"Jestem błyszczącym, jasnym wężem i sunę przez poszycie. Głęboko we mnie tkwi gorące miejsce, które pulsuje w rytm lasu. Kiedyś miałem twarz i imię".
Przez błąd na bilecie kilkuletni Satek wierzy, że autobus, którym jeździ do szkoły w Radziejowie, zahacza o tajemniczą krainę. To tam, jak podejrzewa chłopiec, zazwyczaj przebywa jego milczący, skryty dziadek.
Dwadzieścia lat później Saturnin mieszka w Warszawie, pracuje jako sprzedawca i trzyma się z dala od tajemniczych krain. Pewnego dnia dziadek znika i Saturnin musi wrócić w rodzinne strony. Wspólnie z matką rusza jego śladem i coraz głębiej zapuszcza się w przeszłość. To, co odkryje, zburzy jego świat.
Saturnin to intymna, choć skomponowana na wiele głosów opowieść, w której marzenia potrafią łamać kości, muzyka jest silniejsza niż wojna, a mama daje w nagrodę półtora kilograma słońca. Zmarli otrzymują tu głos, a prawdziwe postaci z życia autora doświadczają rzeczy, których nie dane im było zakosztować poza tą książką.
Pisarz, autor książek: Błędy (2008), Przemytnik cudu (2008), Zaksięgowani (2009), Dżozef (2011), W odbiciu (2011), Odwrotniak (2013) i Dygot (2015).
Napisał rownież kilkanaście opowiadań ogłoszonych w prasie i w antologiach. Przełożył z języka angielskiego wiele pozycji, między innymi Brudne wojny Jeremy’ego Scahilla, Paryż wyzwolony Antony’ego Beevora, Moją prawdę Mike’a Tysona i zbiór korespondencji pod tytułem Listy niezapomniane. Publikował w „Newsweeku”, „Polityce”, Angorze”, „Znaku”, „Nowej Fantastyce” i „Tygodniku Powszechnym”.
Laureat nagrody Śląkfa w kategorii „Twórca roku”, dwukrotnie nominowany do Nagrody im. Janusza A. Zajdla. Za przekład książki Listy niezapomniane na język polski zdobył Nagrodę Literacką Miesięcznika KSIĄŻKI. Za powieść Dygot nominowany był do Nagrody Literackiej Europy Środkowej Angelus i Nagrody Literackiej im. Jerzego Żuławskiego. Mieszka w Warszawie, z żoną Martą i zwierzętami.
W "Saturninie" powracają motywy tak dobrze znane z "Dygotu", "Śladów" czy "Rdzy", pełne czułości rodzinne wątki, wielka historia i zwykli ludzie w nią uwikłani. To najbardziej osobista powieść Jakuba Małeckiego, proza jaką znamy i kochamy.
Kto z Was miał szansę przeczytać "Dygot", "Ślady" czy "Rdzę", ten w "Saturninie" odnajdzie podobne wątki, dobrze znane motywy, odwiedzi bliskie czytelniczemu sercu miejsca. I znów zanurzy się w ten specyficzny, jakże intymny świat prozy Jakuba Małeckiego wypełniony po brzegi realizmem magicznym, egzystencjalnym dygotem, nieprzerwanym poszukiwaniem. Na kartach "Saturnina" spotkamy ludzi skrzywdzonych, naznaczonych historią, którzy noszą niezmywalne piętno przeszłości. Powrócą też zmarli i ich opowieści pełne bólu, rozpaczy, ostatnich chwil zamkniętych jak w szklanej kuli, ostatniej bańce pamięci. Wojna wraca też, bo od wojny to wszystko się zazwyczaj zaczyna, ta międzypokoleniowa trauma, która przenika do krwi i drąży miejsce w sercu i wyobraźni.
Małecki ma ten dar, by pisać o krzywdach, o smutku, o umieraniu z niespotykaną delikatnością i wrażliwością. Jego bohaterowie często milczą, a w tym milczeniu zawiera się najwięcej słów, najwięcej prawdy. A my podskórnie czujemy, że w ich ciszy rozlega się wrzask, kanonada, zawodzenie tak potężne, że odbiera głos. Nawet ten tytułowy Saturnin uwikłany jest w przeszłość, w niespełnione marzenia, w nieuchwytne pragnienia, których nie potrafi już spełnić. Tak swoje własne, jak i swoich bliskich, przodków, tych, którzy niby odeszli, a którzy wciąż kręcą się między żywymi i nie pozwalają im zasnąć.
Powtarzam to przy okazji każdej nowej opowieści spod pióra Kuby i powtórzę się również dziś, że to jest autor, który instynktownie podnosi sobie poprzeczkę. Każda jego kolejna historia jest dojrzalsza, czulsza, emocjonalnie intensywniejsza.
Zazdroszczę wszystkim czytelnikom, którzy jeszcze "Saturnina" nie czytali, a tym, którzy prozy Jakuba Małeckiego jeszcze nie znają - zazdroszczę podwójnie. Czeka Was bowiem literacka podróż, która poruszy najczulsze struny w sercu.
Zaginiony dziadek zawsze zwiastuje kłopoty z historią. “Saturnin” Jakuba Małeckiego jest powieścią ambitną, nad którą - co widać - autor uczciwie się napracował, choć efekt jest trochę zbyt przewidywalny, a sama opowiedziana w książce historia sztampowa. Zastanawiam się na ile to wina autora, który nie potrafi wyjść poza utarte ścieżki polskiej historii, a na ile samej naszej historii, do której już jesteśmy przyzwyczajeni i niewiele jest nas w stanie w niej zaskoczyć.
