poniżej opisuję dlaczego. 1. Wg autora wynajem jest bardziej opłacalny od kupna mieszkania na kredyt. Otóż nie jest, różnica pomiędzy ratą a comiesięczną opłatą wynosi od kilkunastu do kilkudziesięciu procent: https://www.obserwatorfinansowy.pl/te... "Pod koniec zeszłego roku najem był o 39 proc. droższy niż zakup.", "Podobna sytuacja ma też miejsce w USA i Wielkiej Brytanii. Portal Trulia i bank Halifax oszacowały, że najem jest w tych krajach droższy odpowiednio o 61 proc. i 10 proc. (IV kwartał 2014 r.). " 2. Horrendalnie wysokie ceny najmu. Autor podał nawet, że osoba pracująca w Polsce przeznacza 40% wynagrodzenia na mieszkanie, Niemiec 10%, a reszta Europy ogólnie również dużo mniej niż my. Dane Eurostatu przeczą takiemu rozróżnieniu wskaźnik przeciążenia wydatkami mieszkaniowymi, czyli procent wynajmujących mieszkanie, którzy muszą przeznaczać na ten cel więcej niż 40% dochodu rozporządzalnego, jest w Polsce poniżej unijnej średniej i na nieznacznie wyższym poziomie od Niemiec i Holandii, a na niższym niż np. w Belgii, Norwegii i Wielkiej Brytanii. http://appsso.eurostat.ec.europa.eu/n... 3. Uwłaszczenie było złe, lepiej żeby miasto było właścicielem i wynajmowało. Autor strasznie skrzywdził logikę i cały sens swojej pracy, bo wszak o warunki mieszkaniowe najmniej zamożnych chodziło? Faktycznie, zamiast sprzedać ubogim mieszkanie za symboliczne kwoty lepiej z nich zdzierać przez kilkadziesiąt lat i czekać aż umrą gołodupcami, by potem wynająć ich dzieciom i tak w kółko. Poszczególne miasta nie potrafią zarządzać posiadanymi przez siebie zasobami, co wielokrotnie udowadniały, gdyby nie uwłaszczenie skala byłaby oczywiście wielokrotnie większa. Minuta szukania i proszę: http://trojmiasto.onet.pl/gdanskie-mi... http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosc... http://www.dziennikpolski24.pl/artyku... Do tego dochodzą afery: http://poznan.onet.pl/sa-wyniki-kontr... http://www.gs24.pl/wiadomosci/swinouj... http://www.tvn24.pl/pomorze,42/gdansk... 4. Autor pastwi się nad braniem kredytów hipotecznych, nad skalą tego zjawiska w Polsce, klasyfikując to jako problem społeczny i ponownie szukając wzorców za granicą. Przygotowałem małe zestawienie, które porównuje sytuację w kilku państwach UE, głównie w tak hołubionych przez autora krajach Beneluxu, Niemczech i Skandynawii. http://prnt.sc/ebl5lo Poziom kredytu hipotecznego w gospodarce, a co za tym idzie dług na obywatela jest w Polsce bardzo niski, jeżeli dodatkowo uwzględnimy dane o proporcji mieszkań kupowanych za gotówkę (aż 2/3) i poziomie spłacanych kredytów hipotecznych (około 5% jest niespłacanych), to na tle pozostałych państw wypadamy naprawdę dobrze. Zgadzam się natomiast z autorem, że skala kredytów walutowych i proceder ich wciskania to mega patologia. 5. Zapatrzenie autora w Niemcy, Benelux i Skandynawię jest niezrozumiałe również gdy spojrzy się na strukturę własności mieszkań: http://ec.europa.eu/eurostat/statisti... Rzuca się w oczy ogromne zadłużenie nieruchomości we wszystkich tych krajach oraz stosunkowo niski poziom własności ogółem. To absolutnie nie jest kierunek, którym powinniśmy podążać. 6. Przedstawianie zwiększenia skali działalności TBS jako remedium na mieszkaniowe bolączki naszego państwa jest również absurdalne, zważywszy na fakt, że za projekt odpowiadać mieliby niekompetentni lub nieuczciwi urzędnicy, czego przykłady zamieściłem powyżej, a które dotyczyły rzeczy nieporównywalnie łatwiejszej, czyli zarządzania nieruchomościami. Przez litość nie wspomnę o kwestiach efektywności ekonomicznej takich przedsięwzięć. Żeby nie było, programy MdM i Rodzina na swoim, tak jak autor, uważam za durne. Moim zdaniem zamiast tego dobrym rozwiązaniem mogłoby okazać się wsparcie działalności funduszy inwestycyjnych, tzw. REIT-ów, których w Polsce w ogóle nie ma, z zastrzeżeniem, że muszą inwestować w tanie budownictwo mieszkaniowe, za co inwestorzy mogliby liczyć na ulgi podatkowe lub gwarancje czynszów ze strony państwa. 