Oparta na faktach poruszająca historia walki o przetrwanie.
II wojna światowa. Z pociągu wiozącego Żydów do Treblinki ucieka mężczyzna. Za wszelką cenę pragnie wrócić do Warszawy, by odnaleźć i uratować syna. Julian Brzeziński, który przed wojną był przedsiębiorcą, musi zmierzyć się z dramatyczną sytuacją, w jakiej się znalazł. Nowa tożsamość, ukrywanie się przed dawnymi sąsiadami, którzy mogliby go rozpoznać, ale też obawy o syna Marcina angażującego się w działalność konspiracyjną, mimo że ma zaledwie trzynaście lat…
Okupowana stolica, ciągły i wszechobecny strach oraz ogromna determinacja, by przeżyć.
Dodatkowa dusza to powieść oparta na prawdziwych, dramatycznych losach ojca i syna, w której czuła więź i bezinteresowne poświęcenie stanowią najwyższe wartości. To też bogato nakreślony portret Warszawy ogarniętej wojennym chaosem.
Also published as Wioletta Greg. A writer, editor and translator born in southern Poland, she moved to the UK in 2006. She currently resides in the town of Ryde on the Isle of Wight. Wioletta has published several volumes of poetry in Poland, Canada and the UK, including Wyobraźnia kontrolowana (Controlled Imagination, 1998), Parantele (Kinships, 2003), Orinoko (2008), Inne obroty (Alternate Turns, 2010), the bilingual Pamięć Smieny/Smena’s Memory (2011), Finite Formulae & Theories of Chance (2014), the collection of short prose forms: Notatnik z wyspy (Notes from an Island, 2011) and a debut novella, Guguly (Unripened Fruit, 2014), in which she revisits the experience of growing up in Communist Poland.
“Dodatkowej duszy” brakuje literackiej duszy. Grzegorzewska postanowiła napisać powieść historyczną i poniosła w tej niełatwej dziedzinie porażkę, bo nie udało się jej oddzielić literatury od dokumentu, a dokumentalizacji od fikcji. W efekcie dostaliśmy książkę wypełnioną drętwymi dialogami, nieumiejętnymi skrótami czasowymi, naiwnym sztafażem historycznym, w której jednocześnie widać, że gdy tylko autorka odpuszcza sobie “wierność” historii, wciąż potrafi pisać prozę, którą chce się czytać. Ale takich fragmentów jest w tej powieści za mało, by uznać ją za choć odrobinę udaną.
Dariusz Nowacki pisząc o “Dodatkowej duszy” dla “Książek. Magazynu do czytania” zauważa, że sięganie po temat “holokaustowy” u pisarki do tej pory znanej z literatury korzystającej z autobiograficznego doświadczenia może być koniunkturalne. Pisze Nowacki:
“Grzegorzewska przed posądzeniem o koniunkturalizm chyba się zabezpieczyła, zajęła bowiem pozycję depozytariuszki pamięci. W odautorskiej nocie umieszczonej na końcu książki czytamy, że losy ocalonego z Zagłady Juliana Brzezińskiego opowiedziała pisarce jego córka urodzona kilka lat po wojnie”.
Popełnia tu krytyk błąd argumentacji - Grzegorzewska ma nie być koniunkturalna, bo sięga po rolę “depozytariuszki”. Najwyraźniej nie czytał Nowacki dzieł w rodzaju “Auschwitz z Auschwitz” - wszyscy autorzy i autorki tych książek czerpią właśnie ze świadectw i “prawdziwych” losów, a autorka najsłynniejszego gniota z tego rodzaju literatury, “Tatuażysty z Auschwitz”, Heather Morris swoją książkę kończy epilogiem, postscriptum, rozdziałem “dodatkowe informacje” i posłowiem, wszystko właśnie w tym celu, by zająć pozycję depozytariuszki. Zatem akurat ten argument nie służy wcale Grzegorzewskiej i tylko ją pogrążą. Choć oczywiście wydaje mi się sporym nadużyciem, żeby krytyk oceniał czy coś jest koniunkturalne czy nie - pisarstwo to zawód i jednak trzeba mieć odwagę i sporo oszczędności, by napisać “książkę o nudnym tytule na temat, który nikogo nie interesuje, w niewyróźniającej się okładce”. Czy to już koniunkturalizm? Nie sądzę. Ale ja się bardzo lubię sprzeczać z recenzjami Nowackiego, więc już wracam do “Dodatkowej duszy”.