Główny bohater, Saturnin Mackiewicz jest singlem, wynajmuje w Warszawie kawalerkę, jest facetem postawnym i niespełnionym życiowo. Niezbyt to oryginalny bohater, mimo specyficznego imienia. Kto i dlaczego nadał mu takie imię? Skąd biorą się kompleksy Satka? I kim jest dziadek, który ginie już na pierwszych stronach książki? I dlaczego źródłem problemów jest oczywiście wojna? Dziadek się odnajdzie, a historia dość szybko zacznie się dopowiadać.
Główny wątek “Saturnina” nie zaskakuje, odjechany powojennie dziadek to żadna nowość w polskiej literaturze, na szczęście są inne, ciekawiej wymyślone. Jak choćby matka Saturnina, Hanka, której historia bardzo mi się podobała. Wiejska dziewczyny, która nie ma wielkiego wyboru jeśli chodzi o swoją przyszłość, miotajaca się pomiędzy potrzebą rodzinnego szczęścia, zadowolenia “wojennych” rodziców, wypełniania roli matki i żony (której nie ułatwi jej zapadający się w siebie Witold) jest postacią pełnowymiarową i dobrze skonstruowaną. Od dawna uważam, że Małecki jest jednym z tych polskich pisarzy, którym lepiej idzie pisanie postaci kobiecych niż męskich, ale tu wolałbym, żeby się czytelniczki wypowiedziały, bo co ja tam wiem.
To, co nie pozwala uznać “Saturnina” za powieść w pełni udanej jest - poza przewidywalnością - jej pospieszność. Małecki stara się opowiedzieć losy Mackiewiczów w tempie powieści sensacyjnej, a sama akcja i pomysły na historie są nakreślone jak w scenariuszu filmowym, wyostrzone i niekiedy pozbawione niuansów. Dziadek musi się szybko odnaleźć, żeby można było wprowadzić inne opowieści, listy ułatwiają Małeckiemu pokazanie perspektywy Hanki, a opowieść o destrukcyjnym chłopaku, który zrobiłby wszystko dla sportowego wyniku z jednej strony domyka skomplikowanie losów bohaterów powieści, z drugiej wydaje się być nadto oczywista. Niczym mnie Małecki w tej powieści nie zaskoczył; gdybym miał powiedzieć jakie elementy powinny się znaleźć w prosto skonstruowanej sadze o polskim losie, to pewnie “Saturnin” byłby zadaniem zrealizowanym na piątkę.
Ciekawie przygląda się rozwojowi Małeckiego, który od jakiegoś czasu ewidentnie walczy z jednym tematem - rodzinnej tajemnicy, zagadki, którą musi rozszyfrować trzecie pokolenie. Czasem wydaje mi się, że wszyscy mamy takie zagadki w naszych rodzinach, ale widzę to przez swoje okulary, człowieka którego rodzina dotarła na Dolny Śląsk w okolicznościach przynajmniej zagadkowych. Podobnie wydaje się, że Małecki wkłada w swoje pisanie sporo autobiografizmu, ale jakby zatrzymywał się przed ekspiacyjną, bardzo własną opowieścią, ciągle obudowując ją atrakcyjną dla czytelnika opowiastką przygodowo-sensacyjną. Nawet bohaterowie niezbyt się zmieniają - przecież Saturnin jest jakąś wypadkową Mańka i Zuzy z “Horyzontu”. Straumatyzowani młodzi mężczyźni, pełni kompleksów, szukający swojego miejsca w wielkim mieście i wielkiej historii - to wątek spójny i realizowany na różne sposoby w kolejnych powieściach Małeckiego. Autor oczywiście gra autobiografią, podsuwa tropy, o których pisze też w posłowiu do “Saturnina”. Może opowiedzenie tej historii sprawi, że już do niej nie wróci i zacznie tworzyć inne narracje, bo mimo wielkiej sympatii do prozy Małeckiego, ale ta piosenka zaczyna być już nadto przewidywalna.
Mam zawsze do Małeckiego pretensje, że zbyt dba o to, by jego książki były komunikatywne dla czytelników prozy średnioambitnej i nie odważa się - a ma możliwości - na powieść głębszą, bardziej wycyzelowaną, że choć stawia sobie w trakcie pisania dość ambitne zadania, to realizuje je nadto prosto. To oczywiście zwiększa szansę na komercyjny sukces, a Małecki jest autorem nadzwyczaj płodnym literacko, ale dla mnie też jakoś wciąż niespełnionym. Małecki nie zostawia na koniec czytelnika z pytaniami, wątki są pozamykane, motywacje bohaterów wyjaśnione i opisane. Trochę zbyt grzecznie to wszystko jest zbudowane, na szczęście ratuje Małeckiego językowa sprawność i umiejętność zmiany rejestrów językowych, co w polskiej prozie nie zdarza się zbyt często.
Kolejna powieść Małeckiego, przy której piszę: “stać cię na dużo więcej”, ale albo trzeba się zagłębić w siebie i wywalić bebechy na zewnątrz, albo zmienić piosenkę. Bardzo czekam, sympatyzując.
Saturnin, Hanka, Tadek i Ona. Gdzieś tam między trzema historiami.
