Kopalnia przeszłości i hałda niedomówień. Opowieść o historii małej, wielkiej i tej niesłusznie pomijanej. Powieść o rodzinie, Śląsku i kobietach.
Holandia, początek XXI wieku. Katarzyna pracuje na uniwersytecie, wiodąc życie współczesnej emigrantki. Jest samodzielna, wykształcona, ma terapeutę i panią do sprzątania. Wyjeżdżała z kraju z nadzieją na europejskie standardy traktowania, karierę naukową i ucieczkę od rodziny, z której na dobrą sprawę została jej już tylko babcia. Wydaje się więc, że wszystko poszło po jej myśli... Może z wyjątkiem zaburzeń odżywania, z którymi wciąż nie może się uporać.
Śląsk, schyłek lat czterdziestych XX wieku. W chorzowskich zakładach azotowych trwa mordercza walka o realizację planu trzyletniego. W wysiłkach o przyszłość swoją i ludowej ojczyzny nie ustaje Marijka, marząca o tym, by zostać przodownicą pracy. Na jej oczach formuje się nowy świat, w którym postawna dzioucha upatruje szans na awans społeczny, wyrwanie się spod kurateli matki i szczęście u boku ukochanego Alozja. I wszystko wskazuje, że powinno się udać. Do czasu.
Marijka nigdy nie dowie się o istnieniu Kasi, a Kasia natrafi na ślad Marijki przypadkiem, gdy zobaczy tajemniczą postać na fotografii ukrywanej przez babcię. Po latach i pewnej szczególnej rozmowie telefonicznej postanowi zrozumieć dlaczego. Wyruszy do kopalni rodzinnej przeszłości i wdrapie się na hałdę wieloletnich niedomówień, z której rozpościera się perspektywa od współczesnego wybrzeża Morza Północnego, po PRL-owskie koryto rzeki Rawy.
Śledząc historię górniczej rodziny, Anna Dziewit-Meller opowiada o mrocznych latach czterdziestych ubiegłego wieku, klasowej emancypacji i problemach, które dotykają nas dziś. Nade wszystko brutalnie szczerze i niezwykle empatycznie mówi o tym, co wciąż niesłusznie pomijane: o udziale kobiet w małej i wielkiej historii.
Lubię takie przypadki - ledwo mi Szczepan Twardoch w wywiadzie powiedział, że kutzowska scena z kobietą obmywającą nogi mężczyźnie, który wrócił z pracy na grubie jest fałszywa, a tu Anna Dziewit-Meller umieszcza ją w swojej - skądinąd bardzo dobrej - książce, “Od jednego Lucypera”. Komu wierzyć? Nikomu, jak pokazuje w “Kajś” Rokita o Śląsku każdy ma swoją prawdę, swoje wyobrażenia, swoje dokumenty i każdy ten Śląsk po swojemu czyta - niezależnie od tego, czy urodził się w Chorzowie czy Wejherowie.
Nie jest fanem “Góry Tajget”, dlatego z przyjemnością odnalazłem w nowej powieści Dziewit-Mellet dużo lepszy język, ciekawszy pomysł na samą powieść i tak jakby redakcja lepiej się spisała. A o czym to opowieść? O rodzinnej tajemnicy, którą skrywa babcia mieszkającej już w Holandii Kasi. A tajemnica dotyczy losu jej siostry, Marijki, zaangażowanej w budowę nowego, powojennego świata. Kasia też buduje nowy świat - pracując na uczelni w Holandii, wydaje się być ucieleśnieniem snu klasy średniej w XXI wieku.