7. Przy tym wszystkim autor kompletnie nie bierze pod uwagę demografii. Nie dostrzega, że pokolenie 30-40 latków nie będzie miało gromadki dzieci, które w razie czego utrzyma ich na starość. W takim przypadku własne mieszkanie jest bardzo dobra polisą na spokojną starość, a dodatkowo jedyne dziecko, czy ewentualnie dwójka dzieci, otrzyma w przyszłości nieobciążone hipoteką mieszkanie w dużym mieście. To nie są XIX wieczni galicyjscy chłopi, którzy mają 10 dzieci i 10 hektarów do podziału. Bogactwo nie bierze się z powietrza, ciężka praca jednego, góra dwóch pokoleń, którym dane jest budować Polskę po 1989 roku uczyni przyszłych Polaków wolnymi i niezależnymi finansowo. Chyba, że zgodnie z postulatami autora oddamy inicjatywę Kapitanowi Państwo, z nadzieją na jałmużnę i niczym, rzecz jasna, nieograniczone możliwości finansowe Skarbu Państwa.
"Ale dla mnie najgorsze jest to, że wykastrowano mentalnie całą generację, wmawiając jej, że kredyt to jedyne rozwiązanie. Mieszkanie przestało się kojarzyć z obywatelskim prawem. Ludzie uwierzyli, że zaspokojenie tej potrzeby zależy tylko od ich ciężkiej pracy. Jeśli nie mają gdzie mieszkać, to znaczy, że zbyt słabo się starają. Takie postawienie sprawy jest po prostu nieludzkie. To jest największy koszt."
Wszystko stoi na głowie. Państwowa dotacja na zakup lokalu dla biedniejszych osób sprawia, że ich potencjalne mieszkania są droższe, niż przedtem, a miłośnik wizji Warszawy jako Paryża Północy dowiaduje się, iż jego mitologię tworzyło... ile to było? 2% mieszkańców? "Nowy Świat, pierwsze piętro, front", jakoś tak. Bardzo trafne i bardzo obrazowe, podobnie zresztą jak bieda wycięta* z filmu o stolicy w okresie międzywojennym.
Po lekturze ostatniego Springera mam sporo przemyśleń. Po pierwsze, sądzę, że powtórka z realiów II Rzeczypospolitej jest jedynie kwestią czasu. Gdyby nasi rodzice musieli wynajmować mieszkania / płacić za wynajem tak, jak prawdopodobnie przyjdzie robić to nam, nie moglibyśmy nawet wynajmować studenckiego łóżka w dużych miastach, bo nie byłoby komu nas finansowo wspomagać. Takie przekonanie jest niezłym katalizatorem poczucia tymczasowości. Mam wrażenie, że żyję w potiomkinowskiej wiosce i że czeka nas bardzo nieprzyjemna pobudka, kiedy okaże się, że ani nie jesteśmy tak potrzebni, ani tak bogaci, jak mówił pan w reklamie.
Po drugie, pojawiające się kilka razy w książce (i krytykowane) gadanie, że kogoś na mieszkanie nie stać, ponieważ taki wynik wyszedł mu bezwzględnie z przemnożenia genotypu przez profil charakterologiczny, to można sobie wsadzić tam, gdzie niektórzy umieszczają inne tego typu quasi-religijne dogmaty. Jako reprezentantka dość uprzywilejowanych, o perypetiach mieszkaniowych dowiadujących się wyłącznie z opowieści, więc ta, która posiada rzekomo jakieś wyjątkowe predyspozycje oraz zasługi, nie daję już rady tego słuchać. Miałam wielu inteligentniejszych od siebie i bardziej pracowitych znajomych, którzy dokonywali takiej ekwilibrystyki mieszkaniowo-finansowej, jaka w świecie rozdającym kapitał sprawiedliwiej nigdy nie powinna była być ich udziałem. To, rzecz jasna, próba badawcza Ja i Ludzie, Których Znam, może nie największych rozmiarów, może nie reprezentatywna, niemniej istniejąca.