Człowiek uciekający w pasje przed otoczeniem, przed spojrzeniami, przed rodziną. Kobieta dobra, rodzinna, wrażliwa, źle lokująca swoje uczucia. I mężczyzna mocno doświadczony przez życie. Życie naznaczone wojną, bólem, cierpieniem, krwią i śmiercią.
Zaraz po "Rdzy" moja ulubiona książka Małeckiego...
Zapewne narażam się teraz fanom pana Małeckiego, ale najwyraźniej nadajemy na zupełnie innych falach. „Saturnin” wydawał mi się strasznie pretensjonalny, męczący i prowadzący donikąd- jest tu kilka elementów, które są wprowadzone chyba tylko po to, żeby było bardziej poetycko, onirycznie, ale zazwyczaj nie stoi za nimi nic więcej. To jest moja trzecia książka autora i po raz trzeci widzę podobny schemat fabularny, który na początku mnie ciekawi, a później zjeżdża po równi pochyłej. Nie mój autor, nie mój styl.
Po książki Jakuba Małeckiego zawsze sięgam z dużym entuzjazmem, bo jeszcze żadna mnie nie rozczarowała. Każdą książkę mogę brać w ciemno, bo wiem, że będzie dobra. W przypadku „Saturnina” było tak samo.
Jest to historia 30-letniego Saturnina, pełnego żalu za utraconą pasją oraz jego dziadka Tadeusza, który w czasach wojny wiele zniósł. Tadeusz pewnego dnia znika, a Saturnin wraca w rodzinne strony i razem z matką stara się odnaleźć staruszka.
„Saturnin” to opowieść przepełniona żalem o bólach przeszłości, bardzo intymna i tajemnicza. Od pierwszych stron wsiąka się w fabułę i ciężko się od niej oderwać. Napisana w bardzo poetycki, typowy dla Jakuba Małeckiego sposób. Pokazuje okrucieństwo wojny, ale jednocześnie podkreśla siłę miłości. Bardzo nostalgiczna i refleksyjna powieść.
Momentami rzeczywiście była dość podobna do „Rdzy”, ale nie przeszkadza mi to. Ja takie historie mogę czytać w nieskończoność i nigdy mi się nie znudzą, zwłaszcza te Jakuba Małeckiego ;) Poza tym ogromnie zachwyciło mnie posłowie i scena, do której nawiązuje. Przyznaję, że uroniłam kilka łez.
Jeśli jeszcze się zastanawiacie czy dać tej książce szansę, to serdecznie polecam! Kawał świetnej literatury! I to polskiej ❤
Czy jest podobna do Rdzy? Owszem. Czy to minus? Wręcz przeciwnie. Czy wypłakałam sobie oczy na końcu? Owszem. Panie Małecki, myślałam, że już bardziej się nie da, ale po tej książce chyba jednak tak. 5/5 i kolejny ulubieniec.
3,5/5 Trochę ciężka sprawa, bo ta pozycja nie porwała mnie tak jak kilka poprzednich Małeckiego. Na wstępie uspokoję jednak, że styl oraz sposób opowiadania pozostał niezmienny. Nadal jest prosto, ale głęboko, emocjonalnie i pięknie. Tutaj nie ma się co produkować, gdyż poziom z poprzednich tytułów został utrzymany. Czyta się ekspresowo i przyjemnie. Wiem na co stać autora, wiec lekturę każdej jego książki zaczynam z przeświadczeniem, że będzie to 5 na 5 i tyle. Gdy jest trochę słabiej, choć nadal bardzo dobrze, to niestety jest małe rozczarowanie. Tak jak tutaj. Bohaterem książki jest tytułowy Saturnin, ale oczywiście towarzyszy mu cała grupa innych, ciekawych postaci. Na kolejnych stronach, w typowym dla Małeckiego stylu poznajemy kolejne warstwy historii rodziny głównego bohatera. Oczywiście, jak to u Małeckiego, zaczepiamy o wojnę. Bardzo solidnie zaczepiamy, tak solidnie, że aż za dużo o tej wojnie.. To nie jest moja ulubiona tematyka i w moim odczuciu autor trochę przedobrzył. Tak o kilka stron. Wyszłoby równie fajnie bez przedabrzania. Stanowczo przyjemniej czytało mi się perspektywę głównego bohatera. Wzruszenie dopadło mnie ledwo 2 lub 3 razy (mało jak na Małeckiego!) i to zawsze w odniesieniu do głównego bohatera. Choć jego historia jest prosta jak budowa cepa to ujęła mnie niemożliwie. Niestety mniej więcej połowa książki traktuje o wydarzeniach nie związanych bezpośrednio z Saturninem, a te nie zachwyciły mnie w równym stopniu. Małecki jak zwykle bardzo sprytnie plecie opowieść, stopniuje napięcie i zaskakuje ujawnianiem kolejnych wątków i tajemnic. Fabuła, choć przyjemna i ciekawa to ostatecznie nie powala na łopatki. Wydaje mi się, że odczucia mam podobne jak przy ostatnio czytanym "Horyzoncie". Zabrakło tego "wow" i wrażenia dopracowania każdego szczegółu. Znów było prościej i zwyczajniej niż to pamiętam z "Rdzy" czy "Dygotu". Muszę jednak tutaj nadmienić, że miłym akcentem jest informacja zamieszczona na końcu książki, w czymś na kształt posłowia. Nie będę zdradzać o co chodzi, bo dla mnie było to zaskoczenie, a jednocześnie książka nabrała w moich oczach trochę więcej barw :)
3,5 Kolejna powieść autora, co do której mam mieszane uczucia. Znów mamy podobny szkielet fabularny , dramaty rodzinne ciągnące się przez pokolenia , tajemnicę w tle. Możliwe , że gdyby pisał ktoś inny byłabym mniej wymagająca, ale co zagłębiam się dalej w twórczość pisarza to nie dostaję drugiej Rdzy, mimo, że lubię jego historie rodzinne, bo potrafi je świetnie opowiadać. Książka była momentami poruszająca, pewne wątki też zawsze są uniwersalne, ale nie dotknęła mnie do żywego, a pewne motywy były dla mnie zbyt wymuszone, żeby pokochać całość.