Obie reprezentują ze sobą sukces klasowy, dopasowany do epoki, z której pochodzą. I choć powieść Dziewit-Meller jest też rodzinną sagą, opowieścią o pamięci, o kobiecości w socrealizmie, przemocy ukrywanej pod hasłami wyrównywania szans i kobiet na traktorze, to we mnie najbardziej rezonuje właśnie to zestawienie dwóch kobiet osiągających sukces i płacących za niego bardzo wysoką cenę, co by może nie zdradzać za bardzo treści “Od jednego Lucypera”. Bohaterki tej książki “nie wiedziały w owej chwili, że nie ma dla nich żadnego wyzwolenia jest tylko niewola nowego rodzaju”,
Nie jestem specjalistą od śląskiej literatury, ale przynajmniej w zakresie książek popularnych z ostatniego dziesięciolecia i co bardziej znanych z całej naszej historii literatury, mam wrażenie, że kobieca opowieść o Śląsku do tej pory nie zaistniała. O Śląsku opowiadają mężczyźni - Kutz, Janosch, Twardoch, Morcinek (przepraszam, ale musiał go tu dorzucić, bo chodziłem do podstawówki imienia Morcinka i mam te jego dzieła wszystkie przeczytane zupełnie niepotrzebnie). Dziewit-Meller bardzo sprawnie wplata w “Od jednego…” rozważania o społecznej historii Śląska widziane z perspektywy kobiety i jest to zdaje się cenna lekcja. Tak jak ważne jest dostrzeganie tego, czego nie jest w stanie zapisać większość pisarzy-mężczyzn, czyli codziennego doświadczenia kobiety, na które składa się choćby menstruacja, to “zaciskanie ud”, tak dokładnie opisywane przez autorkę “Góry Tajget”.
Sporo warstw w tej szybko się czytającej i wciągającej historii znajdziecie - mnie oczywiście przyciągnęły archiwalia, z których korzysta autorka, wydobywając z nich smutną opowieść o kształtowaniu się klasy robotniczej w powojniu, która to klasa donosiła na siebie, nienawidziła się, zazdrościła sobie, ale też była w tych postawach utwierdzana przez władzę, bo na takich emocjach najłatwiej zbudować aparat kontroli i przemocy. Przypomina Dziewit-Meller choćby historie przodowników i przodownic pracy, tak docenianych przez aparat władzy, a tak nienawidzonych przez innych robotników i robotnice. Jak skończył najsłynniejszy z nich, Pstrowski, znajdziecie na wiki, ale w “Od jednego…” też jest kilka słów na ten temat.
Powieści czytam głównie po to, by spotkać się z innym człowiekiem, taki którego nie jestem w stanie spotkać na ulicy, nie ma go w mojej “bańce”, którego czasem nawet nie jestem sobie w stanie wyobrazić. Książki z takimi bohaterami czy bohaterkami cenię najbardziej, bo się z nich czegoś dowiaduję o doświadczeniu, które nigdy nie było i nie będzie moje. W tej książce takie bohaterki spotkałem. Mam nadzieję, że Państwo sięgną, bo to bardzo sprawnie utkana historia o historii.
Czas odczarować okreslenie „babska literatura”, która kojarzy sie z niezbyt wymyślnymi romansami zwieńczonymi dobrymi zakończeniami. Bo przecież książki kobiece to nie tylko te o szczęśliwej miłości i poszukiwaniu spełnienia w urokliwym domku na wsi - czego dobrym przykładem jest najnowsza powieść Ani Dziewit Meller. Autorka w „Od jednego Lucypera” (kocham ten tytuł!) opowiada o dwóch kobietach. Jedna z nich to Marijka krzepka robotnica żyjąca na powojennym śląsku. Druga to wnuczka jej siostry Kasia, żyjąca współcześnie naukowczyni mieszkająca w Holandii. Mimo, że kobiety nigdy się nie poznały, a o istnieniu ciotki Kasia dowiedziała się z rodzinnej fotografii, ich historie nierozerwalnie się ze sobą wiążą. Kobiety pochodzą z rodziny, której trzonem od zawsze były kobiety, rodem nad którym podobno wisi matriarchalne fatum, które wysysa życie z mężczyzn zbyt słabych, by dorównać im kroku. Nasze bohaterki nie należą do najszczęśliwszych, każda zmaga się ze swoimi demonami, obie zderzają się z ograniczeniami i patriarchatem. To historia o tym jak doświadczenia naszych przodków wpływają na nasze życie, ale też opowieść o kobiecości i o tym jak wiele jeszcze mamy do zrobienia by ta kobiecość bardziej niż przekleństwem, była naszą mocą. Nie mogę też nie wspomnieć o języku, niezwykle poetyckim i kwiecistym, w dodatku ubarwionym wstawkami śląskiej gwary - miód na literackie serce. A już tak na koniec, dla mnie zawsze wartością dodaną w książkach, jest skupienie na kobietach, ich perspektywie - tych książek na szczęście jest już coraz więcej, ale niech się piszą i wydają dalej, bo mamy trochę do nadrobienia w literaturze przez wieki zdominowanej przez męskie spojrzenie.