Julian Brzeziński skacze z pociągu w ciemną noc. “Wśród szeptów, płaczów i pocieszeń, wśród kołysanek, przekleństw i zaklęć usłyszał hebrajskie słowa kadyszu i to dodało mu odwagi”. Choć nie jest to wprowadzenie na miarę Buczkowskiego, ale jest nieźle, wchodzimy w sam środek przygód Brzezińskiego, który skacze z pociągu mając na ręce “schadenband, opaskę hańby” i kenkartę z napisem “Jude” na okładce. I to jest tak proszę Państwa, że Julian Brzeziński ledwie co wyratowany z pociągu zmierzającego do Treblinki czy innego obozu zagłady leży w krzaczorach i czyta nam teraz swoje dane osobowe. “Urodzony 14 maja 1899 roku w Przywitowie. Okręg: Warschau”. Grzegorzewska dba o szczegóły - dowiemy się, że Julian zjadł niedojrzałe jeżyny, napił się soku z brzozy (“słodkawej oskoły”) i uważając na wnyki, dotarł do chat pobliskiej wsi. Tu od razu trafia na ludzi, którzy mu pomagają (co prawda za “górala”, ale jednak), a następnie wyprawiają z powrotem do Warszawy. Jak to, powiecie? Ano tak to - znajdują woźnicę, “starszego mężczyznę w kapeluszu przewiązanym bordową aksamitką”, który co prawda jedzie do młyna, ale co tam - namówiony podwiezie Juliana setkę kilometrów do Warszawy. Tak po prostu. O słodka naiwności. To, że jadą jakimś niesamowitym tempem i “ani się obejrzeli, jak byli w połowie drogi”, przy tempie konnej fury… ale Grzegorzewska będzie miała bardzo dużo takich problemów w “Dodatkowej duszy”, trudno czasem nadążyć za tym, jak szybko bohaterowie przemieszczają się po wojennej Warszawie, z jaką łatwością im to przychodzi i jak wiele dzielnic można odwiedzić jednego dnia. Na ten sam kłopot natknęła się Morris w “Tatuażyście…”, konsekwentnie odmawiając uznania, że po Auschwitz nie dało się spacerować.
Gdy Julianowi udaje się wynająć mieszkanie u Pinkiela, ten uradowany, że “pan warszawiak” będzie u niego mieszkał, siada z wódą i… opowiada mu Warszawę jakby jednak warszawiakiem nie był. W ogóle sporo tu bohaterów, którzy innym bohaterom opowiadają całe passusy wiedzy historycznej, którą autorka chce, żeby czytelnik poznał, ale trochę nie wiemy po co - w końcu mamy w rękach powieść, a nie reportaż czy choćby książkę historyczną. Wypełniona ta książka jest dobrymi intencjami, wiarą autorki w to, że trzeba przechować pamięć, w prozatorskiej formie nauczyć czytelników jak wyglądała przeszłość. Efekt jest taki, że i bohaterowie i ich historie nie mają tu emocji, wydaja się być papierowi, jakbyśmy odwiedzili jakiś nowoczesny skansen, w którym stoją woskowe figury, które po naciśnięciu odpowiedniego przycisku opowiadają swoje losy.
Gdy Brzeziński na stronie 77 postanawia “się jako tako urządzić w wynajętym pokoju”, “załatwia” niezbędne sprzęty, lekarstwa, ubranie… i tu następuje cała wyliczanka zakupów Brzezińskiego, zamiast opowieści o tym jak te rzeczy zdobył, bo przecież najciekawsze w tym fragmencie jest owo “załatwić”, a nie to, że “jako człowiek urodzony pod koniec dziewiętnastego wieku, nie mógł się obejść” bez koszuli nocnej. Mógł, jest wojna, mógł jeść korzonki w lesie to mógł pójść spać w palcie. Nie takie rzeczy się wtedy działy.
