Wczesne lata dwutysięczne. Blokowisko na osiedlu RZNiW żyje w rytmie rapu, oddycha dymem z jointów i nie toleruje obcych. Na dwunastym piętrze jednego z bloków mieszka Deso – wychowujący się bez rodziców chłopak, który na co dzień musi zmagać się z życiem w skrajnej nędzy.
Pewnej nocy otrzymuje esemesa z nieznanego numeru. Nadawca pisze: "Boję się. Chyba ktoś za mną idzie". Deso po chwili oddzwania, ale w słuchawce słyszy jedynie trzaski. Nazajutrz okazuje się, że zaginęła dziewczyna z jego klasy. Chłopak nie wie, dlaczego próbowała skontaktować się akurat z nim, ale uznaje to za nieprzypadkowe i zaczyna szukać zaginionej.
Osiedle RZNiW to nie tylko fascynująca historia kryminalna, ale także świeże spojrzenie na hip-hopową subkulturę przełomu wieków i wciąż obecny problem ubóstwa w Polsce.
Przepraszam wszystkie książki, które kiedyś uznałam za głupie. Nie byłyście nawet w połowie takim bullshitem jak to coś. A już myślałam ze po Czarnej Madonnie nie będzie gorzej. Jest. W drugiej stronie tekstu miałam ochotę rzucić książke na łódki wypływające z gdyńskiej Mariny by już nigdy nie wróciła, ale jestem masochistką i przeczytam każdą książkę. Mróz robi z czytelnika idiotę, fejspalm co minute na ‚ciekawostki’, tu nic nie ma sensu i nie mogę usprawiedliwić nikogo, kto dał temu więcej niż jedną gwiazdkę. Fuj.
Zacytuje siebie samą z recenzji Głosów z zaświatów: odjechał. Z peronami i kasą.
Po „Osiedle RZNiW” sięgnęłam po raz kolejny. Twórczość Remigiusza Mroza nie podchodzi wielu czytelnikom, a dla mnie jest to jeden z ulubionych autorów. Jego książki czyta mi się bardzo przyjemnie i lekko. „Osiedle” należy do moich ulubionych książek tego autora. Nie jestem w stanie opisać tego co czuje zawsze po przeczytaniu tej książki ale trafia ona do mnie niesamowicie. Postać głównego bohatera oraz jego historia są dla mnie tak niesamowicie opisany że ja czuje w tym „życie” i coś co tak naprawdę mogłoby się wydarzyć. Dodatkowym plusem jest dla mnie to jak Mróz idealnie wprowadził nas w tamte czasy. Dla mnie ta książka jest „książka życia” i nie raz do niej wrócę. Nawet jeśli bym chciała nie potrafię opisać i przekazać tego co czuje zawsze po przeczytaniu.
DNF To było tak złe, że nie jestem w stanie dobrnąć do końca. Kwadratowe dialogi, silenie się na luz. Spodziewałam się czegoś jakkolwiek w porządku, bo naprawdę lubię twórczość Mroza. Tym razem niestety 3x nie.
Kwadratowe dialogi nie ułatwiały czytania, ale nawet wciągnęłam się w lekturę. Jednak zakończenie zerżnięte rodem z Fight Klub to gruba przeginka. Nie polecam, chyba, że ktoś lubi podczas lektury czuć się jak idiota :)
Podoba mi się pomysł na osadzenie historii w blokowiskowo-hiphopowych realiach. W tamtym czasie byłam w podobnym wieku, słuchałam takiej muzyki, bujałam się w szerokich spodniach i nawet trochę rymowałam, więc poruszyło to w moim sercu jakąś sentymentalną nutę.
Językowo jednak książka bardzo mi nie leży. Głównych bohaterów mamy dwoje - wylajtowanego łobuza i szarą myszkę-kujonkę, których rozróżnić można właśnie po tym, jak się wypowiadają. Przy czym ten kontrast między nimi śmierdzi sztucznością na kilometr. Ona na siłę mówi sztywno, on każde zdanie przeładowuje slangiem - aż do przesady - co oczywiście nie przeszkadza mu mówić "tę dziewczynę", "organy ścigania" albo "areszt śledczy", gdy ewidentnie brzmi to w jego ustach nienaturalnie i dziwacznie. Boli mnie także to, w jaki sposób przedstawiona jest główna bohaterka. Ewidentnie widać, że autor nie był nigdy nastoletnią dziewczyną i jej sposób myślenia zlepił z jakichś gimnazjalnych wyobrażeń, które niekoniecznie mają pokrycie w rzeczywistości.