Znajomość z panią Anną Dziewit-Meller zaczęłam od jej najnowszej powieści. I to jest dobry początek znajomości i bardzo dobra książka. O kobietach, o Śląsku, o strasznych powojennych czasach, w których ludzie donosili na siebie dla chwilowych korzyści. I o tym, jak w pokręcony sposób stwarza nas nasza przeszłość. Trafnie określa to powiedzenie- kładzie się cieniem. Lub przewodnie motto powieści, od którego bierze się jej tytuł: "Jaka marchew, taka nać, taka córka, taka mać. Jaka matka, taka cera – od jednego Lucypera." Jednak koniec powieści daje jakąś nadzieję, że można się wyrwać z tej plątaniny macek przeszłości i przynajmniej spróbować stworzyć nowy świat. Mnie się podobało, spróbujcie, może i Wam przypadnie do gustu
3.5 Najnowsza powieść Anny Dziewit-Meller to książka, na którą czekałam odkąd tylko dowiedziałam się, że autorka nad nią pracuje. Uwielbiam Państwa Mellerów i wszystko co wychodzi spod ich pióra, jak i wszelkie ich rekomendacje, sprawdzam. Nie zawsze czytam, ale zawsze podglądam. "Od jednego Lucypera" to saga rodzinna, koncentrująca się na kilku pokoleniach śląskich kobiet, opowiedziana bardzo poetyckim językiem (tu mogę zacytować Magdalenę @efemerycznosc_chwil , która w swojej recenzji napisała, że "Metaforami można okleić cały pokój."). I tu powinna mi się zapalić lampka. Co prawda, nie czytałam wcześniej recenzji, by się nie nastawiać/uprzedzać, ale już po pierwszych stronach wiedziałam, że język tej powieści to zupełnie nie moja bajka. I przez pierwsze kilkadziesiąt stron faktycznie nie mogłam się w nią wgryźć, bo myśli uciekały mi gdzieś indziej. Ale tak już mam - nie lubię kwiecistych, rozpoetyzowanych opisów , pełnych przenośni, porównań, epitetów. Ten sposób obrazowania rzeczywistości, charakteryzowania bohaterek, ich wyglądu, każdego ruchu, otoczenia - do mnie nie przemawia. Ja tego nie lubię. Natomiast, jak już weszłam w historię to połknęłam resztę w jeden dzień. Bo abstrahując od stylu, który zupełnie mi nie leży (ale to czysto subiektywne preferencje), to zarówno bohaterki, jak i ich historie są absolutnie porywające. To odważna opowieść o kobietach, którym nie brakuje śmiałości, ale które również nie stronią od niepokojów i którym przytrafiają się krzywdy, przeciwieństwa losu; kobiet, które muszą walczyć o siebie, o swoje przywileje, swoje wyznawane wartości i dążą do życia po swojemu. Autorka umiejętnie łączy przeszłość z współczesnością, przemyca drobne nawiązania do bieżących sytuacji czy symboli dzisiejszej codzienności (świetnie się to będzie czytało za kilkanaście lat!). To głęboko osadzona na Śląsku historia, bardzo feministyczna, która portretuje nam tamtejsze zwyczaje, perspektywy, pozycje kobiet. Ale doświadczenia opisywanych bohaterek równie dobrze mogłyby dotyczyć każdej kobiety. To doświadczenia przyprawiające o dreszcze, tym bardziej uderzające, bo dotyczące wyłącznie kobiet i podparte o stereotypy. To bardzo przemyślana i dopracowana powieść. I to widać w każdym zdaniu. Zarówno pod kątem języka, narracji, kontentu merytorycznego, charakterystyki bohaterek, spójności całości i jej śląskości (ta gwara!). Nie mogę zatem zarzucić "technicznej" stronie powieści niczego. I choć styl mi nie podpasował, emocji też raczej zabrakło to całościowo uważam, że jest to bardzo dobra, ważna i potrzebna powieść, która niesie mnóstwo treści, feministycznych przemyśleń (porównanie krwi kobiecej do męskiej - o wow, zaznaczone!), trafnych spostrzeżeń, pełnokrwistych bohaterek - i to wszystko wyważone i podane w idealnych proporcjach.