“W połowie października, po ciężkim dniu, w którym dowiedział się, że jego kuzyna, Wiktora Altera, dwa lata wcześniej aresztowało w Lidzie NKWD, wrócił do sutereny…” - i znowu najciekawsze jest nie to, że spadł deszcz i Brzeziński patrzył na wilgotne szyby przypominając sobie piskorze, które miał w słoju za dziecka, ale to “dowiedział się” - od kogo, kiedy, jak? Przecież to jest cała historia, jesteśmy w okupowanej Warszawie, po której chodzą szmalcownicy, policjanci, wojskowi, naziści, antysemici i inni idioci, zatem “dowiedzieć się” oznacza coś zrobić, kogoś spotkać… Grzegorzewska robi niepotrzebne skróty i czasem wędruje z opowieścią tam gdzie jej łatwiej pisać - reminiscencje dzieciństwa, widoki, opisy natury ogólnej, zamiast wędrować tam, gdzie nie ma źródła, gdzie trzeba użyć wyobraźni, ale ta wyobraźnia musi być wolna od setek przeczytanych stron, używając ich jedynie jako pomocy a nie podstawy do pisania.
Nawet trudna relacja ojca i syna, który ukryty u dobrych Polaków za dobre żydowskie pieniądze, buntuje się i dołącza do walczącego podziemia, nie ma w sobie niuansów, emocje są tu zbyt prosto opisane i nie ma miejsca na odczucia czytelnika. Ale jak mają pojawić się emocje, skoro syn z ojcem idą sobie po mieście, wymijając kałuże, a stary nagle przystaje i mówi: “Zdaje się, że nigdy ci o tym nie mówiłem, synu, a to najwyższa pora, żebyś poznał swoje korzenie (...) Musisz wiedzieć, że my obaj wywodzimy się z chasydów”. I teraz mu opowie… Tak ludzie ze sobą nie rozmawiaja, to jest potwornie sztuczne wprowadzenie historii, którą Grzegorzewska bardzo na siłę wprowadza i choć jest ona opowiedziana z detalami i szczegółowo, to właściwie nie ma żadnego sensu narracyjnie. Ot - kilka stron tekstu więcej. A to nie jest jest akcja “książka na wagę”. A może i jest?
Obowiązkowe tematy do zrealizowania. Żydowski skrzypek (Szmerek Brzeziński “przywoływał smyczkiem stare żydowskie melodie, polskie kadryle…”) - obecny. Kuzynka Niuta w Argentynie - obecna. Znajomy szuler “pokazujący się w towarzystwie Taty Tasiemki” - check, słynny wachman - check, historia o żółwiach sprzedawanych na warszawskich targowiskach - check. Jest nawet dziewczynka w płaszczyku i kapelusiku, Lilusia. Wątek lesbijski - znaleziony, Żyd wymachujący polską flagą podczas powstania w getcie… no tylko karuzeli brakuje. Jest też sierpniowe słońce przed wybuchem powstania warszawskiego i wyprowadzanie kanałami.
Tak nie można, to jest naprawde niesympatyczne od strony pisarki, żeby w niewielką bądź co bądź powieść wstawić tyle obowiązkowych tematów. Tak, może i życie takie było, ale dość tych atrakcji jak na jedno życie Juliana Brzezińskiego.
Grzegorzewska nadużywa stylizacji językowych. Brzmią one sztucznie, jak zaczerpnięte z jakiegoś słownika gwarowego, z resztą niekiedy stosowane są niekonsekwentnie. Tworzy to przedziwny dystans między głównym bohaterem posługującym się literackim polskim, a całym jego otoczeniem. Warszawskie chłopaki mówią z obowiązkową warszawską gwarą, wieś po wiejsku i tylko Żyd po polsku. Co ciekawe, ten spolonizowany chasyd, o którym aż nazbyt wyraźnie pisze Grzegorzewska, że “jego rodzina mieszkała tu od pokoleń, czuli się Polakami i traktowali ten kraj jak własny”, ma bardzo pozytywny stosunek do swojej chasydzkiej przeszłości. Tu warto zauważyć, że zasymilowani Żydzi mieli bardzo negatywny stosunek do wierzących Żydów, a chasydami wręcz pogardzali, jako najgorszym wstecznictwem, które utrudnia Żydom porouzmienie się z “normalnym” światem. Czemu Brzeziński jest wyjątkowy? A co z tą “dodatkową duszą”? Tytułowy koncept, choć fantastyczny dla opowieści, nie jest tu prawie w ogóle rozwinięty. Szkoda.