Dobrze się czytało tę książkę, ale... jest jakaś taka wtórna, Jakby Małecki ciągle pisał o tym samym. Może mój odbiór byłby lepszy gdyby narracja była trzecioosobowa.
SPRAWDZAM O, jakim pięknym, poetyckim językiem ta książka jest napisana! O, jak biegle autor potrafi posługiwać się słowem! O, jakie ładne buduje zdania! O, jakie barwne tworzy metafory! I to by było na tyle, jeśli chodzi o zachwyty nad tą książką.
Pięć lat temu ukazał się „Dygot” Jakuba Małeckiego. Wzbudził entuzjazm wielu czytelników, ale mnie niespecjalnie zachwycił. Było mi zwyczajnie żal, że powieść miała w sobie wielki potencjał, który nie został wykorzystany. Pięć lat to jednak wystarczająco dużo czasu, żeby pisarsko wydorośleć i rozwinąć skrzydła, dlatego wróciłam do autora, aby przekonać się, na ile mu się to udało.
Tak gdzieś do połowy wciąż jeszcze miałam nadzieję, że będzie dobrze, ale im bliżej było końca, tym bardziej przyjemność z obcowania z pięknym słowem i opowiadaną historią gdzieś znikała, zamieniając się w uporczywe, podprogowe dochodzenie, dlaczego tym razem tak bardzo nie chce mi się tej książki czytać. Powodów znalazłam wiele.
Zaczyna się całkiem nieźle. Mamy trzydziestolatka o oryginalnym imieniu Saturnin, które nie wiadomo skąd się wzięło i tajemnicę dziadka, który nagle znika. Jest nadzieja, że dzieje się tak nie bez powodu, a wyjaśnienie obu tych tajemnic będzie miało znaczący wpływ na losy naszego bohatera. Nadzieja okazuje się płonna. I to jest pierwszy zawód.
Niefortunny wydaje mi się pomysł formalny, aby prowadzić narrację z punktu widzenia trójki bohaterów, ale za każdym razem w pierwszej osobie. O ile sprawdza się to w przypadku Saturnina, to wprowadzenie takiej samej narracji dziadka powoduje, że to jego zaczynamy traktować jako głównego bohatera i gubimy wątek wnuczka, który przez połowę książki wydawał się najważniejszy. A już narracja pierwszoosobowa trzeciej postaci, kiedy dopiero na końcu wyjaśnia się, kim ona jest – wprowadza chaos. Nie wiem dlaczego Jakub Małecki ukrył przed czytelnikiem, kto jest trzecim narratorem. Może zasugerował się świeżo przeczytanym kryminałem jakiegoś polskiego autora, który wziął sobie za punkt honoru, aby czytelnika zaskoczyć? Przecież gdybyśmy wcześniej wiedzieli, kto prowadzi narrację, mielibyśmy do niej stosunek emocjonalny, a tak, zastanawiamy się przede wszystkim kto to mówi i czytamy piękne, lecz niewiele znaczące bez kontekstu zdania. Nie zdradzę, czyj jest trzeci punkt widzenia. Jeśli sięgniecie po tę książkę, musicie męczyć się sami.
Kłopoty z przebrnięciem przez tę powieść będą mieć czytelnicy, którzy posiedli umiejętność czytania ze zrozumieniem. Co chwila będą zmuszani by dociekać, co autor miał na myśli. Jeśli, nie daj Boże, przerwiecie lekturę przed zaśnięciem, w miejscu, gdzie na przykład bohater wciela się w węża i znajduje się nie wiadomo gdzie i nie wiadomo po co, kiedy powrócicie do czytania rano, będziecie zmuszeni cofnąć się o kilka stron, żeby zorientować się, o co chodzi. Autor co chwila faszeruje nas nowymi tajemnicami, mając zapewne nadzieję, że jest to dobra metoda na przyciągnięcie uwagi. Niestety, efekt jest taki, że największą tajemnicą pozostaje przesłanie tej książki. Domyślam się oczywiście, co autor chciał powiedzieć, tylko, niestety, zupełnie mu nie wyszło.