Co ta Dziewit-Meller? Znów to samo - piękny styl, płynność frazy, barwne obrazy (a raczej szaro-bure, bo mówimy o Śląsku), historia (herstoria! bo to opowieść kobieca i o kobietach) wciąga i porusza, choć ma fajny dystans tam, gdzie trzeba. Ale ponownie (to samo było z „Górą Tajget”) jest zbyt dosłownie, zbyt „pod tezę”. I choć przekaz do mnie trafia (tak, traumę dziedziczymy; tak, to niemożliwe, żebyśmy byli normalni, gdy za nami ciągną się takie klątwy pokoleń poprzednich) to chyba nie lubię, jak ktoś mi to tak łopatologicznie wyłuszcza. Bo wychodzi bardziej teatrzyk, niż poważna literatura. A finał to już został spłaszczony totalnie. Ale to może być tylko mój problem i nie odradzam tej lektury. Myślę, że ta książka może być potrzebna i ważna dla wielu osób. Ja jednak chciałabym przeczytać to samo, ale wykonane subtelniej.
„Od jednego Lucypera” Anny Dziewit-Meller to wielopokoleniowa saga rodzinna o śląskich kobietach. Fabuła jest poprowadzona z perspektywy dwóch kobiet i dwóch linii czasowych. Kasia żyje w czasach nam współczesnych w Holandii, robi karierę naukową i cierpi na anoreksję. Marijka zaś żyje w czasach PRL-u, jest silna i pracuje fizycznie. Losy kobiet są w pewien sposób połączone 🤔
„Od jednego Lucypera” to pełna bólu i niesprawiedliwości historia o kobietach. Ale również o problemach, niezagojonych ranach i traumach rodzinnych przekazywanych z pokolenia na pokolenie.
Napisana jest pięknym kwiecistym językiem pełnym śląskiej gwary, przez co początkowo ciężko było mi się z nim oswoić. Ale z czasem pochłonęła mnie ta historia i kobieca perspektywa. Dodatkowo kobiece postaci są fantastycznie wykreowane, a ich charaktery są mocno zróżnicowane, dzięki czemu ta historia jest jeszcze ciekawsza.
Jest to powieść mocno feministyczna, do tego saga rodzinna, więc poznajemy tu kilka pokoleń. Uwielbiam takie historie, więc „Od jednego Lucypera” musiało mi się spodobać! Z pewnością zaskoczyła mnie jednak gwara śląska i brutalność, jaka występuje na kartach tej powieści.
„Od jednego Lucypera” to rewelacyjna powieść o pewnej śląskiej rodzinie. Jest smutno i feministycznie. Bardzo polecam!
Przeczytałam właściwie w jedno popołudnie, bo ta fabuła żre strasznie i naprawdę nie da się odłożyć tej książki. Anna Dziewit-Meller sprawnie miksuje dwie perspektywy: współczesną (i tu mamy emigrację, stany lękowe, anoreksję i potężne wyobcowanie, rzec by można wykorzenienie) oraz prlowską (z całym politycznym okrucieństwem tamtego czasu, obyczajowością i powidokami wojny). Wszystko jednak nam się pięknie zazębia (nawet zbyt pi��knie; perspektywy są spasowane tak idealnie, że przypominają dwa puzzelki), bo powieść w gruncie rzeczy jest o tym, że przyszłość idzie pod rękę z przeszłością, traumy są dziedziczne, a postpamięć sięga kilka pokoleń wstecz. Wszystko prowadzi nas do wizerunku kobiety jako 'innego', obcego. I ten wizerunek naszkicowany jest wyjątkowo dobrze, wiarygodnie i soczyście. Czujemy wyobcowanie 'innego', czujemy strach i odrazę świata, który tego 'innego otacza'. I to jest okej. Niestety Annie Dziewit-Meller nie udało się uciec od sentymentalizmu, kilku klisz i bardzo niesatysfakcjonującego finiszu. Traumy znikają trochę zbyt magicznie, domknięcie jest aż zbyt bajkowe i mało wiarygodne.
Chyba 3,5 albo 4 na szynach, ale jeszcze rozkminiam.
Tak mi się spodobała ostatnia powieść autorki, że zdjęłam z półki Lucypera i… nie żałuję. To historia sięgająca nieco bardziej w przeszłość, w czasy głębokiego PRL-u i odtwarzająca los tajemniczej kobiety ze zdjęcia. Bardzo smutna, bardzo poruszająca, piękna opowieść o byciu kobietą w złych czasach. Koniecznie.