Fabularnie "Osiedle" wypada raczej kiepsko - całość jest mocno oderwana od rzeczywistości i mało wiarygodna. Za to plusem jest dla mnie zakończenie - co prawda motyw ten widywałam już w lepszych książkach, ale przynajmniej dobrze spina to całą opowieść.
Dobrze, że po pierwszych stu stronach akcja zaczyna się rozkręcać, bo chociaż jest po co czytać dalej. Bałam się, że będzie inaczej, bo przez początkowe rozdziały przedzierałam się w bólach.
Ostatecznie polecam książkę tym, którzy z nostalgią wspominają początek XXI wieku. Reszta raczej nie znajdzie tu niczego interesującego - a już na pewno nie ciekawą zagadkę kryminalną.
To jedna z tych niezwykle wciągających, angażujących i zaskakujących książek, po lekturze której mamy mnóstwo emocji, którą – w typowy dla twórczości Remigiusza Mroza sposób – chcemy rzucić w ścianę jakoś w połowie, w pod koniec oraz po przeczytaniu ostatniego zdania. Jednocześnie to jedna z tych książek, nad których sensem lepiej się nie zastanawiać, bo dostrzeżemy luki. Luki w fabule, luki w charakterystyce postaci. I z punktu widzenia krytyka czy recenzenta jest się tu o co pieklić. Ale wiecie co? Czasem po książki sięgają osoby, które ich nie recenzują. Serio. Spójrzcie na 50 twarzy: czy to jest dobra książka? Nie. Ale stała się bestsellerem i mnóstwo osób mogło się przy niej odmóżdżyć, zapomnieć na chwilę o problemach dnia codziennego. Jak dla mnie ważne, że w Osiedle się wciągnęłam, że powieść budziła we mnie wiele emocji i wciąż zaskakiwała – bo to zawsze lepsze, niż coś nudnego i bezpłciowego. A wszyscy dobrze wiemy, że Mróz umie działać na emocje. Nawet, jeżeli nie wszystko w jego książkach klei się kupy. I nawet, jeśli wykorzysta motyw, którego ostatnio wszędzie jest pełno. Te książki się po prostu czyta, przeżywa, a potem nie wolno zastanawiać się nad ich sensem. I już.
Z perspektywy poważnej osoby oceniającej literaturę: 2/5 Z perspektywy normalnego człowieka, który chce na chwilę zapomnieć o własnych problemach: 5/5
Remigiusz Mróz przenosi nas w początek lat 2000, na polskie blokowiska, do środowiska miejscowych hiphopowców dzieciaków z osiedla. W rytmie najważniejszych hiphopowych kawałków tamtych lat przyjdzie nam razem z głównym bohaterem rozwiązać zagadkę zaginięcia pewnej dziewczyny. Remigiusz stawia tu na swój tradycyjny, fabularny schemat, w którym najważniejszy jest twist, całkowite zaskoczenie, na które nie sposób być przygotowanym. Jednak to, co najbardziej mnie urzekło w "Osiedlu RZNiW" to nostalgiczna nuta, powrót do moich czasów gimnazjalnych, na osiedla, do starych znajomych, którzy byli bardzo podobni do naszych głównych nastoletnich bohaterów.
Fabularnie nowy Mróz jakoś niespecjalnie zwala z nóg, ale podoba mi się ten lekki, hiphopowy styl i wykorzystanie slangu tamtych czasów w prowadzeniu narracji.
na początku myślałam, ze słownictwo w tej książce to za dużo, ale później o jezu, wszystko po kolei było zajebiste!!!!! przysięgam, nie moglam się oderwac + przypomniałam sobie cały hip hop tamtych lat, dzięki mróz<3 ps czytając to słyszałam w głowie lektora z „jak zostałem gangsterem”, uwielbiam taki klimacik
mróz co ty brałeś,gdy ten slang pisałeś?? moja pierwsza książka naszego wieszcza narodowego XXI wieku:)) przeczytałam mroza na początku maja, a w zamian za to Ewelina miała przeczytać igrzyska śmierci (nie zrobiła tego) (masz to zrobić) (czekam.)
To było naprawdę dobre! Świetny zabieg z użyciem stylizacji językowej i przeplatania się teraźniejszości z przeszłością. Końcówka historii przypominała mi "Wybaczam Ci" + to zakończenie w porównaniu z budowaniem akcji było zbyt szybkie w mojej opinii.