Rzeczywistość w „Saturninie” tak bardzo miesza się z wyobraźnią narratorów/bohaterów, że bardzo trudno oddzielić jest prawdę od fikcji. Trochę mi to jednak przeszkadza w odbiorze, kiedy nie mam pewności, czy bohater leży w sianie, w stodole, czy tylko wydaje mu się, że leży. Oczywiście, można się nad tym nie zastanawiać i lecieć z czytaniem dalej, ale ja tak nie potrafię. Nie wystarczą mi emocje, potrzebuję treści. Chcę zrozumieć co czytam, więc rozbieram zdanie na czynniki pierwsze:
„Nabrzmiały pytaniami [na razie jasne], Tadeusz opada coraz głębiej [przenośnia li to, czy jawa? w siano opada w tej stodole czy zapada się w sobie?], chyba choruje i chyba pije bimber znaleziony w czyjejś piwnicy [narrator sprawiający do tej pory wrażenie wszechwiedzącego powinien wiedzieć takie rzeczy], schudł, znowu zarósł na twarzy [dlaczego o tym narrator wie, a wcześniej tylko przypuszcza?], budzi się czasem w nocy, a czasem za dnia [to budzenie za dnia wznieca mą niezaspokojoną ciekawość], dokądś chodzi i coś robi [narrator dobrze wie, co robi, i wie to czytelnik, na podstawie tego, co wcześniej przeczytał, po co więc to niedomówienie?], zapamiętując niewiele [jeśli niewiele z tego co robił zapamiętał, to skąd jego trauma?].”
Skąd biorą się te uniki autora? Mam teorię, która niestety potwierdza moją wcześniejszą diagnozę, sformułowaną w recenzji „Dygotu”: Małecki chodzi na skróty. Niedopowiedzeniami i poetyckimi odniesieniami maskuje niedociągnięcia w psychologii postaci i brak wiarygodności historycznej. O wiele przecież wygodniej napisać „dokądś chodzi i coś robi”, niż wyjaśnić, w jaki sposób przez pięć lat udało się jednej z kluczowych postaci w tak ekstremalnych warunkach przeżyć. Każdy, kto zna choć trochę realia II wojny światowej powiedziałby – to niemożliwe, to bajka. No dobrze, możliwe, ale żeby w to uwierzyć musielibyśmy poznać konkrety, a nie ogólniki. W nieprawdopodobną historię przetrwania Władysława Szpilmana wierzymy, bo dostajemy dowody. Małecki natomiast wymiguje się od konkretów jak może (to prawda, pomysłowo), opisując rzeczywistość wojenną z punktu widzenia bohatera-węża. Nie chce mu się rzetelnie zdokumentować tematu (tu mógłby wziąć przykład ze Szczepana Twardocha, który realia wojenne opisuje niemal fotograficznie, jakby sam żył w tamtych czasach) licząc na to, że współczesny czytelnik, który wiedzę o wojnie czerpie z „Tatuażysty z Auschwitz” i podobnych bzdur, uwierzy mu na słowo. No cóż, można i tak.
„Saturnin” więcej obiecuje, niż daje. Zostajemy uprzedzeni o strasznej tajemnicy dziadka, która zaważyła na całym jego życiu, nastawiamy się na niewiadomoco, a okazuje się, że…
Nie przekonuje mnie przyczyna traumy dziadka, ani to, że trauma ta przeniosła się, jak karma na jego córkę i wnuczka. Żeby nie spoilerować: wiem, że pokolenie dzisiejszych trzydziestolatków wojnę zna tylko ze słyszenia, i bardzo dobrze, niech już zawsze tak będzie. Ale nawet najmłodsze pokolenie powinno chyba wiedzieć, że na prawdziwej wojnie zabija się ludzi. Że na tym właśnie polega wojna: samemu można zostać zabitym i trzeba zabijać, żeby przeżyć. Życie nie ma żadnej wartości. Zabijanie żołnierzy wroga jest celem. Nie trzeba się tego wstydzić. Takie są zasady. Na wojnie umierają ludzie. Na wojnie traci się bliskich. Nie było w Polsce rodziny, która w czasie ostatniej wojny nie doświadczyłaby straty. I cały, ponad trzydziestomilionowy naród musiał z tym żyć i z tym sobie radzić. Dziewięćdziesięciopięcioletni dziadek Saturnina tego nie rozumie? I wciąż rozpamiętuje swoją wojenną niby-traumę? Po siedemdziesięciu pięciu latach!?! Przepraszam, ale kompletnie w to nie wierzę.
Satysfakcji nie przynosi również wyjaśnienie tajemnicy niezwykłego imienia. O tym, że nazwał tak wnuka dziadek na cześć wojennego przyjaciela dowiadujemy się bardzo szybko. Znów oczekujemy, że dziadek zawdzięcza przyjacielowi niewiadomoco, a okazuje się, że właściwie, to… nic takiego.
Przeszkadza mi również, że autor, chociaż tak hojnie rozdaje niedomówienia i uniki, to pewne tezy wbija nam do głowy młoteczkiem. Takie świetne zdanie o matce (bez ironii): „Próbuję zrozumieć, kiedy nastąpił ten moment, w którym kobieta wierząca, że pewne rzeczy w życiu można zmienić, pozwoliła, by te właśnie rzeczy zmieniły ją w kobietę niewierzącą w nic…” I już wiem wszystko, i już mi wystarczy, żeby się zachwycić, ale nie, to nie koniec, trzeba dokończyć, żeby czytelnik nie miał żadnych wątpliwości: „…niewierzącą w nic oprócz skarlałego Boga, który ukrywa się w pełnym ornamentów kościele w Radziejowie, bo nigdzie indziej go nie chcą”. No, w paru miejscach chyba jednak wciąż Go chcą. I po co ta wstawka, skoro temat religijności matki już więcej się nie pojawia i nie ma dla tej historii żadnego znaczenia?
