Daniela Walkowiak, brązowa medalistka igrzysk olimpijskich w Rzymie, w ostatniej chwili dotarła na linię startu, bo polska ekipa odjechała z wioski olimpijskiej bez niej. Na tych samych zawodach Jarosława Jóźwiakowska, mająca jedynie sto sześćdziesiąt siedem centymetrów wzrostu, wywalczyła srebrny medal w skoku wzwyż. Po latach mówi, że skakała charakterem, nie możliwościami fizycznymi. Ewa Kłobukowska, złota medalistka igrzysk w Tokio, z telewizyjnych wiadomości dowiedziała się, że uległa kontuzji i nie pojedzie na zawody do Montrealu.
Olimpijki to wspaniały reportaż o determinacji, walce z własnymi słabościami i z polityką PRL-u. Sulińska kreśli portrety niezwykłych kobiet, które pokazują, że rywalizacja, wola walki i potrzeba zwycięstwa nie mają płci. To właśnie one, bez profesjonalnego sprzętu i wsparcia, potrafiły dokonać rzeczy niemożliwych i przetarły szlaki kolejnym pokoleniom polskich sportsmenek. Mierząc się za kulisami z dyskryminacją, a niejednokrotnie z upokorzeniem, na arenach biły kolejne rekordy, zdobywały serca kibiców i tworzyły – często niesłusznie pomijaną – historię sportu. To historie wojowniczek. Polskich medalistek olimpijskich.
Absolwentka socjologii na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu oraz Polskiej Szkoły Reportażu. Stypendystka Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Publikowała w „Wysokich Obcasach” i „Dużym Formacie”. Od poniedziałku do piątku bada rynek i konsumentów, pisze w każdej wolnej chwili.
Jest w tej książce właściwie wszystko, co obiecuje opis na tylnej części okładki, a mimo to czuję niedosyt po przeczytaniu.
"Olimpijki" to zbiór reporterskich portretów polskich olimpijek. To historie ich sukcesów i porażek wysuwają się w zamieszczonych tekstach na pierwszy plan. Anna Sulińska nie zgłębia drobiazgowo tematu pt. "kobiecy sport", nie bada jego specyfiki, nie analizuje różnic między podejściem do sportu mężczyzn i kobiet, jedynie czasami, w przypadku niektórych portretów swoich bohaterek, daje znać czytelnikom, o istnieniu tych różnic.
To nie jest jaki wielki zarzut do tej książki. Czyta się "Olimpijki" przyjemnie i jest to książka wciągająca, nawet dla kogoś kto sportem i jego historią się interesuje i sporo wie. Dużo w tej książce ciekawych historii, anegdotek i kulisów.
Ale jeśli ktoś spodziewa się rozprawy na temat nierówności w sporcie, to raczej się rozczaruje. Zwłaszcza, że często to, co pozornie wydaje się dyskryminacją kobiet uprawiających sport, było w czasach opisywanych przez Sulinską specyfiką sportu w Polsce w ogóle.
Sport przed II wojną światową i tuż po niej sport nie był tak profesjonalny jak dzis. Dużo w nim było przypadku. Ktoś nie miał trenera, a i tak odnosił sukcesy, wielu nie miało sprzętu, musiało go pożyczyć i wielu po swoich olimpijskich triumfach szybko odeszło w zapomnienie. Dotyczyło to zarówno kobiet i mężczyzn.
Nie wiem, czy kobiety częściej i szybciej zostawały zapominane, nie wiem, czy kobiety częściej nie miały dostępu do profesjonalnego sprzętu, bo tak jak powiedziałem Sulinską takiej szerokiej analizy nie dokonuje. Może by się przydała? Może wtedy opisywane historie wybrzmiałyby głośniej, gdyby osadzić je w szerszym kontekście z opisem różnic w podejściu do zawodników i zawodniczek?
Na fali wkurzu na to wszystko co działo się wokół sportowczyń podczas kończących się właśnie Igrzysk w Paryżu sięgnęłam po bardzo długo już leżakujący na moim czytniku reportaż Anny Sulińskiej o pierwszych Polkach, które zdobywały dla nas olimpijskie medale. Autorka przybliża w nim sylwetki zawodniczek reprezentujących różne dziedziny sportu, startujące indywidualnie i grupowo. Ale też historię kobiecego sportu olimpijskiego w ogóle.