+ ciekawy wątek z prawniczką, bo wiesz, że jest łudząco podobna do królowej tequili, a do końca nie wiesz czy to ona. Delikatne nawiązanie do Żeromic - ok, ale nie wiem po co, bo nie ma większych spoilerów (jest jeden, ale moim zdaniem niewiele nieznaczący).
Przeczytałam "Osiedle RZNiW", żeby nikt inny nie musiał.
Pod wpływem wielu niepochlebnych recenzji, zaczęłam szukać w internecie spoilerów, żeby dowiedzieć się, co to za szokujące zakończenie, o którym tyle słyszę. Nie znalazłam, więc kupiłam i przeczytałam samo dzieło, a teraz podzielę się tym, co przeczytałam, bo a nuż znajdzie się ktoś, kto dzięki temu podsumowaniu nie wyda pieniędzy na ten pokraczny popis grafomaństwa. Nie warto. Powiedziałabym wręcz, że nie należy, bo płacenie autorowi za lenistwo i przepisywanie na nowo swoich książek jest degenerujące. Ja żałuję, że kupiłam. Tyle tytułem wstępu.
Głównych bohaterów w "Osiedlu" jest dwoje - Żaba oraz Deso, dwójka licealistów, których połączyła chęć rozwikłania zagadki zaginięcia koleżanki z klasy. Zaginięcia, czy może też porwania lub ucieczki z domu, nie wiadomo. Wiadomo tylko, że w sprawę błyskawicznie angażuje się policja i zaczyna deptać po piętach naszych młodocianych detektywów.
Sama Żaba i Deso to mieszanki innej pary bohaterów Mroza, Chyłki i Zordona. On jest niepokorny, wyszczekany, wybitnie irytujący ale przynajmniej jakiś. Ona jest jego tłem, li i jedynie. On jej wyjaśnia świat, wprowadza ją w prawdziwe życie, ona się w nim zakochuje, potem boi się, że go straci, bla bla bla. Kilka tomów Chyłki zmiksowane w jedno, no brawka panie Mróz, jak się lenić, to po całości.
Dzieła nierealności tej pary dopełnia język, jakim się posługują, który dobitnie pokazuje, że gdziekolwiek autor był i cokolwiek robił we wczesnych latach dwutysięcznych, nie miał za dużo do czynienia z młodzieżą licealną. Jako osoba, która maturę zdawała w 2011 mogę zapewnić - nikt tak nie mówił. Nie hip-hopowcy, nie kujoni, może dorośli pragnący być "cool", ale nikt poza tym. Żaba i Deso wysławiają się dokładnie tak, jak wszyscy inni bohaterowie Mroza, na każdym kroku sypiąc stanowczo zbyt poetyckimi metaforami i porównaniami. W przypadku Desa dochodzi jeszcze to, co Mróz uważa za slang młodzieży z tamtego okresu i to połączenie jest już najzwyczajniej w świecie niestrawne.
Kolejnym słabym punktem książki jest jej forma. Czas teraźniejszy i przeszły jest nonszalancko pomieszany, a przejścia nijak nie sygnalizowane, bo w obu przypadkach narracja jest pierwszoosobowa i w czasie teraźniejszym. Nie żeby to utrudniało połapanie się w tym, co się dzieje, dzieje się stanowczo za mało, żeby było się w czym pogubić, ale jeśli autor zamierzał coś tym pokracznym zabiegiem osiągnąć, to ja efektu nie dostrzegłam.
No i koniec końców, fabuła. Pomijając 90% książki, gdzie bohaterowie chodzą w miejsca, rozmawiają z ludźmi i ogólnie rzecz biorąc, nie robią nic poza absolutnym minimum popychającym akcję do przodu, ogólnie sprawa rozbija się o to, że Iza uciekła z domu, bo jej ojciec (wszechmocny prawnik, jak się okazuje, również ojciec Desa) razem z policjantem prowadzącym śledztwo, od siedmiu lat gwałcili ją regularnie w piwnicy w stylu bardzo sadomasochistycznym. Dziewczyna zaszła w ciążę, ale to chyba nieważne, bo nie dowiadujemy się, ani czyje to dziecko ani czy na koniec książki dziewczyna nadal w niej jest, bo podobno wieczór przed zniknięciem spędziła na chlaniu, ćpaniu i robieniu lasek w klubie. Czemu? Nie wiadomo, autor nie uznał za istotne wyjaśnić dlaczego czuła potrzebę spędzenia czasu w ten sposób dokładnie w tym momencie. Poza tym, Deso zabija człowieka, który próbował go okraść, w sądzie wybrania go Joanna Chyłka, opierając linię obrony na tym, że chłopak ma nieleczoną schizofrenię, o czym dowiadujemy się w ramach odpowiedzi na pytanie, kto wysyłał Desowi anonimowe wiadomości. Był to Deso. Kurtyna. A, no i jeszcze na koniec Żaba zmyśla w sądzie, żeby wesprzeć linię obrony Chyłki, bo najwyraźniej nieśmiałe kujonki nie mają z tym problemu. Tada.
