Adrianna wierzy, że szczęście w końcu się do niej uśmiechnęło – po trwającej ponad rok separacji udaje jej się porozumieć z mężem i Radek wraca do domu. Niestety, idylla nie trwa długo, a los brutalnie odbiera kobiecie to, co jej podarował.
Po śmierci męża Adrianna czuje, że musi zostawić swoje dawne życie, bo wszystko w nim przypomina jej o Radku. Spontanicznie podejmuje decyzję o zakupie podupadającego domu na Półwyspie Helskim. Szybko wsiąka w lokalną społeczność, zaprzyjaźnia się z małżeństwem z sąsiedztwa i starym rybakiem. Wydaje się jej, że w jej sercu nie ma już miejsca dla żadnego mężczyzny. Ale czy na pewno? Czy w życiu prawdziwie kocha się tylko raz?
Sądzę, że mogę już nazwać się weteranką, jeśli chodzi o twórczość Magdaleny Majcher, bo "Port nad zatoką" to moja prawie dwudziesta książka tej autorki. Jak wypada ona na tle innych?
Adrianna po raz drugi odnajduje szczęście u boku tego samego mężczyzny - rok separacji sprawił, że uczucie małżonków znowu rozkwitło. Niestety idylla nie trwa wiecznie, a los odbiera głównej bohaterce to, co najważniejsze. Kobieta próbuje poradzić sobie z traumą, decydując się na kompletną zmianę otoczenia i przeprowadza się na Półwysep Helski.
Sama historia nie jest wymagająca, ale na pewno kiedy czyta się ją w jesienno-zimowych miesiącach, to aż żal ściska za serce, kiedy człowiek tęskni za szumem morza, piaskiem pod stopami oraz promieniami słonecznymi grzejącymi każdą część ciała. Niemniej ten morski klimat i delikatne poruszenie istotnych tematów to zbyt mało, bo jednak autorka tym razem poświęca więcej uwagi rozterkom miłosnym, tęsknocie za ukochaną osobą oraz budowaniu swojego życia na nowo na własnych warunkach. Całość w zasadzie nie wywarła we mnie żadnych emocji, jedynie zakończenie wzbudziło we mnie konsternację - rozum mówi, że to najlepszy rodzaj finału, jaki autorka mogła zaserwować, ale serce jednak cierpi.
Z przyjemnością poznałam kolejną odsłonę pisarki, chociaż nie ukrywam, że na pewno nie jest ona moją ulubioną. Uwielbiam Majcher za poruszanie trudnych tematów, o jakich inni często boją się pisać, a tutaj sporo mi zabrakło, abym mogła nazwać tę książkę "moją". Wiem, że autorkę stać na dużo więcej - wiadomo, słabsze tytuły też są potrzebne, także doceniam, ale czekam niecierpliwie na nasze kolejne spotkanie, licząc na to, że będzie bardziej udane.
Adrianna po ponad roku separacji na nowo zakochuje się w swoim prawie byłym mężu. I to ze wzajemnością. Szczęście niestety nie trwa długo, bo na horyzoncie już zbierają się ciemne chmury…
Miałam ochotę na lekką, może nawet wakacyjną lekturę i skusiłam się na „Port nad zatoką” z powodu okładki. Jednak to nie była lekka książka, ale absolutnie nie żałuję, że ją przeczytałam. Bardzo lubię literaturę obyczajową, a Majcher w ten gatunek potrafi wyśmienicie 😊
Przeżywałam wszystko razem z Adrianną. Nie zawsze od razu rozumiałam co nią kierowało, ale potem za każdym razem uśmiechałam się do niej i po cichu mówiłam „tak trzymaj, dziewczyno”. Jej historia nie jest niczym nadzwyczajnym, może zdarzyć się każdej z nas - choć nikomu nie życzę przechodzić przez taki ból - ale wciągnęła mnie bardzo i dała do myślenia. Autorka nie bawi się tutaj w słodzenie i opisywanie idylli, która nie ma prawa bytu. Mam nieodparte poczucie, że inspiracje czerpie z życia. Ja miałam wrażenie, że czytam o kimś, kogo znam, że to historia kogoś mi bliskiego. Brawo!
Zakończenie genialne. Bardzo mi się podobało. Choć mi się nie podobało - tak, wiem, jak to brzmi - to mi się podobało. Przeczytajcie, to będziecie wiedzieć, co mam na myśli 😊