Wczesne lata dwudzieste, Pomorze, pogranicze polsko-niemieckie. Tuż po odzyskaniu przez Polskę niepodległości złodziejce, paserce i morderczyni udaje się przejąć nieczynny zakład fotograficzny. Zatrudnia w nim młodego Niemca Martina, chłopaka, który ma nietypową pasję – zawodowo fotografuje psy, najchętniej martwe, bo tylko wtedy może je uchwycić w idealnej ostrości. Gdy właścicielka atelier odkrywa, że Martin jest również zafascynowany kobiecym ciałem, wpada na pomysł, jak wykorzystać jego talent fotograficzny dla dodatkowego zarobku. Traktuje młodzieńca jak syna i wszystko szłoby świetnie, gdyby nie zawiłości ludzkiego charakteru i fakt, że z rodziną, zwłaszcza tą mafijną, najlepiej wychodzi się, nomen omen, na zdjęciach.
Wojciech Chamier-Gliszczyński w swoim brawurowym debiucie z lekkością prowadzi czytelnika przez półświatek międzywojnia, doprawiając całą historię solidną dawką humoru i groteski. Pod powierzchnią tej surrealistycznej prozy kryją się jednak poważne rozważania na temat moralności, ludzkiej natury i tożsamości, a zwłaszcza skłonności człowieka do czynienia zła.
Lubię robić zdjęcia Tajfunowi. W telefonie mam ich pewnie kilka tysięcy, bo śliczne to to i minki robi, i tak ładnie ziewa, paszczękę rozdziawia, turla się po podłodze w niezrozumiałym przypływie radości, na trawce siada dostojnie i władczo, a biel sierści uroczo kontrastuje z brunatną rzeczywistością. Niekiedy łapię się na myśli, że któreś z tych zdjęć, w czarno-białej tonacji, ilustrować będzie ostatni dzień naszej znajomości. Wspólne psioludzkie życie naznaczone jest czekaniem na jego koniec. W śmiertelność zwierząt wierzymy równie mocno jak we własną nieśmiertelność.
“Portrecista psów” Wojciecha Chamiera-Gliszyńskiego jest - przynajmniej dla mnie - powieścią o umieraniu, to rasowy mieszaniec traktatu filozoficznego i łotrzykowskiej historia opowiedziany w surrealistycznej tonacji, bo jak inaczej określić powieść, w której główną bohaterkę odwiedzają podporucznik Bernhard i chorąży Dehnel?
Polska w pierwszych dniach swojej niepodległości nie była krajem przyjaznym do życia. Zwłaszcza na właśnie co ustanowionym pograniczu, gdzie Niemcy i Polacy nagle znaleźli się po dwóch stronach, nie zawsze po tych, po których by chcieli. Ludzie z wojennej tułaczki wracają do swoich, nie-swoich domów, a niektórzy budują nową tożsamość, bo po wojnie przecież łatwiej. Robi tak główna bohaterka “Portrecisty psów”, która udając wdową po fotografie Dogsie przejmuje jego zakład w “dawnym mieście Konitz”. Na robieniu mieszczańskich portretów jednak się nie zna i potrzebuje pomocy. Na dane w prasie ogłoszenie zgłasza się tylko jeden sensowny kandydat. Syn Dogsa. On wie, że ona wie. Ona wie, że on wie. I nic - przynajmniej pozornie - sobie z tego nie robią.
Tak się zaczyna szalona opowieść o ludziach, którzy zaczną fotografować martwe psy, bo ludzie w tamtych czasach raczej nie fotografowali psów za życia, którzy założą dochodowe wydawnictwo z nieskromnymi zdjęciami pań, będą wodzić na pokuszenie i prowadzić szemrane interesy. Dodajmy do tej szalonej, mocno witkacowskiej w duchu (choć i Choromańskiego tu czuję) powieści kilka lesbijek, wędrowne cyrki, zawodowe morderczynie i filozofów z zamiłowaniem do entomologii. Dzieje się tu chwilami aż za dużo, ale taka konwencja. Chamier-Gliszczyński traktuje moment historyczny umownie, jako jedynie tło mające na celu pokazać, że nowa ojczyzna budowana jest na morderczych fantazmatach, a wola przetrwania jest ważniejsza niż etyka.