Serio, nie kupujcie tego badziewia. Nie warto. Dwie gwiazdki daję, bo jedna zarezerwowana jest dla dzieł nowej fali, gdzie nie ma nawet zdań podrzędnie złożonych. Poprzeczka zawieszona jest więc niebywale nisko i to, że autor cudem się nad nią przeczłapał absolutnie nie powinno być traktowane w kategoriach jakiegokolwiek osiągnięcia.
A jeśli czytałeś/aś "Osiedle", to w ramach rozrywki proponuję znaleźć odpowiedzi na następujące pytania: - dlaczego Żaba zakłada, że babcia Desa wybrała się do firmy ubezpieczeniowej, jeśli zdemolowany warzywniak nie był ubezpieczony? - jakim ciąg działań matematycznych doprowadził Desa do wniosku, że Charon żądając zwrotu całej kasy i wszystkich dragów będzie 2/3 paczki amfetaminy na czysto? - po co babcia Desa wybrała się do Mikulskich, skoro była przekonana, że pan domu nie wie o tym, że jest ojcem Desa? - jaka do jasnej ciasnej jest szansa, że jeśli mając schizofrenię zapłodnisz prostytutkę, będzie to kobieta z dokładnie takimi samymi problemami psychicznymi?
Deus ex machina, lenistwo i niedbalstwo. Remigiusz Mróz ad. 2020, proszę państwa.
This entire review has been hidden because of spoilers.
,,Przestań, człowieku, odrzuć te myśli chore Podnieś głowę, okoliczności są wyjątkowe" - WWO ,Damy radę"
Dobra przyznać się i ręka do góry, kto z was ziomy: - miał gadu gadu? - naszą klasę? - oglądał kasety VHS? - posiadał takie cudo jak mp3? - kupował vicki po 3,80? - sikał po majtach, gdy słyszał ,,Skamieniałych"?
Osiedle RZNiW. Mekka tych, których nie stać było na to, by naprawdę żyć. Azyl dla tych, których ścigały realia. Mamy tu dwójkę bohaterów. Siedemnastoletniego młodego gniewnego - Deso i jego rówieśniczkę grzeczną i ułożoną - Wiktorię. Wydarzenia osadzone są w subkulturze hip-hopowej na jednym z blokowisk na początku lat dwutysięcznych. Tu też mamy grubą intrygę, jednak ta teen drama jest sprawniej napisana i dużo lepiej przyswajalna. Dialogi Deso powodowały, że nawet kilka razy śmiechłem. Jest też kawał dobrej muzyki, która zabrała mnie w podróż sentymentalną. Warto? Tak, jak najbardziej. Szczególnie dla tych, którzy tęsknią za klimatem tamtych czasów. Zresztą sami oceńcie, czy Remigiuszowi Mrozowi ,,Osiedlem RZNiW" udało się wbić na polskie polskie blokowiska.
3.5/5 Szczerze to do samego końca nie wiedziałam co o tej książce myśleć. Klimat lat 2000- super przedstawiony. Myślę, że jest to najmocniejsza strona książki( i oczywiście główny bohater- Deso. Gdyby istniał, napewno chciałabym wymienić sie z nim numerami😏)Wątek kryminalny jest słaby. Cała historia była wciągająca, szybko sie ja czytało i dobrze sie przy niej bawiłam, ale końcówka... zawiodła mnie. Nie zmienia to faktu, że polecam tą historię i ciesze sie, ze ją przeczytałam.