Uwielbiam książki o polskich rodzinach, z polskim klimatem, wioskami, małymi mieścinami i POLSKOŚCIĄ. Jakoś zawsze łapią mnie za serducho. Tak też było w przypadku „Od jednego Lucypera".
Historia śląskiej rodziny, w której kobiety doświadczyła krzywda zarówno w czasach PRL-u, jak i teraz. To historia o problemach rodzinnych, niewyjaśnionych traumach i sile. Myślałam, że będzie tu nieco więcej zwartej akcji, jednak po wgryzieniu się w historię i połapaniu się, gdzie wszystko zmierza zupełnie mi to nie przeszkadzało.
Malutki minus - ta książka powinna być dłuższa! To cudowna historia, ukazująca losy rodzinne z perspektywy dwóch linii czasowych, jednak nie do końca potrafiłam zżyć się z tą książką przez sporo niedomówień. Wydaje mi się, że byłoby inaczej, gdyby autorka poświęciła nieco więcej czasu na pogłębienie relacji pomiędzy bohaterami, na ich emocjach i życiu - bez tego historia momentami wydawała mi się nieco surowa i bezbarwna. Mimo wszystko świetnie bawiłam się przy czytaniu, a miałam dosyć spore wymagania co do tej pozycji. Temat i całokształt powieści bardzo chwyciły mnie za serce, a koniec nieco wzruszył. 4.5/5⭐️
Pozostaję w klimatach śląskich opowieści. Nie wiem jak do tego doszło, że polubiłam takie sagi pokoleniowe. Chyba jest coś niezwykle ludzkiego w słuchaniu o przeżyciach innych osób, ale nie w poszukiwaniu sensacji i plotki tylko zrozumienia. Ta konkretna książka skupia się na kobietach, jest o ich wytrwałości i ich niszczącej sile.
I naprawdę powinniśmy zacząć umieszczać trigger warning na książkach! Opisy zmagań z zaburzeniami odżywiania przewijają się przez całą książkę i są dość szczegółowe.
Oceniłabym na 4, bo zdecydowanie za mało stron ma ta historia! I jak zwykle brakowało mi emocji, wgłębienia się w życie bohaterów, powiązań między pokoleniam - sporo tu niedopowiedzień.
Ale to historia o rodzinie ze Śląska. Akapity pisane gwarą, którą się posługuję na co dzień. Robotnicze rodziny. Bliskie mi tematy. Dlatego ta książka zajęła wyjątkowe miejsce w moim sercu.
Bardzo dobra i spójna historia zawierająca w sobie kilka ważnych, szczególnie dla współczesnego świata, wątków. Historia zmieniającego się na przestrzeni dekad świata widziana oczami kobiet tej samej rodziny, lecz różnych z pokoleń. Polecam!
Takie 3,5⭐️ Zaczęłam czytać, żeby poczuć się bliżej domu, kultury jaką znam ze swoich okolic i faktycznie częściowo to zadziałało. Nie spodziewałam się jednak tak głębokiego opisu tylu okropnych przeżyć. Książka jest po prostu mocna i chwyta momentami za serce. Dość specyficzna lektura.
Niesamowity opis gotujących się pod przykryciem, gęstych jak smoła emocji, które się dziedziczy. Nagle trochę inaczej spojrzałam na żeńską linię swojego własnego rodu i chyba już troszkę mniej nerwowo będę odbierała pytanie "dziecko, a jakie ty możesz mieć problemy?". Podczas lektury przygniata świetnie oddana, oczywiście jak na moje oko osoby urodzonej "już po wszystkim", atmosfera codziennego życia w komunizmie.
Fakt, zakończenie przesłodzone i trochę mi to psuje odbiór, ale niech już stracę :) Oceniam na 5, a nie 4 za dużo fragmentów, z którymi mogłam się mocno utożsamić.
Bardzo dobrze napisana i smutna książka. W całości poświęcona kobietom, ich perspektywie i ich problemom - ze światem, ale też ze sobą.
To co zwraca uwagę od razu to dialogi, śląska gwara i żywy język natychmiast wciągają w czarną od węgla i złych intencji rzeczywistość. Krótkie rozdziały sprawiają, że czyta się to szybciutko, mimo że autorka kilkukrotnie serwuje czytelnikowi bombę na twarz.