“Zabójstwo jako środek ostateczny”, “zabójstwo jako akt repulsywny i środek taktyczny”, takimi zdaniami kończy autor niektóre z rozdziałów powieści, w której obok opowiadania groteskowej historii przygląda się podejściu człowieka do śmiertelności, analizuje zło, bo wszyscy bohaterowie i bohaterki jego książki są źli, kłamią, oszukują, zdradzają i zabijają. Świat nie jest tu miejscem przyjemnego bytowania a walki o siebie, miłość, pieniądze, byt. “Portrecista psów” jest powieścią precyzyjnie zbudowaną, choć niekiedy może nadmiernie oddalająca się od narracji w stronę eseju filozoficznego, to skonstruowaną w sposób przemyślany i konsekwentny, co dostrzegamy zwłaszcza w zakończeniu, niosącym w sobie zaskakującą pointę.
To debiutancka powieść, choć czyta się ją jakby napisał ją literacki wyjadacz, dojrzały, świadomy swoich umiejętności twórca, sprawnie żonglujący konwencjami literackimi, oczytany filozof, złośliwy ironista. Wypełniona intertekstualnymi żartami, autoreferencyjna, bibliograficznie intrygująca, grająca prostackimi czasem schematami (mordercza lesbijka zakochana w zwiewnej Monie), które w surrealistycznej konwencji uchodzą i doskonale się czytają.
Chamier-Gliszczyński jest w “Portreciście psów” pisarzem wyjątkowo jednak nostalgicznym, w jakiś zaskakujący dla mnie sposób odtwarzającym literaturę sprzed prawie już stu lat, podrabiającym ją, bawiącym się jej konwencjami i konstrukcjami. To powieść tak o miłości jak i śmierci, czyli wszystkim tym, czym jest wypełniona psio-ludzka relacja. “Miłość na całe życie” w przypadku relacji zwierzoludzkiej jest miłością krótkookresową, tragiczną od samego jej zarania. Trawioną przeświadczeniem, że wystarczy chwila, jakaś roślinka niezjadliwa dla naszego wszystkożrącego kotka, jakiś odpad wynorany pod śmietnikiem, ból nie w porę odczytany.
“Portrecista psów” jest brutalny w swojej szczerości, ale na szczęście momentami ironiczny i - mimo pewnych dłużyzn eseistycznych - wciągający. Liczę na to, że podejmiecie próbę zderzenia się z tą powieścią, bo o tym, że w przyszłym roku będzie nominowana do wszystkich nagród “za debiut”, jestem już przekonany.
(dnf) JEZU. Co za dziwna książka. Nie jestem w stanie jej skończyć. Na początku chciałabym zaznaczyć, że WYBITNIE podoba mi się pióro autora. Ma bardzo ciekawy styl pisania, kojarzący mi się z czasami przedwojennymi (i w takich też dzieje się akcja książki). Dzięki niemu przez książkę z przyjemnością się płynie. W związku z tym od samego początku miałam wysokie wymagania, zwłaszcza, że zarówno sam pomysł na postać portrecisty psów, jak i wydanie książki (okładka - sztos!) bardzo mnie zaciekawiły. Tutaj pozytywy się kończą - po przeczytaniu prawie 80% NADAL nie wiem dokąd to zmierza. Główna bohaterka - dziwna, ekscentryczna, trochę niemożliwa do wyobrażenia postać, ale okej, może taka miała być. Dużo zabijania, dużo creepy sytuacji i opisów, które nie do końca rozumiem (przepis na potrawę z człowieka? wtf, autorze?). Tytułowego portrecisty psów w zasadzie w książce za wiele nie ma. Jest za to mnóstwo filozoficznych wynurzeń na temat istoty zła, które sprawiają, że mam ochotę uderzyć się w łeb za to, że wydałam na tę lekturę 40 złotych. Fabuła nie trzyma się kupy - nawet ciężko mi powiedzieć o czym ta książka jest. Czuję, że to niesamowicie zmarnowany potencjał na coś fajnego. „Portrecista psów? Przecież to brzmi super, każdy by chciał przeczytać książkę o kimś takim.” Jednak nie. Dla mnie dwie gwiazdki tylko za dobre pióro i przystosowanie stylistyki języka do realiów międzywojennych.