Nie mogę powiedzieć, że „Saturnin” mnie zawiódł, bo nie oczekiwałam wiele. Wielbiciele autora mogą spać spokojnie. Nie będę zakłócać ich dobrego samopoczucia prowokacyjnymi recenzjami. Raczej nie wrócę do Jakuba Małeckiego w ciągu następnych pięciu lat.
W moim odczuciu jest to "dziwna" książka. Nie wiem czy bardziej nie pasowałoby stwierdzenie "jedyna w swoim rodzaju" albo "wyjątkowa". Każde zdanie z osobna może mieć tak głęboki sens, że podczas mimowolnego analizowania tego w swojej głowie, człowiek zapędza się czasami zbyt daleko i bardzo ciężko jest wyrwać się z tego stanu otępienia. Osobiście uwielbiam ten stan.
Co to była za książka! Czekałam na coś, co mnie tak zmiecie 3 miesiące mojego czytelniczego życia. Zaczęłam dziś i nie odłożyłam dopóki nie skończyłam. Jedna z najlepszych książek, jakie czytałam kiedykolwiek, a Małecki trafia do ulubionych autorów.
Do Maleckiego mam slabosc, nie wiem, co musialby zrobic albo napisac, zeby mi przeszlo... Nawet nie wiem dlaczego tak mam.
(D. lecial do Polski na pogrzeb dziadka. Wyslalam go tam z lista 15 ksiazek, z ktorych zdobyc mial mi jedna czy dwie. Przywiozl te. Nie bylo jej na liscie. Gdyby zycie bylo ksiazka albo filmem, to mozna by to uznac za jakis znak. Ale zycie to nie jest realizm magiczny. Fakt, ze z pogrzebu dziadka wraca sie z historia o dziadku kogos innego nie znaczy absolutnie nic)
Małecki umiejętnie obraca słowem, potrafiąc zwykłą historię przedstawić w niezwykły sposób. Po każdej jego książce siadam i nie wiem do końca, gdzie jestem, co robię, a tym bardziej co myślę o przedstawionej opowieści. Lubię ten jego specyficzny styl i słodko-gorzkie losy bohaterów (z przewagą goryczy), choć nierzadko gubię się w natłoku różnorodnych myśli, nie zawsze wiedząc, czy to jeszcze książkowa rzeczywistość, czy już omamy bohaterów.
"Saturnin" to książka podobna do innych Małeckiego. W moim osobistym rankingu nie tak dobra jak "Rdza", gdzieś pomiędzy "Dygotem" a "Śladami". Intrygująca, smutna, wyrzucająca na wierzch to, co tkwi w nas najgłębiej. Każdy z nas ma trupy w szafie - skrzętnie skrywane przed innymi... Różne historie chodzą po ludziach, nieraz potrafimy dokonać rzeczy okrutnych i niemożebnie złych, a jeśli na naszym koncie takowych nie ma, to nie oceniajmy, bo nie znamy dnia ani godziny, kiedy los zrzuci nam tyle kłód pod nogi, że będziemy zmuszeni do czynów, jakich nie spodziewalibyśmy się po sobie.
Bardzo ciężko ocenić mi tę książkę. Historia, mimo, że wstrząsająca, nie wciągnęła mnie tak, jak bym tego chciała. Momentami gubiłam się w wątkach, nie potrafiłam wczuć się w życie bohaterów, które z pewnością zaciekawiłoby nie jedną osobę. Całe moje postrzeganie zmieniło jednak posłowie. Po raz pierwszy od dawna zastanawiam się, czy gdybym przeczytała tę książkę ponownie, wiedząc co znajduje się na jej końcu, nie oceniłabym jej kompletnie inaczej i nie zrobiłaby na mnie mocniejszego wrażenia.
Książka trochę mnie nużyła, nie do końca mnie wciągnęła. Dopiero posłowie (którego nie zdradzę, żeby nikomu nie psuć zabawy) nadało książce wyjątkowość i sprawiło, że spojrzałam na treść zupełnie inaczej.
„Nie wyobrażałem sobie, by ktoś mógł lubić mnie tylko za to, jaki jestem. Wiedziałem, że muszę bardziej się o to postarać. Zacząłem więc odgadywać, co dana osoba chciałaby, żebym mówił i robił, kiedy znajduję się w jej towarzystwie a potem mówiłem to i robiłem.”
Oto Saturnin. Oto moje lustro...
Małecki znów to zrobił. Znów wrzucił mnie w środek czyjegoś życia i w pewnym momencie bez ostrzeżenia brutalnie mnie z niego wyrwał. Wyobrażam sobie Maleckiego pośród niezliczonej liczbie kościółków pełnych historii. Małecki łapie na chybił trafił takiego maluczkiego czytelnika jak ja i zanurza go w przypadkowym kociołku. Kiedy czytelnik poczuje więź z bohaterami historii, autor szybko go wyciąga. Tak to widzę.
Tym razem postaci nie są przypadkowe. Podejrzewam, że ta książka jest bardzo ważna dla autora. Dla mnie też. Rytm, język, sposób opowiadania - to wszystko zachwyca, daje do myślenia, powoduje coś na kształt kaca. Małecki to taki ponury czarodziej, który po raz kolejny wyczarował mi literacką ucztę. „Saturnina” nie czyta się jedynym tchem. „Saturninem” się człowiek delektuje, roztrząsa każde słowo, każdy wątek, a potem nie może spać.