Książka była ciekawa, napewno nie chciałam przestawać czytać. Rozdziały na zmianę z rozprawy z sądu, a normalnego toku historii były świetnym pomysłem. Polecam
Wika i Deso. Choć całkowicie odmienni, postanawiają połączyć siły by odnaleźć zaginioną koleżankę z klasy. W trakcie poszukiwań rodzi się między nimi niewinne uczucie. Choć niewinna jest tak naprawdę tylko Wika - bardzo sympatyczna postać. Chłopak ma tak przekoloryzowaną biografię, że trudno uwierzyć by ktoś podobny mógł zaistnieć. Posługuje się irytującym połączeniem grypsery oraz nieporadnych neologizmów. Sięga po papierosy na każdej jednej stronie. Książka jest męcząco długa. Zalew zbytecznych słów przeszkadza w szukaniu sensu wszystkich posunięć bohaterów. Intryga zaczyna się tak naprawdę rozwijać dopiero po dwustu trzydziestu stronach. Niestety rewelacje napływają bez ściślejszego związku z wcześniejszymi wydarzeniami a rozstrzygnięcia są kliszami. Ponieważ to moje pierwsze podejście do Mroza postanowiłem się zmusić i ją dokończyć. Nie było warto.
Książkę czytało mi się bardzo przyjemnie, szybko i lekko. Cały czas mnie do niej ciągnęło. Podoba mi się cała historia i sposób jej przedstawienia. Końcówki się nie spodziewałam, ale czegoś mi brakowało😵💫
Beznadziejne, okropne, momentami obrzydliwe, bezsensowne, tragiczne. Błagam nie czytajcie tego. (Gdyby nie audiobook nie byłabym w stanie przez to przebrnąć.)
Jak mam wpisać w gwiazdki to, co mam do powiedzenia na temat tej książki? To przecież wcale nie taka prosta sprawa!
Zacznę od tego, że mnie w przeciwieństwie do bardzo dużej liczby osób, spodobało się zakończenie. Jak na Remigiusza Mroza i jego możliwości to jest ono tak naprawdę bardzo domkniętym i jasnym zakończeniem bez żadnych udziwnień czy otwartych furtek. Co do ostatniego zdania, na które w swoich wypowiedziach, powoływał się niejeden czytelnik, to też mi ono przypadło do gustu. Nie wywraca ono wszystkiego do góry nogami a jedynie świetnie nawiązuje do jego innych książek i podkręca całą atmosferę. Ten cały zwrot akcji i wyjaśnienie tego, co tak naprawdę się stało także uznałabym za plus. Owszem, jest nieco wyszukane, ale jak na Mroza to chociaż prawdopodobna sytuacja.
Co jeszcze oceniam pozytywnie? Sam motyw muzyczny, którego mamy w tej historii całkiem sporo. Chodzi mi o te wszystkie piosenki i playlistę na końcu.
Uwielbiam również babcię głównego bohatera, która jest niezwykle ciepłą osobą. Dla mnie co prawda niezbyt rozważnie postąpiła nie mówiąc o wszystkim wnuczkowi, ale jednak i tak zasługuje na moje szczególne wyróżnienie.
No i cóż, to byłoby tyle jeśli chodzi o mocne strony tej pozycji. Przejdźmy zatem do moich zastrzeżeń.
Po pierwsze, bohaterowie pierwszoplanowi. Jacy oni byli schematyczni. Typowa szara myszka i kotek, który choć początkowo nie chce, to jednak ostatecznie ją goni. Typowo mrozowe zagranie i dwa zupełnie inne charaktery. Dziewczyna kujonka i chłopak próbujący czasem na siłę udawać wielkiego twórcę, szpanera i niepokonanego.
Po drugie, dialogi. Żyłam w tamtych latach, bujałam się z chłopakami, którzy mieli różne zainteresowania, ale żaden z nich nie mówił tak sztucznym językiem jak nasi męscy bohaterowie. Trzy różne określenia na zrobienie dobrze ustami w przeciągu jednej wymiany zdań? Przecież z góry widać, że było to wymuszone, aby stworzyć tę atmosferę o której tyle mówi się na okładce.
No właśnie, jeśli chodzi o atmosferę to... dla mnie jej nie ma. Osiedle RZNiW przypomina mi każde jedno blokowisko. Warzywniak, młodzież chodząca gdzie chce i popalająca za garażami. Co ciekawe, nie ma na nim nawet żadnego "monitoringu osiedlowego", starszych plotkujących pań i przelatujących wszędzie gołębi. W sumie klimatu hiphopowego też zbytnio nie ma, bo niby główny bohater jest członkiem jakiegoś tam zespołu, pisze jakieś teksty, ale w sumie opis ogranicza się tylko i wyłącznie do tego. Jak dla mnie mogłoby się go tego pozbawić a zostawić jedynie piosenki, których słucha, bo lubi i tyle. Emocje byłyby takie same. Zresztą to, że ktoś lata po osiedlu w za dużej bluzie i rozprowadza narkotyki nie oznacza, że my poczujemy klimat tego osiedla.