Kiedy pisze te słowa wiadomo już, że na warszawskim Bródnie powstanie duży budynek komunalny. "Kolejny pato-moloch" brzmi jedna z opinii. "Dobrze, że na Bródnie" - to inna. Po lekturze "13 pięter" takie komentarze budzą jednocześnie złość, rozbawienie, strach oraz zażenowanie. Raz nabyta świadomość tego, ile potrzeb spełniłoby porządne państwowe budownictwo pod długoterminowy wynajem, o ile lepiej i taniej mogłaby mieszkać Twoja koleżanka ze studiów, jak absurdalne i automatyczne jest przekonanie ludzi, uważających się skądinąd za inteligentniejszych od innych, że kredyt to główny wyznacznik bycia dorosłym oraz odpowiedzialnym, pozostaje.
Po trzecie: ktoś naprawdę potrafi budzić się w pokoju mającym przez trzydzieści lat być własnością banku i łudzić się, że to "wreszcie coś własnego"? A jeżeli potrafi i jeżeli to robi, to czy będzie emocjonalnie wydolny, by choćby dopuścić do siebie myśl: "O kurdę, może to nie było jedyne wyjście?"
*Powinnam chyba była napisać 'niewygenerowana', skoro film to rekonstrukcja, ale jeśli wiadomo (a wiadomo), jaką wszechobecną armią nędzy dysponowała Warszawa i mimo to ta nędza się nie pojawia, to chyba jednak zostaje wycięta.
"Ta książka budzi złość" napisał Grzegorz Sroczyński. I miał cholerną rację.
Obowiązkowa lektura dla wszystkich, którzy kończąc naukę, zastanawiają się nad "dorosłym życiem".
Oto moim zdaniem cytat (kobiety pracującej w biurze sprzedaży dużego dewelopera) najlepiej opisujący i podsumowujący temat opisany w książce: "Najlepsze są te wszystkie rady, żeby przy odbiorze mieszkania sprawdzić, czy kąty, które mają być proste, są proste. I przychodzą mi później na odbiór mieszkania z ekierkami ludzie, którzy przez całą procedurę podpisywania umów nie spojrzeli nawet dokładnie w księgi wieczyste i się nie zainteresowali, czy im tego mieszkania z prostymi kątami nie zadłużyliśmy na kilka milionów. Ale kąty sprawdzają!"
Jesteśmy jak ci ludzie z ekierkami. Mierzymy kąty, ciułamy każdy grosz, wyliczamy nasze zdolności kredytowe, ale i tak wszystko odbywa się ponad nami. Zdani na łaskę najsilniejszych, wielu ma nadzieję, że dane im będzie doświadczyć za życia, bezpiecznego schronienia pod dachem.
Zapytana o historię budownictwa mieszkaniowego w Polsce odpowiedziałabym, że to naprawdę mało interesujący temat na książkę. A jednak - "13 pięter" czyta się lepiej niż kryminał, a pojawienie się ostatniej strony nieprzyjemnie zaskakuje (przynajmniej na czytniku). No bo jak, bo czemu tylko trzynaście pięter/rozdziałów? Jakby było ich 25, albo 36, z przyjemnością czytałabym dalej.
Wśród wszystkich reportaży, które czytuję, te autorstwa Springera pod pewnym względem najbardziej mnie zaskakują, wydawałoby się, że nie da się napisać fascynujących historii o budownictwie. A jednak.
Napisałbym, że polska odpowiedź na High-Rise, ale to zawsze brzmi tak obraźliwie, a przecież książka Springera jest dużo bardziej wstrząsająca i działająca na wyobraźnię.
Część pierwsza to ciekawa lekcja historii. Część druga to potwierdzenie, że niewiele się z tej historii wyciąga. Nie miałem o temacie pojęcia, teraz jestem lekko przerażony. Świetnie się to czyta, must read.
3+ To jest naprawdę ważna książka. Problem jednak polega na tym, że dla mnie to są dwie książki złożone w jedną. Pierwsza i druga część oczywiście łączą się. Jednak czy autor wskazuje nam ścieżki, w których te połączenia następują? Według mnie nie. Niestety, ale zarówno pierwsza, jak i druga część są niedopracowane. Zbyt krótkie, zbyt lakonicznie potraktowane. W szczególności w pierwszej części chronologia trochę nie istnieje. Druga część natomiast choć wciąż aktualna potrzebowałaby wznowienia już po 2020 roku. Mimo wszystko polecam
Ostatnia książka, która pozostawiła mi tak ogromną złość to było "27 śmierci Toby'ego Obeda". Springer dziękował ludziom, którzy powstrzymywali go od rewolucyjnego szału. Ja dziękuję jemu za to, że potrafi ubrać moje emocje w słowa.