Jest to opowieść mroczna, ale z nutką nadziei. Długo zbierałem się do przeczytania jej, ale warto było i polecam każdemu. Jeśli czytać fikcję, to właśnie taką.
Mocnych, trudnych, niezwykle potrzebnych, a mimo to napisanych tak pieknym językiem. Pokazujących świat z rzadko oglądanej perspektywy - kobiet uwikłanych w sieci rodzinnych powiązań, społecznych oczekiwań, wtłoczonych w role, w ktorych trudno być sobą.
Książka została ze mną jeszcze długie tygodnie po zakończeniu, bo sięga do emocji, które na codzień wolimy raczej odłozyć na półkę i się nimi nie zajmować.
Wspaniały, wielowątkowy esej o Ślązaczkach, ale przecież nie tylko. Sporo świetnie podanej, smacznej historii, ale jakże współczesnej w swym wyrazie. Przemiłe zaskoczenie wybrane na spotkanie klubu dyskusyjnego. To moje pierwsze spotkanie z autorką, ale zdecydowanie nie ostatnie, bo zaintrygowało mnie to, o czym, ale i jak pisze.
Muszę przyznać, że książka leżała na mojej liście do przeczytania od dawna i zdążyłem zapomnieć jak się tam znalazła - w konsekwencji dostałem opowieść o wielopokoleniowej traumie, na którą nie byłem mentalnie przygotowany.
Powieść opowiada o 2 światach równolegle. O Kasi, która już właściwie nie ma żadnej bliskiej rodziny, mieszka niczym stereotypowa wykształcona polska emigrantka w Holandii, po wyniesieniu się z Polski nie mogąc znieść życia w miejscu wiążącym się z tyloma nieszczęściami i niczym jeszcze niezagrożonym patriarchatem w jej miejscu pracy. Drugą perspektywą jest życie siostry Babci Kasi, przodowniczki pracy na powojennym Śląsku. Trauma rodzinna Kasi i związane z nią zaburzenia i przemyślenia bohaterki są ciężkie, a w międzyczasie czytelnik musi poradzić sobie z grozą powojennego komunistycznego systemu w Polsce i dyskryminacji Ślązaków za ich "niemieckość". Sytuacja kobiet jako ogółu z tamtego okresu jest zarysowana naprawdę dramatycznie i wywołuje ogrom współczucia, ale i smutku. To wszystko działo się tak niedawno. W trakcie czytania dowiadujemy się stopniowo na czym polega rodzinna trauma i naprawdę nie należy ta tajemnica, której odkrycie jest przyjemne.
Emocjonalnie bardzo mnie zmęczyła ta książka i mimo, że niektóre okropne przeżycia bohaterów były już mocno podkoloryzowane dla efektu traumatycznego (nie odmawiając oczywiście, że historyczna Tragedia Górnośląska miała miejsce), uważam że warto budować świadomość tych wydarzeń i dla mnie osobiście ścierać się z emocjami, których sam bym nie doświadczył.
Na ogromny plus język powieści. Jednym z głównych składników przekazywania emocji jest sposób pisania autorki i jest to jeden z najlepszych przez polskiego autora z jakim miałem do czynienia od lat.
Tematyka śląska zawsze jest dla mnie magnesem i książkę Anny Dziewit-Meller od dawna planowałam przeczytać. Nie po raz pierwszy niepotrzebnie z lekturą zwlekałam, bo opowieść o rodzinie Solików wciągnęła mnie bez reszty, mimo że spodziewałam się bardziej reportażu fabularnego niż sagi rodzinnej.
Od jednego Lucypera to przede wszystkim powieść o kobietach, śląskich babach, które nie mają czasu na sentymenty, głupią godkę o uczuciach, bo je przeca tyle roboty, i trza łobiod narychotwać i pranie zrobić i chopu szłapy umyć i chałpa wypucować. Kaj by tam był czas na głupoty. W takiej właśnie zdominowanej przez kobiety rodzinie dorastała Kasia. Dodać należy, że to rodzina pełna tajemnic, bo niby czemu wszyscy mężczyźni z niej tak szybko znikają, czemu mama Kasi tak młodo umarła i kim jest tajemnicza postać na zdjęciu babci z komunii?