Sama nie wiem, jak mam ocenić tę pozycję. Ilość dziwnych wydarzeń i nielogicznych sytuacji jest w niej naprawdę duża. Niespodziewana wizyta babki u rodziców Izy czy ciąża z którą nie wiadomo co ostatecznie się stało to tylko dwa rozpoczęte i niewyjaśnione w żaden sposób wątki. Remigiusz Mróz znów prowadził swoich bohaterów najgorszymi ścieżkami, aby jak najbardziej dostali po dupie. Wątek miłosny (w sumie to nawet dwa wątki miłosne) to już w ogóle nie moja bajka. Dla mnie były one śmieszne. Szczególnie, że dotyczyły jednej i tej samej osoby.
Ciekawie było sięgnąć po ponad dwóch latach przerwy po książkę Remigiusza Mroza. Nadal pozostaję przy tym, że to książki typowo rozrywkowe, które mają zapewnić czytelnikowi chwilę odskoczni od codziennego życia a stawianie zbyt wielu pytań podczas ich lektury nie jest zupełnie wskazane, bo i tak nie otrzymamy odpowiedzi.
Jak zwykle Mróz mnie nie zawodzi! Podoba mi się ten rapowy klimat, który akurat nie jest tu uwielbiany przez niektórych, ale mnie totalnie wciągnął i nie odnalazłam w nim takiej sztuczności. 4/5 za zakończenie, w którym zabrakło mi rozwinięcia wątku, który był kluczowy w tej opowieści.
Początek książki jest absolutnie odrzucający ze względu na nagromadzenie slangu młodzieżowego, parę razy przemknęło mi przez myśl, żeby ją porzucić, ale mimo wszystko czytałam dalej (im dalej im lepiej). Naprawdę nie wiem czy młodzież w latach dwutysięcznych tak mówiła, ale jak to czytałam miałam wrażenie, że autor chce być na siłę młodzieżowy xD Jak już przebrniemy przez ten początek, to książkę czyta się lekko i przyjemnie. Bardzo możliwe, że jakbym sobie nie zaspoilerowała końca (nie czytajcie posłowia przed przeczytaniem książki xD), to może byłabym nawet zaskoczona, ale co się stało, to się nie odstanie D:
jeśli mam być szczera, to nie potrafię ocenić tej książki. irytowała mnie ilość slangu, jaka była wykorzystywana w narracji, chociaż rozumiem, co autor miał na myśli. tylko że kto, do cholery, wyraża się w taki sposób, w jaki robi to deso? yeah, slang is great, but czy słyszeliście, aby ktoś rzeczywiście zamieniał każde możliwe słowo na slangowy odpowiednik? cieszę się, że zapoznałam się z tą książką w formie audiobooka, bo papierowej wersji pewnie bym nie skończyła.
z plusów - fabuła mnie wciągnęła, dlatego nawet te pokraczne zdania bolały mnie trochę mniej, . no i ta końcówka. coś wspaniałego.
tak, jak wyżej – wstrzymuję się z oceną książki. chcę sprawdzić, czy mocne (na ten moment) zakończenie będzie dla mnie takie za jakiś czas, czy może zmienię zdanie.
Hip-hop i blokersi to nie moje klimaty, dlatego początkowe rozdziały, gdzie narratorem było Deso ciężko mi się czytało, ale z czasem przyzwyczaiłam się do jego języka. Widziałam mnóstwo niepochlebnych opinii (w tym mojego taty, który bardzo lubi powieści autora, ale tej nie dał rady doczytać do końca; poniekąd go rozumiem), ale mnie "Osiedle RZNiW" bardzo wciągnęło i pochłonęłam je w dwa dni, co ostatnio nieczęsto mi się zdarza. Fajnie było przenieść się do czasów nastoletnich. Nie zaprzeczę, ciekawa również byłam wątku miłosnego Desa i Wiki, chociaż był mocno stereotypowy. Końcówka wbiła mnie w fotel, bo takiego rozwiązania kompletnie się nie spodziewałam.