Oczywiście może i tak był, nic o nim nie wiemy poza tym, co na opowie Grzegorzewska. I w tym leży sedno problemu - literatura “piękna” jest od tworzenia postaci skomplikowanych, a Brzeziński taki nie jest, jest prostym, mądrym, dobrym, pogodzonym ze swoją przeszłością i teraźniejszością, odważnym, całkiem przystojnym mężczyzną. Robi się nudno. A jak już raz popatrzył w twarz Niemca, to ta pokryta była liszajami. Grzegorzewska naprawdę chwilami pisze takimi stereotypami, ze holokicz patrzy na “Dodatkową duszę” wyciągając do niej ręce i chcąc ją przytulić. Na szczęście broni się sprawnością niektórych opisów, ale… to jest nieudana powieść, efekt nadmiernego zapatrzenia w dokumentalizację i obowiązki wobec bohaterów, a nie wobec literatury i czytelnika. “Dodatkowa dusza” może być lekcją tego, jakie błędy może popełnić nawet bardzo utalentowana pisarka, nie znajdując perspektywy dla historii, którą chce opowiedzieć.
Chyba największe w tym roku rozczarowanie literackie.
Literatura na trzy gwiazdki, czwarta za te wszystkie wolskie miejsca, odgrywające niepoślednią rolę; w końcu: co sentyment to sentyment. Ale i tym razem nie sposób nie przyznać nieco racji Wojciechowi Sz. Nieco, bo generalnie chyba krzywdzi i książkę, i jej autorkę. Niektóre porównania mógłby sobie darować Może za dużo tutaj dobrych chęci, za dużo pośpiechu? Bo czasem mniej znaczy lepiej... Ale przeczytać warto.
Ojcostwo w czasie burz Rodzinne historie z czasów drugiej wojny światowej samo życie niejednokrotnie nakreśliło w sposób bolesny i dramatyczny. Zatem jaka w takiej sytuacji przypada rola pisarzowi? Wiernego narratora? Strażnika pamięci? Czy powinien on za wszelką cenę jak najskrupulatniej oddać losy ludzi, którzy przeżyli wojenne piekło, czy skupić się przede wszystkim (lub przynajmniej w równym stopniu) na warstwie literackiej?
Biografii fabularyzowanych, czy biografii sensu stricto, których osią jest druga wojna światowa powstało naprawdę wiele. Za każdym razem, gdy sięgam po książki opisujące ten wycinek historii, mam nadzieję, że autor w całkowicie odkrywczy i nietypowy sposób podejdzie do tematu lub sama historia będzie na tyle poruszająca, że będzie w stanie sama się obronić. Czy tak jest z "Dodatkową duszą"?
Od pierwszych stron lektury towarzyszyło mi pytanie: jaki był cel autorki? Co chciała osiągnąć? Losy żydowskich rodzin w czasach Holocaustu są dramatyczne i poruszające, jednak historia Juliana i Marcina nie wyróżnia się na tle innych opowieści, które już zostały spisane. Również sam sposób opowiedzenia historii nie wyróżnia się niczym szczególnym. Styl Wioletty Grzegorzewskiej jest poprawny. Dialogi w powieści czasem kuleją, a sposób wplecenia w fabułę żydowskich tradycji (bądź co bądź bardzo ciekawych) w tym przypadku (w mojej subiektywnej ocenie) jest najgorszy ze wszystkich możliwych i czuć w nim brak naturalności. To jednak odczucia bardzo indywidulane. Obiektywnie – w sposobie ujęcia tematu, w stylu autorki nie ma nic świeżego, nowatorskiego.