The only plus is that it's not too long. It doesn't make a lot of sense. Set of vilence scenes mixed up with cheap philosophy not really linked to the plot. Castration complex of the author is quite clear, he obsessively repeats the information about it.
Rewelacyjne pióro i lekkość w opisie rzeczy nader nie lekkich. Piękny styl literatury właśnie przedwojennej, przesmaczna jak dla mnie ironia oraz secie rodzaju pieszczota i rozkosz z przygotowywania potraw jakże „oryginalnych” (bardzo mnie to z Delicatessen się skojarzyło). Ponadto traktaty o Bogu, złu i nicości... Hm, dodają powagi, choć też traktowałam je z przymrużeniem oka, jako że wszystko według filozofii wydaje się względne, a punkt widzenia i racja zależą w dużej mierze od interpretacji i okoliczności. Acz nie ukrywam, że zakończenie rozczarowało nieco, choć nie będę psuć czytelnikom „niespodzianki”.
Czwarta z ośmiu książek nominowanych do nagrody Artrage. Czyta się relatywnie dobrze ale mam wrażenie, ze to już wszystko kiedyś było. Widzę zwłaszcza podobieństwo do książek Thomasa Harrisa, i to tych gorszych czyli Hannibala i Hannibal Rising. I to nie ze względu na wspominany miejscami kanibalizm, tylko na potrzebę przesadnego szokowania. Nie wiem czy nie ma tu tez przy okazji lekkiego ślizgania się po transfobii, ale to już nie mnie oceniać. Na pewno są osoby, którym Portrecista psów się będzie podobać.
Jedna z najbardziej miernych książek jakie ostatnio czytałam. Pierwsze 30-40 stron dobrze zawiązuje ciekawa akcję, ale wszystko co dzieje się później jest całkowicie bezbarwne i jedynie sili się na bycie ciekawym lub choćby zaskakującym. Niestety przetykanie fabuły dziwnymi kanibalskimi przepisami kulinarnymi albo pseudo filozoficzne sceny, sprawiły, że żałuje decyzji o przeczytaniu tej książki. Przeczytałam do końca wyłącznie dlatego, że nigdy nie porzucam książek, które rozpoczęłam czytać. Nie polecam
Kanibalizm, pornografia, morderstwa i trochę filozofii. Ciekawie poprowadzona fabuła, czas i miejsce akcji moim zdaniem bez większego znaczenia (no ok, koniec wojny jako okazja do nowego początku w powojennym zamieszaniu, ale bez większej głębi, atmosfery i szczegółów historycznych), bohaterowie opowiedziani i dość płascy (czy w ogóle ma znaczenie, że główny bohater jest kobietą?), ale całość się broni jako zgrabna, trochę makabryczna, historia. Podobało mi się, ale nie jestem przekonana czy wiele we mnie po tej lekturze zostanie.
Książka jest debiutem, gratuluję serdecznie. Brawo za bardzo dobry język, oczytanie i ciekawą historię. Zabrakło mi autentycznego turpizmu, byłem też nieco przytłoczony interdyscyplinarnymi wstawkami z najróżniejszych dziedzin: żeglarstwa, filozofii, systematyki roślin i zwierząt, języków obcych i innych. Less is more.
Czy szefowa zakładu fotograficznego może przyrządzać potrawy z ludziny? Tu znajdziesz parę przepisów. I intrygi na Śląsku doprawione lupanarami oraz gwałtownymi zgonami.
“Portrecista psów” to debiutancka powieść polskiego autora Wojciecha Chamiera-Gliszczyńskiego. Kocham psy, więc kiedy przeczytałam tytuł powieści, pomyślałam, że tekst będzie o nich. W rzeczywistości dostałam pornografię, morderstwa i trochę filozofii. Częściowo jest to też książka kucharska dla kanibali. Nie tego oczekiwałam od utworu.