Chociaż każdy rozdział opowiada właściwie tę samą, a przynajmniej bardzo podobną historię, nie nudziłam się przy „Olimpijkach” nawet przez chwilę. Dzięki solidnemu researchowi, potwierdzonemu olbrzymią bibliografią - setkom artykułów z prasy sportowej, która była w czasach PRL-u na bardzo wysokim poziomie, obejrzanym wielu godzinom taśmy filmowej ze startów, przesłuchanym nagraniom radiowym - miałam wrażenie, że biorę udział w opisywanych wydarzeniach kibicując bohaterkom z trybun. Jednak sportowa kariera bohaterek Sulińskiej to tylko pretekst do opowiedzenia o kobiecym doświadczeniu w sporcie. Są tu momenty smutne, ale zupełnie niezaskakujące: lekceważenie zawodniczek, niedofinansowanie, brak odpowiedniego zaplecza finansowego, wykorzystywanie sportowczyń do realizacji politycznych celów związkowców czy wewnętrznych rozgrywek w klubach, przy jednoczesnych olbrzymich oczekiwaniach, konieczności godzenia kariery z życiem rodzinnym i pracą zawodową, byciu poddawaną ocenie. Najbardziej przykre podczas lektury o dawnych olimpiadach, w trakcie obecnej, było uświadomienie sobie, że w kobiecym sporcie, w ciągu ostatnich 30 lat niewiele się zmieniło. Uwagi i skargi, które mogliśmy usłyszeć po startach Polek w minionych dniach, są tymi samymi, które pojawiają się w reportażu, zaczynając od braku odpowiedniego sprzętu, kończąc na delegatach, którzy zabierają miejsca w reprezentacji osobom, które mają służyć wsparciem zawodniczkom. Patologia związków sportowych też jest taka sama. Na szczęście reportaż Sulińskiej to nie są gorzkie żale. Jest tu miejsce na wiele pięknych momentów, pełnych radości i wzruszenia, mimo wszystko.
Jest w tej książce jeden rozdział, który chciałabym żeby był w Polsce czytany masowo. W Polsce, w której zamiast festiwalu radosnego kibicowania, mieliśmy festiwal transfobii i szowinizmu. Otóż, jeśli sądzicie, że to co działo się wokół algierskiej i tajwańskiej bokserki, to jakaś nowość - nic bardziej mylnego. Podważanie kobiecości zawodniczek to stara dobra sportowa tradycja. Możemy sobie myśleć, że łaskawi panowie domagają się dla nas sprawiedliwości i dbają o nasze bezpieczeństwo, ale tak naprawdę chodzi o rozgrywki między federacjami sportowymi mające na celu wyeliminowanie konkurencji, wprowadzenie zamętu i zasianie fermentu. W rozdziale zatytułowanym „One” Sulińska opowiada o dwóch wielkich polskich biegaczkach. Pierwsza - Stella Walsh czyli Stanisława Walasiewiczówna - była rekordzistką świata w sprincie i choć mieszkała w USA, zdobywała medale dla Polski na przedwojennych Igrzyskach. Niesamowita sportowczyni, której kariera trwała do 50 roku życia, obejmowała różne sporty i do końca była w stanie pokonać osoby połowę młodsze od siebie. Plotki na temat jej płci krążyły przez cały czas, chociaż nie była jedyną biegaczką, którą w tamtym czasie podejrzewano o bycie mężczyzną. Ale z prawdziwą mocą wybuchły dopiero po jej tragicznej śmierci, co mogło zaowocować odebraniem jej wszystkich medali i rekordów. Na szczęście miała na tyle ugruntowaną pozycję, że federacja lekkoatletyczna stanęła po jej stronie. Mniej szczęścia miała Ewa Kłobukowska, której kobiecość zakwestionowano na szczycie jej sportowej ścieżki i odebrano jej wszystko - tytuły, rekordy, karierę, perspektywy. Pojawiła się w biegach w tym samym czasie co Irena Szewińska i miała wszelkie predyspozycje żeby osiągnąć sukces równy największej polskiej lekkoatletce. Nie będę rozpisywała się tu o szczegółach, ale na skutek połączonych wysiłków działaczy związków lekkoatletycznych NRD i ZSRR, przeprowadzono jej testy genetyczne opierające się na badaniu ciałka Barra, dziś uznawane za całkowicie niewiarygodne i wyeliminowano ją ze sportu, stwierdzając, że ma męski genotyp. Co najlepsze, a właściwie najgorsze, Ewa wraz z innymi zawodniczkami już wcześniej poddawana była innym testom uzgadniającym płeć, tym najbardziej upokarzającym, gdzie dziewczyny siadały na fotelu ginekologicznym, a obcy ludzie - rzadziej lekarze, częściej działacze - wizualnie przekonywali się o ich cechach płciowych. Polka te testy przechodziła. Niestety, reprezentacja Polski była za mocna, świat nie chciał przyjąć, że kobiety mogą biegać tak szybko, więc trzeba było się pozbyć najmocniejszego ogniwa. Ewa Kłobukowska w wieku zaledwie 21 lat pożegnała się ze sportem na zawsze. I chociaż niedługo potem urodziła dziecko, a po latach przyznano, że została skrzywdzona, nigdy nie odzyskała należnego jej miejsca w historii sportu (słownik empatyczny zrobił petycję o zmianę tego stanu rzeczy, w komentarzu wrzucę link). Ten rozdział „Olimpijek” jest szczególnie wart przeczytania nie tylko ze względu na wstrząsające losy bohaterek, ale autorka wyjaśnia w nim o co chodzi z chromosomami, jaka była historia i sposoby weryfikacji płci zawodniczek, jak to wygląda dziś i co ma z tym wspólnego Caster Semenyi. Generalnie jest to szokujące i obrzydliwe - patriarchat at it’s best - ale doskonale pozwala zrozumieć czego świadkami byliśmy w ostatnich tygodniach. Bardzo polecam wam lekturę „Olimpijek” w całości, ale jeśli nie interesuje was historia sportu i/lub kobiet, to przeczytajcie chociaż ten jeden rozdział.