Pierwsza część książki opowiada o stanie mieszkalnictwa w dwudziestoleciu międzywojennym. Pomimo że nie jest tak porywająca jak druga połowa, warto ją znać w celu zobaczenia, jak niewiele zostało zrobione w kierunku poprawy warunków życia.
Niby wiedziałem o istnieniu zjawiska wywłaszczania ludzi z kamienic, o zabieraniu ludziom mieszkań i godności, ale nawet w najgorszym koszmarze nie wyobraziłbym sobie jak daleko można się posunąć w celu pozyskania kamienicy na własność. Rozdział z Jolantą Brzeską tłumaczy to zjawisko lepiej niż cokolwiek, co do tej pory czytałem.
Chyba najbardziej mnie zdołowało stwierdzenie rodzin mieszkających w garażu lub w wynajmowanym mieszkaniu regularnie nawiedzanym przez właścicielkę, że tak już po prostu jest i skoro oni mają tylko prostą pracę bez większego wykształcenia to nie zasługują na nic więcej. Przerażające, że tak bardzo wyprano nam mózgi, że godzimy się na wysokie podatki przy braku wsparcia państwa w zapewnieniu jakiejś godności.
Polecam każdemu, tylko bądźcie przygotowani na duże emocje i niespokojny sen.
Niezależnie od tego, czy już się wybudowaliście czy jeszcze albo w ogóle nie, czy myślicie o kredycie na dom/mieszkanie jako życiowej klęsce czy też wielkim sukcesie, bo ktoś pozwolił Wam pożyczyć na kilkadziesiąt lat kilkaset tysięcy złotych,ten reportaż jest dla Was. Boże, jak ten Springer pisze!!! Pisze tak, że nawet o historii powstawania towarzystw budownictwa społecznego czy problemach mieszkalnictwa w międzywojennej Warszawie czytałem z wypiekami na twarzy, choć ani pasjonatem historii tego okresu nie jestem ani z takimi towarzystwami nie mam do czynienia. Może dlatego czyta się to z takim zadziwieniem, że w opisie tamtych czasów, jak w lustrze, odbija się obecna sytuacja mieszkalnictwa w Polsce. Sytuacja- delikatnie ujmując- nieciekawa, gdy całej generacji udało się wmówić, że kredyt to jedyne rozwiązanie, a własne lokum przestało się kojarzyć z obywatelskim prawem. Naprawdę, świetny reportaż!
wybitny reportaż, który powinien przeczytać każdy. jako osoba zainteresowana tematem i studiująca kierunek pokrewny, wiem o tym już całkiem sporo, ale i tak historie, które czytałam, wbiły mnie w fotel.
w pierwszej części troche mieszanie lat 20 i 30, ale ogólnie spoko, druga czesc bomba, tyle że tera sie jeszcze bardziej boje doroslego zycia w Polszy XD no i ofc brakuje mi update’u ostatnich 10 lat
Rzetelnie, podobała mi się bardzo pierwsza część książki, ten zarys historyczny. Późniejsze historie po prostu dramatyczne, szczerze współczułam ludziom, o których czytałam i miałam w sobie dużo wewnętrznego gniewu podczas czytania.
"Robotnicza Warszawa śpi na zmiany, ciasno, niewygdonie, w zaduchu i gdzie popadnie. W Perle Północy i Paryżu Wschodu na sto osób przypada tylko 45 łóżek, 21 szaf, 26 stołów i 80 krzeseł."
Springer nie pisze tak, żeby czytało się lekko i przyjemnie. Bo i temat nie jest przyjemny. Począwszy od wielkich międzywojennych planów budowlanych Warszawy, chęci stworzenia warunków mieszkaniowych dla napływającej do miasta ludności - na związanych 30-letnim kredytem związkach/rozwiązkach i dramacie mieszkańców, których dopadli czyściciele kamienic skończywszy.
Przeczytałem sobie drugi raz 13 pięter, żeby zobaczyć, czy ta książka jest rzeczywiście tak dobra, czy po prostu dobrze zakonserwowana w moich wspomnieniach z 2016 roku. Jest wciąż tak dobra i niestety wciąż równie demotywująca xD Niestety w tym kraju nigdy nie będzie dobrze.
