Gardner napisał rzeczy przyzwoitą (tyle i aż tyle), która z nie do końca jasnych mi powodów zyskała aż takie uznanie. Fundamenty tego sukcesu są bodaj cztery: boks, pejzaż Stockton, kontrast pokoleniowych szans, ambicji i losów bohaterów oraz precyzyjny i realistyczny sposób opisu.
Najlepiej w tym rozrachunku wypada właśnie język, bo konstrukcyjnie i stylistycznie jest to powieść zwarta, dynamiczna, o dobrym rytmie. Szczególnie jeśli spojrzymy na dialogi, zauważymy że miał Gardner do nich rękę – płynność, kontrapunkty, esencja, naturalność frazy, to wszystko tu jest.
A reszta?
Paradoksalnie, ta powieść Wam wiele o boksie nie powie. I nie odmawiam autorowi doświadczenia w tym temacie, kwestionuję natomiast sposób przeniesienia go na papier i późniejsze zachwyty nad nim. Ciężko też zgodzić się z tłumaczem, który w posłowiu pisze: “powieść Gardnera ma ten rodzaj siły, taki ładunek realizmu, który powala niczym dobrze wprowadzony sierpowy”. Jeśli ktoś z boksem lub sportami walki się zetknął, ten “Fat city” odbierze raczej jako dość amatorski portret. Gardner prześlizguje się po temacie. Sygnalizuje pewne rzeczy, ale po prawdzie, pływa po powierzchni – tak treningu, walk, stresu z nimi związanego, techniki, taktyki, atmosfery. Dostajemy strzępki, okruchy, namiastkę piękna i trudu tego sportu. Dodatkowo warto zaznaczyć o jakim boksie w ogóle powieść będzie traktowała, a mianowicie o tzw. journeymanach, czyli bokserach bez potencjału na większy niż lokalny sukces, którzy własnym rekordem i porażkami zbytnio się nie przejmują. Wyglądają walk co kilka tygodni, a ambicje sportowe niżej cenią, niż te kilka groszy, które mogą zarobić i które na krótką metę poprawią ich sytuację finansową.
Są takie utwory, które odtwarzają na kartach literatury jakieś sceny bądź atmosferę, niezależnie czy jest to boks czy cokolwiek innego, które podziwiamy i pamiętamy przez resztę życia. Czytamy “Imię róży” Eco i po kilkunastu stronach darzymy autora uznaniem za ilość wiedzy o filozofii średniowiecznej, którą nam zaserwował. Pamiętamy starcie na zamarzniętym jeziorze odmalowane przez Sapkowskiego. Wracamy wspomnieniami do marginalnych, ale jakże ciekawie odmalowanych perypetii Luigiego Vampy z “Hrabiego Monte Christo”. W “Na południe od Brazos” McMurtry’ego nikt chyba nie zapomni walki byka z niedźwiedziem. Żeby to wszystko osiągnęło swoją formę trzeba było wejść w detal. Trzeba było precyzji, pozwalającej nadbudować określoną aurę. W “Fat city”, w przypadku boksu, tego nie znajdziemy.
Nie oczekiwałem od Gardnera opisu jakiegoś epickiego boju, bo nie o tym jest ta powieść. Natomiast razi mnie kontrast tego z jaką intensywnością mówi się o “Fat city” jak o powieści bokserskiej, z tym, jak w istocie ona pięściarstwo przedstawia.
Po drugie, temat przyziemnego marazmu ówczesnych prekariuszy, związanego z sytuacją bytową ludzi zamieszkujących pewne części USA wypada tu chyba zbyt dosłownie. Brak u Gardnera potencjału metaforycznego, co de facto oznacza, że czytając blurba wiecie już o tej książce niemal wszystko. Boks wam tego nie wynagrodzi. Relacje między bohaterami i ich historie tym bardziej, bo są dość przyziemne. Realistyczne? Owszem. Intrygujące? Raczej nie. A na tym przecież polega siła sztuki, że banalną sytuację (z perspektywy narracji) potrafi zamienić w niebanalną z perspektywy odbiorcy. Tywin dokonujący żywota w wychodku jest banalny, a jednocześnie scena z perspektywy odbiorcy banalna już nie jest. Gardner na ten poziom niebanalności się nie wznosi. Miejscami jest to na tyle realistyczne, że aż nudne.
Jeśli chcecie przeczytać naprawdę dobrą powieść pokazującą kontrast pokoleniowy, między tymi, którzy myślą, że mają przed sobą jakieś perspektywy, a ich starszymi znajomymi, którzy nie chcą przyznać, jak dalece rozczarowani są życiem, to zachęcam do sięgnięcia po wydany 3 lata wcześniej niż “Fat city”, “Ostatni seans filmowy” Larrego McMurtry’ego. Chociaż nie ma tam boksu, to uważam, że właśnie w tych literackich niuansach McMurtry góruje nad Gardnerem.