po tym jak przeczytałam "wniebowzięte" od P. Sulińskiej nie balam się sięgnąć po "Olimpijki", bowiem spodziewałam się wspaniałej lektury. Rozmowy z Olimpijkami wzrusz szczególnie urzekła mnie ostatnia z wioślarkami, gdyż obie uczestniczyły w rozmowie w tym samym czasie. Polecam każdemu interesującemu się sportem. ogromny podziw dla autorki, czuć że włożyła wszelkie starania jak i serce w tą książkę.
Ps. czytanie tego podczas olimpiady- niesamowite doświadczenie.
Pamiętam jak mój tata, w celach edukacyjnych, opowiadał mi o mistrzach olimpijskich, gdy byłam mała. Wtedy dowiedziałam się o Irenie Szewińskiej i wielu innych sportowcach, ale kobiet raczej tam nie było. Dzięki książce Anny Sulińskiej w końcu miałam okazję dowiedzieć się więcej i była to świetna przygoda.
4,5 * Bardzo ciekawa pozycja dla laika w temacie. Nie znam się, nawet nie oglądam zmagań sportowych aktualnie ale w dzieciństwie uwielbiałam rodzinnie podziwiać w tv olimpiady. Sport w ciężkich czasach, polityka, niesprawiedliwości losu, traktowanie kobiet, wszystko to tutaj jest co nie raz podniosło mi ciśnienie przy czytaniu! Ale jest i radość i duma. Bardzo dobrze się czytało ten reportaż bo i czas i życie tych kobiet już się skończyło w większości więc mamy możliwość dowiedzieć się co było dalej, jak się żyło i gdzie podziały się medale ;)
Wspaniały reportaż, który niesamowicie mnie poruszył. Do książki podchodziłam z rezerwą, bo nie interesuję się sportem. Och, cóż za błędne myślenie. Tutaj zmagania sportowe są tłem historii, a nie jej clou. Autorka pokazuje zmagania swoich bohaterek z własnymi ograniczeniami, reżimem, polityką i stereotypami. Nie omija też trudnych tematów. Cieszę się, że mogła poznać historie tylu wspaniałych, silnych i pięknych kobiet. Jestem totalnie zaskoczona i zarazem zachwycona.
Czy wiecie, że do 1992 na olimpiadzie mogli startować tylko sportowcy amatorzy? To znaczy, że olimpijczykiem mógł być każdy z nas. I takie właśnie historie w tej książce poznajemy - nauczycielki, sąsiadki, matki. A wszystkie zdeterminowane, by przeskoczyć te wszystkie kłody, które życie kładzie pod nogi. Cudowna książka, zatraciłam się w niej zupełnie. Napisana rzetelnie, opowiedziany cały kontekst, ale serce całkowicie oddane bohaterkom.
"Olimpijki" czyta się bardzo dobrze i dają wszystko, co obiecują. Jednak ta książka mogłaby być dłuższa, głębsza. Brakuje mi rozmów o tym, że sportsmenki to "śliczne i uśmiechnięte dziewczyny", a mężczyźni to herosi i zawodowcy.
Sięgnęłam po nią przypadkiem i bardzo mi się podobała. Wcale nie widzę potrzeby żeby była dłuższa, wręcz mogłaby wtedy kogoś takiego jak ja zniechęcić do sięgnięcia.
4🌼 Im więcej takich książek się czyta, tym bardziej się docenia swoją obecną sytuację i jakie ma się możliwości w życiu. Momentami bardzo przykra lektura, choć otwierająca nieco oczy