nie wiem, co pozytywnego można wyciągnąć z tej książki; nie mam na myśli, że autorowi nie wyszło — przeciwnie, wyszło mu i to za dobrze; wyszło mu przedstawienie pasma instytucjonalnych porażek w zaadresowaniu i zaspokojeniu jednej z najbardziej podstawowych potrzeb, potrzeby posiadania dachu nad głową; wyszło mu sportretowanie stagnacji rządów i deweloperskiego cynizmu; wyszła mu wściekłość, którą, jak pisze w podziękowaniu, starał się powstrzymywać — nie sposób jednak od niej uciec, kiedy stoi się przed wyborem między wynajmowaniem od zdzierczych panów na włościach a zadłużeniem się na trzydzieści lat i liczeniem na to, że nigdy nie podwinie się nam noga
jeśli wezmę kredyt na mieszkanie, skończę go spłacać w wieku, w którym mógłbym zostać czyimś dziadkiem; nie liczę na oszczędności; wyrosłem w pokoleniu, które nie spodziewa się, że posiądzie nieruchomość na własność; moje państwo zawiodło mnie jeszcze zanim wyprowadziłem się z domu; nie mam najmniejszego szacunku do żadnego polityka, który nie stawia sprawy mieszkalnictwa na szczycie listy spraw do jak najszybszego załatwienia — ale zaufania do tych, którzy stawiają, też mi brak w obliczu ewidentnej nieumiejętności doprowadzania rozpoczętych programów do końca
w konstrukcji książki porwała mnie paralela między latami dwudziestymi-trzydziestymi dwudziestego wieku a rzeczywistością prawie sto lat późniejszą, nadal nierówną, nadal traktującą osiemdziesiąt procent obywateli jak najgorsze śmieci; Springer umiejętnie prowadził narrację historyczną, a kiedy przeszedł do współczesności, oddał głosy tym, których głosy powinniśmy usłyszeć; bardzo też przypadł mi do gustu pomysł z rozdziałami-piętrami
Znakomity reportaż poświęcony różnorodnym problemom mieszkalnictwa w Polsce. Pierwsza część książki dotyczy XX-lecia międzywojennego. Druga, luźniejsza opisuje współczesne tematy. Brakuje trochę rozdziału na temat PRL, przez co ma się wrażenie nieciągłości narracji.
Wygląda na to, iż państwo polskie jest organicznie niezdolne do długoterminowego rozwiązywania problemów. Pewne sytuacje sprzed 90 lat są dziwnie podobne do dzisiejszych. Kiedyś policja bez ceregieli eksmitowała robotników na bruk, dziś czyściciele kamienic zmuszają ich do "dobrowolnej" wyprowadzki. Kiedyś państwo zwalniało budowniczych z podatków, dzisiaj daje im "Mieszkanie dla młodych". Kiedyś młodzi ludzie mieszkali kątem u innych, dziś muszą brać kredyty, albo wynajmować drogie i paskudne lokale.
Opisywane historie są dość przygnębiające, powtarza się w nich prawda, że od normalnego obywatela do bezdomnego bankruta jest każdemu bliżej, niż się wydaje.
No i ironiczny fakt: Bierut, komunistyczny zbrodniarz i autor słynnego dekretu przed wojną zakładał Warszawską Spółdzielnię Mieszkaniową.
Miałam ten reportaż w planach już od kilku lat, lecz zawsze było coś ciekawszego i bardziej pilnego do przeczytania. Teraz jednak poniekąd zostałam zmuszona do przeczytania tej książki z powodu tematu jaki sobie wybrałam na dyplom magisterski. I szczerze mówiąc żałuję, że tyle zwlekałam z przeczytaniem tego, bo jest to niezwykle wartościowa i ciekawa książka. Zawiera zatrważające historie, które poruszyły mnie do żywego i otworzyły oczy na tematy na które nie do końca zwracałam przedtem uwagę. Na pewno jej treść bardzo mocno przyda mi się w trakcie pisania dyplomu. Zdecydowanie polecam każdemu kto interesuje się życiem ludzi w Polsce i tym jak ewoluował system pomocy mieszkańcom przez te wszystkie lata.
Doskonale spięte klamrą przed- i powojenne problemy mieszkaniowe. Część pierwsza (20-lecie), miejscami osobiście wydająca mi się nieco monotonna, stanowi niezbędne wprowadzenie do części drugiej, czyli problemów, z którymi boryka lub borykał się na jakimś etapie swojego życia każdy z nas. Część poświęcona współczesnym problemom to prawdziwa kopalnia informacji, a dla mnie osobiście - obuch w głowę. Upadłość firmy GANT, czyściciele kamienic, kredyty w CHF, niski wskaźnik mieszkań pod wynajem w Polsce - wszystko to i wiele innych tematów omawia w swojej książce Filip Springer. Mnie osobiście autor uświadomił również, że jestem "betoniarzem". Serdecznie zachęcam do lektury - naprawdę warto.