Ósma i ostatnia książka z nominowanych przeze mnie do nagrody Art Rage. Przede wszystkim piękne wydanie, super okładka nawiązująca do węgla. Po drugie ogromny nakład pracy autorki, odtwarzanie realiów, studiowanie archiwów IPN, oddanie śląskiego języka. Ale są dwa problemy: w książce bardzo niewiele się dzieje i główna bohaterka jest nie do przejścia. To że się nic nie dzieje można by jeszcze wybaczyć, bo czasem forma i nastrój są ważniejsze od treści, ale tutaj tego jakoś nie ma. Jest bezpośredni opis, który jednak nie nosi znamion realizmu. Główna bohaterka zmaga się z zaburzeniami odżywiania co mogłoby być ciekawe, ale nie jest. Ona sama zaś jest po prostu antypatyczna i nudna. I to bardzo przeszkadza. Śląskie kobiety, które miały być motywem przewodnim od Marijki, Babci bohaterki, do jej matki są opisane w zasadzie schematycznie. To co mogłoby być ciekawe, czyli próba oczyszczania dobrego imienia zostało zredukowane do jednej strony - stało się i koniec, zaś sama motywacja by się tym zająć jest bzdurna. W zasadzie nie mam pojęcia komu tę książkę polecić, mnie się nie podobała.
Ania znów powraca na rodzinny Śląsk, by snuć poruszającą i wstrząsającą opowieść o śląskich kobietach, górniczkach, o czasach stalinizmu, a wszystko to oparte o prawdziwe wydarzenia. Między słowami jednak snuje przejmującą i niezwykle uniwersalną historię kobiecości, emancypacji i rodzinnej traumy, która przechodzi z pokolenia na kolejne pokolenie kobiet. W tej opowieści jest wszystko co najważniejsze, a nawet więcej, bo okazuje się, że pewne doświadczenia są ponadczasowe, nie tylko z perspektywy kobiet.
Dawno nie czytałam tak dobrej książki. Wszystko we mnie z nią rezonuje mimo, że jestem tylko etnicznie zdeprawowanym dzieckiem potomków kresowiaków z okolic Szczecina. Historia niby o Śląsku ale jakoś taka dobitnie polska. Wszystko się w niej miesza. Poczucie niesprawiedliwości, szowinizm, toksyczność środowisk w których żyjemy, wpływ traum na nasze życie, i milczenie. Milczenie o przeszłości chyba nie jest tylko śląskie. Jest jakoś pokracznie wrzarte w etos bycia typową polską rodziną. Majstersztyk. Cieszę się, że zaczęłam nią czytanie w roku 2021.
To są przemyślenia, którymi chcę się podzielić ze sobą z przyszłości. Czy dla innych będą przydatne - nie wiem.
1. Więc to jest ta atramentowa czerń, dziura w polskiej duszy, obezwładniającą rodzinna scheda? Czytając inne książki jak Prześniona Rewolucja jakby dotykałam istnienia tego mroku, którego sama chyba nie doświadczam i wyobrazić go sobie mi trudno. 2. Jestem dosyć szczęśliwa i pogodzona za sobą. Często trudno mi zrozumieć tych, którzy nie są. Czy nie chcą być szczęśliwi? Historia Kasi pokazała mi, że może nie mogą, że takie czucie jak moje zupełnie nie przystaje do ich życia, że ich droga jest inna i tak wiele mostów nas dzieli, że może się nie spotkamy. W skrócie - książka podpowiada mi kolejną odpowiedź na pytanie "skąd się biorą smutni ludzie".
This entire review has been hidden because of spoilers.
To jest prawdziwa Literatura Kobieca. Historia trzech pokoleń śląskich kobiet z jednej rodziny opowiedziana przez autorkę z czułością, częściowo zainspirowana informacjami z akt IPN, a częściowo na podstawie doświadczeń kobiet z własnej rodziny. Realia życia na Śląsku w późnych latach 40., podczas stalinizmu, współzawodnictwa pracy i w atmosferze wiecznej podejrzliwości władzy wobec Ślązaków, w latach 80. oraz zupełnie współczesne problemy młodej Polki na emigracji w Holandii. Napisane doskonałym językiem, łączącym literacką polszczyznę ze śląską godką. Nie zachwyciło mnie jedynie samo zakończenie historii Kasi.