Wszystkie wady, o których mogłabym napisać ulatują i znikają gdzieś, kiedy pomyślę o wywoływanych emocjach przy lekturach Małeckiego. Nie da się uniknąć pewnej powtarzalności, opisując wielokrotnie polską rzeczywistość. Jednak w każdej z książek autora jest coś niezwykłego, co powoduje, że nie można się od nich oderwać.
Nie jest żadną tajemnicą, że uważam Jakuba Małeckiego za jednego z najlepszych współczesnych pisarzy w naszym kraju. Jego książki niejednokrotnie przenosiły mnie w świat moich własnych wspomnień, a tak charakterystyczny styl i język autora potrafią kreować obszar pełen intymności, refleksji oraz zadumy.
"Saturnin" to niejako powrót do znanych nam motywów autora. Mamy tutaj bowiem rodzinną historię naznaczoną okrucieństwem wojny, elementy realizmu magicznego, a także liczne retrospekcje, które pozwalają nam lepiej zrozumieć postępowania i czyny głównych bohaterów.
To również obraz polskiej wsi, różnorodnych przemian społecznych po II Wojnie Światowej. "Saturnin" to jednak przede wszystkim wizerunek mężczyzny, który musi zmierzyć się z piętnem zabijania drugiego człowieka, to portret psychologiczny byłego żołnierza walczącego na froncie, gdzie człowieczeństwo zostało tak bardzo zapomniane, a na porządku dziennym była ludzka śmierć i chęć przeżycia kolejnego dnia...
I mimo, że "Saturnin" nie będzie dla mnie powieścią Kuby z tej górnej półki (gdzie znajdują się takie tytuły jak "Rdza", "Dygot", czy "Nikt nie idzie"), to jednak Małecki znowu chwyta mnie za serce, choćby na ten jeden krótki moment podczas lektury, ale robi to w sposób, który sprawia, że przed oczami widzę swoje dzieciństwo, swoją rodzinną historię i własne, intymne wspomnienia.
Jest coś pięknego w prozie Jakuba Małeckiego, co powtarzam do znudzenia w każdej recenzji Jego książek. Jest coś pięknego. Tak od pierwszych stron wylewająca się z kart powieści historia zatruwa czytelnika i jest z nim już do końca lektury. I czasem nawet dłużej, aż się przetrawi i zajmie miejsce w duszy. Świeżo po lekturze „Saturnina” z niewymuszenie wyciśniętą łzą zabieram się do napisania recenzji. Książki może nie idealnej, ale ocenionej jako taka, właśnie ze względu na to, co powtórzę po raz kolejny.
Emocjonalność. Wrażliwość. Fakt taki, że od pierwszych stron magia Małeckiego, gonitwa myśli bohatera, jednego czy drugiego, transkrypcja czy właściwie stenogram myśli. Jestestwo danego człowieka przelane na papier. Ludzkość, ale nie jako ogół, ale jako człowieczeństwo w swojej najbardziej wstydliwej, skrywanej formie, najszczerszej i najprawdziwszej. Powolne, nieśpieszne wprowadzanie czytelnika w akcję myślami głównego bohatera w, a jakże! Narracji pierwszoosobowej. Takiego nie pamiętnika, a monologu, trochę z samym sobą. Znowuż, gonitwa myśli, skojarzeń. Małecki jest w tym mistrzem.
Miasta, wsie, wioski. Autor nie ucieka od tych pierwszych, wbrew niektórym zarzutom nie skupia się tylko na akcjach rustykalnych, ale nieprzerwanie odnoszę wrażenie, że jednak to te klimaty są mu najbliższe. Bardzo dobrze, po raz kolejny portretuje obraz polskiej wsi, rzeczywistości skupionej w mentalności mieszkańców. Ale to nie o narodowość chodzi, tylko ludzi, ich przekonania i podejście do życia, taką nam serwuje trafną obserwację otoczenia. Jestem przekonany, że równie dobrze mogłaby to być Arizona, czy inne stepy, ale zakładam że autor musiałby te miejsca odwiedzić. Sam też wspominał, że niektóre historie opiera na rzeczywistych wydarzeniach czerpanych z historii własnej rodziny.
Akcja książki dzieje się w Kwilnie, wsi w województwie łódzkim w przedziale czasu – dzisiaj, kiedyś, czyli wojna, i jeszcze bardziej kiedyś, czyli przed wojną. W tym wszystkim postacią centralną nasz główny bohater nie jest, choć mogłoby się tak wydawać. Jest przewodnikiem, jakby samym autorem, którego ta książka jest bardzo intymnym świadectwem. Głównymi postaciami są natomiast dziadek tytułowego bohatera, Tadeusz i jego siostra Irka. Ich życia, które autor… które autor przedstawił w sposób, który bez spojlerowania nie sposób zamieścić w recenzji. Można powiedzieć, że dał im nowe, inne życia. Pewnego dnia dziadek Saturnina znika z rodzinnego domu, zdenerwowana matka informuje o tym naszego bohatera. Saturnin jako trzydziestoletni handlowiec jedzie z Warszawy pomóc matce w poszukiwaniach dziadka. Fabuły opowiadał nie będę, przy czym trzeba powiedzieć, że Saturnin to bohater iście Jakubowy. Trochę po kawałku, trochę mimochodem narrator autoironią do własnych nie tak mądrych decyzji potrafi rozbawić czytelnika, ostrym trafnym komentarzem własnego postępowania. Ale też wzruszyć własną historią. Przy czym książka komedia nie jest, wręcz daleko od niej, ale są momenty, gdzie doskonale udziela się humor narracji, która oczywiście pierwszoosobowa idealnie opowiada wycinek rzeczywistości zamknięty w 300 stronach powieści. Niestety 300, i dlatego nieidealnie, bo podróż choć mocna, to niestety nieco fabularnie skrócona.