"Dodatkowa dusza" jest powieścią poprawną zarówno pod względem stylistycznym, jak i fabularnym. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że poznanie tej samej historii w formie biografii wywarłoby na mnie większe wrażenie. Powieść nie wyróżnia się niczym na tle innych poświęconych tematyce Holocaustu i losów Żydów w czasie drugiej wojny światowej. To Wam pozostawiam decyzję, czy poprawność jest w tym przypadku wystarczającym argumentem, by sięgnąć po tę pozycję, czy może niewystarczającym na tyle, by ją jednoznacznie przekreślić.
Bardzo lubię prozę Wioletty Grzegorzewskiej, zachwyca mnie jej zdolność do opisywania rzeczywistości w sposób poetycki, niemalże magiczny. Wciąż pamiętam uczucia towarzyszące lekturze jej poprzednich powieści, tych z wątkami autobiograficznymi. I być może właśnie dlatego sięgając po "Dodatkową duszę" spodziewałam się, że otrzymam więcej "Grzegorzewskiej w Grzegorzewskiej" – i odrobinę się rozczarowałam.
To dobra, sprawnie napisana książka. Poruszająca, pełna ludzkich dramatów i wspomnień z czasów II wojny światowej. Autorka posłużyła się prawdziwą historią – historią jedną z wielu, ukrytą pośród cudzych wspomnień – ratując od zapomnienia postać żydowskiego inżyniera Juliana Brzezińskiego i jego syna Marcina.
Jest w tej opowieści coś reporterskiego, odrobinę beznamiętnego, co nie pozwoliło mi się rozkoszować lekturą. Kilka razy czułam tę iskierkę kunsztu literackiego Grzegorzewskiej, ale błyskawicznie się te iskry wypalały, przykryte faktami, dialogami i językiem epoki.
To wszystko sprawia, że mam duży problem z oceną tej książki. Bo oczywiście doceniam, jak dobrze autorka oddaje ducha tamtych czasów, dbając chociażby o charakterystyczne słownictwo. Doceniam też sam pomysł na udokumentowanie opowieści, która mogłaby zaginąć w odmętach historii. No ale pod kątem literackim to nie była najbardziej udana przygoda – i obawiam się, że problem nie leży w książce, a w moich oczekiwaniach. Ale może to i lepiej?
Spodziewałam się czegoś innego po tej publikacji, ale nie jestem zawiedziona. Najbardziej podobała mi się ta dbałość o szczegóły: gwara, jaką posługiwali się ludzie, opisy obrzędów i zasad wyznawców judaizmu, przywoływanie faktów historycznych, a także dokładny obraz Warszawy ogarniętej wojennym chaosem. To sprawiło, że widać, jak bardzo autorka zaangażowała się w opisywanie tej historii. Język jest przystępny, chociaż od czasu do czasu pojawiały się określenia, o których dotychczas nie miałam pojęcia. Czyta się ją szybko, szczególnie dlatego, że jest dosyć krótka. Dodatkową wartość nadaje tej książce to, że jest oparta na prawdziwych wydarzeniach. Mimo tylu zalet niestety nie czułam potrzeby, aby poznać dalsze losy głównego bohatera. Kiedy zaczynałam czytać naprawdę potrafiłam się wciągnąć, ale gdy tylko odkładałam książkę to szybko o niej zapominałam. Podsumowując, uważam, że jest to lektura istotna. Bardzo się cieszę, że mogłam po nią sięgnąć. Jednak polecam ją przede wszystkim osobom, które chcą zgłębiać temat życia Żydów w czasie wojny, ponieważ na tym skupia się książka.
Nie myślałam że to kiedykolwiek powiem, ale ta powieść jest za krótka. Dużo ciekawych detali o okupacyjnej Warszawie, starczyłoby tego na czterysta stron powieści z całą galerią drugoplanowych postaci. Tak jak teraz ta powieść wygląda, to mam wrażenie, że cała ta ciekawa wiedza jest na siłę upchnięta w za ciasne opakowanie.
Bardzo poprawna książka, nie zrobiła na mnie wrażenia, pewnie to dlatego, że czytałem wiele książek o podobnej tematyce, który były po prostu napisane lepszym i ciekawszym językiem!