Basia i Sandra są matką i córką. Ciężarna Basia dawno temu znalazła dom dzięki szczęśliwemu losowi, który postawił na jej drodze równie samotną kobietę noszącą w sercu mroczny sekret. Jak dwa minusy dają plus, tak dwa smutki dały radość.
Łeee, kiedy to było? – według Sandry: za górami, za lasami...
Świeżo upieczona pani magister ledwo startuje w dorosłość, ale już wie, że dzisiaj nikt nie liczy na uśmiech losu. Sorry, taki mamy klimat - samemu trzeba ogarnąć sukces, szczególnie gdy ojca nie ma się wcale, a Basia wesprze jedynie dobrą radą. Dziewczyna bierze więc życie za bary, nie podejrzewając, że czeka ją ostre sumo. Musi pokonać marny rynek pracy, fałszywe koleżanki, lubieżnego szefa, chybione uczucia i bronić miłości przed złymi stereotypami. Git! Co jej nie zabije, to ją wzmocni. Tym bardziej, że Matka-Dobra-Rada niespodziewanie okazuje się nader skuteczną trenerką młodej wojowniczki.
Historia w zasadzie o niczym. Na początku chciałam dać sobie spokój, bo czytało się okropnie, ale około pięćdziesiątej strony książka się odrobinę rozkręca. Nadal jedynym ciekawym wątkiem był ten dotyczący przeszłości Basi. Sandry natomiast nie mogłam znieść. Chyba najbardziej wyidealizowana bohaterka, o jakiej czytałam. Wszystko musiało być po jej myśli, a złota zasada po trupach do celu nadal obowiązywała. Myślałam, że prowadzi to do jakiegoś punktu zwrotnego, ale niestety, jej charakter zmieniał się tylko na gorsze. Książkę uznaję za typowy średniak w kierunku tych niżej przeze mnie ocenionych.