Rak, depresja, poczucie winy, żal, strata, ciężar. Niewypowiedziany ciężar tajemnicy. Gdzieś tam to wszystko jest i nie pozwala zapomnieć czytelnikowi po co bierze udział w tej historii. Wracając do narracji, tutaj też mamy przeskoki do wspomnień, które są świetnie skomponowane z teraźniejszością, wszystko tutaj jest po coś. Jako czytelnik czuję to, co czuje bohater i kojarzy tę wspomnienia z tymi z przeszłości tak jak kojarzy Saturnin, tak jak łączy to co jest teraz z podobnym odczuciem z lat dzieciństwa. Z tym, że taką żonglerkę światami uprawia tylko Saturnin, jego dziadek Tadeusz żyje właściwie w przeszłości, z jakiegoś powodu jego teraźniejsze wcielenie jest nieobecne, ciche.
Co jest jednak zabawne, chwilami miałem taką myśl, że gdyby to napisał jakiś inny polski pisarz, zacząłby krzyczeć że napisał thriller z głupia manierą nazywania tak nieco bardziej emocjonujących elementów powieści. I to nie dlatego, że Małecki wziął się za thrillery, ta książka definitywnie nim nie jest. Są jednak momenty napięcia i tych najstraszniejszych tajemnic, bo rodzinnych. starych. Dla członków rodziny potężnych i tajemniczych niczym stare drzewo przy stawie za stodołą dla małego dzieciaka. Jest, widać, ale udaje, że go tam nie ma. Nie jest to napięcie celowo budowane jako cliff-hanger czy thrillerowy dreszczyk emocji. Nie wzbudza ciekawości intrygą czy jakimś cudacznym zakrętem fabularnym. To napięcie budowane powoli kroczącym ciężarem, które wielu z nas sobie uświadamiało poznając prawdę na temat własnej rodziny. Jakieś długo skrywane, zamiecione pod dywan, ukryte, zakopane przekleństwa czy niewyobrażalne cierpienia, straty. Udawane latami, że ich nie ma. Tak mi się ten thriller Jakubowy widzi. Ciężarem strasznym, bo nieuchronnym, gdzie moment przed uderzeniem czujesz, że coś się stanie. Panicznie.
Kontynuując tę myśl, w takiej jeszcze kwestii. Nie wiem, czy w powieści tego typu można mówić o typowej akcji czy intrydze. Ale to wszystko zostało tak ułożone, tak skomponowane - jak najlepszy film (chociaż, nawiasem mówiąc, najlepsze filmy są właśnie na podstawie książek). Tak osobista, tak dotkliwa emocjonalnie i dramatyczna książka, a tak dobrze zbudowana fabularnie. Wyobrażam sobie jakby to było jakby Jakub Małecki napisał kryminał. To by przecież było wyzwanie rzucone mistrzom kryminałów. Ale niech lepiej nie pisze.
Niech dalej kroi czytelniczą duszę, książkami takimi jak „Saturnin”.
Miałam dosyć długą przerwę od twórczości Jakuba Małeckiego i do Saturnina podchodziłam z lekkim dystansem. Jak się okazało, zupełnie niepotrzebnie, bo sama powieść tak mnie wciągnęła, że przeczytałam ją w jeden dzień.
Codzienne życie bohaterów z dosyć skomplikowanymi relacjami rodzinnymi, w dodatku opisane prostym (choć pięknym!) językiem brzmi całkiem zwyczajnie, ale nic bardziej mylnego. Bohaterowie nie potrafią odciąć się od przeszłości, powracają bolesne wspomnienia, wraca wojna.
Sposób w jaki autor prowadzi nas przez historię i gra na emocjach sprawia, że nie jesteśmy w stanie jej odłożyć, a po skończeniu czujemy pustkę. Elementy realizmu magicznego cudownie wzbogacają całą prozę i naprawdę trudno jest mi znaleźć jakieś wady, bo ja tę książkę po prostu pokochałam, a czytając posłowie czułam, jak pęka mi serce 🖤
Prócz najnowszej książki, przeczytałam wszystko tego autora (z wydawnictwa SQN) i za każdym razem boję się rozpocząć czytanie, a kończę zachwycona! Wiele się mówiło o tej książce, że niby dobra, ale jednak coś. Dla mnie wspaniała, jak zawsze! Małeckość pełną gębą! Oczywiście, przyznaję że niektórym może się znudzić powtarzany motyw wspomnień wojennych, ale ja właśnie to kocham w książkach Jakuba Małeckiego! Zawsze siedzę w nich pełnią serca i nie mogę odpuścić! Ogromnie polecam, a dodatkowo posłowie złamało mi serce i ogromnie mnie rozczuliło!
Nie jest to moja ulubiona książka Małeckiego. Od początku mieliśmy jakiś konflikt. Nie jest to jednak zła książka. Małecki w charakterystycznym dla siebie stylu porusza problemy codzienności. Myśle, że znajda się osoby do których ta książka trafi i spodoba się bardzo.