Wędrując wraz z bohaterami po misternie utkanej przez Chamiera-Gliszczyńskiego fabule, czytelnik odkrywa międzywojenny świat Zachodu Polski. Bardzo zainteresował mnie obraz głównej bohaterki, wywołuje we mnie zróżnicowane emocje. To rodzaj “femme fatale” z nutami kanibalizmu. Kiedy dowiaduje się o jej sekretnym hobby zabijania ludzi, nie chce się jej spotkać. Ta-której-imienia-nie-znamy jest zachwycającą osobowością, na jej tle nawet inny bohater z nietypową pasją, Martin Dogs, nie wygląda jak główny. Ale te cechy charakteru nie są afirmacją naszej bohaterki. Nie popieram jej działań, ale nadal jej współczuję. Autor zrobił to, co chciał. Ta kobieta jednocześnie przyciąga i odpycha czytelnika.
Kolejnym bohaterem, którego chciałabym wyróżnić, jest Achilles Memling. Nadal nie do końca rozumiem, w jakim celu autor stworzył tę postać. Możliwe, że w celu przekazania czytelnikowi kilku filozoficznych postulatów. Niemniej pod koniec książki obraz Achillesa, a konkretnie jego śmierci, rozwija się ciekawie. Jak trafnie podkreśla autor: „Nie wierzył w śmierć, ale jednocześnie za nią tęsknił”. Wywarło na mnie wrażenie to, że w ostatniej chwile chwili życia bohater zacytował Epikura: „Póki jesteśmy, nie ma śmierci, gdy jest śmierć, nie ma nas”. To zdanie daje dużo do przemyślenia.
Chamier-Gliszczyński dobrze posługuje się językiem, spodobał mi się jego czarny humor. Przeczytałam na głos współlokatorce niektóre fragmenty utworu, abyśmy mogły się z nich razem pośmiać. Autor nie pokazuje, co jest dobre, a co złe, zaciera granice między tymi pojęciami. Daje nam możliwość wyboru, które pojęcie jest bliższe naszemu światopoglądowi. Potwierdza to fakt, że główna bohaterka jest narratorką.
Chciałabym pochwalić ilustratora, autorkę okładki. Bardzo spodobała mi się psia wersja Thomasa Shelby'ego z "Peaky Blinders". Rezonuje również z faktem, że głównym bohaterem powieści jest żeńska wersja Hannibala Lectera.
Muszę przyznać, że jest to jedna z najdziwniejszych książek, jakie w życiu przeczytałam. Myślę, dlatego, że autor chciał wylać na papier wiele swoich pomysłów: morderstwa, prostytucja, pornografia, fotoatelier, przemyślenia na tematy religijne i filozoficzne, kradzieże, martwe psy, oszustwa, podmiany... Nie udało mu się jednak poukładać wszystkiego do końca, więc tekst okazał się czymś w rodzaju plątaniny z wątków fabularnych, doprawionej różnymi dewiacjami. Taka wielowątkowość wciąż nie daje mi możliwości określenia tej powieści, jako arcydzieła. Fakt, że “Portrecista psów” ma niższy rating na Goodreads niż fanfiction o Harry'm Stylesie, sprawia, że zastanawiam się, czy kiedykolwiek przeczytam tę książkę ponownie. Raczej nie.
Szczypta ironii i grotesku, pół szklanki psów, łyżeczka morderstw, wiaderko dramatu i mięso człowieka. “Portrecista psów” - to niezły wybór książki na wieczór, zostawia człowieka z poczuciem czytelniczego spełnienia, chociażby z tego powodu, że jest wspaniała językowo. Bon appétit!
Po zakończeniu I Wojny Światowej, do opuszczonego zakładu fotograficznego na Pomorzu wprowadza się tajemnicza kobieta - złodziejka, paserka i morderczyni. Wkrótce trafia tam również Dogs - fotograf o specyficznych upodobaniach. Mimo, że okazuje się on być synem nieżyjącego właściciela zakładu, główna bohaterka postanawia pozostawić go przy życiu. Po pierwsze, sama nie zna się na fotografii, a po drugie, ma wobec niego nieco inne plany.
"Portrecista psów" to bardzo dziwna powieść, pełna czarnego humoru i czarnych charakterów. Jej niewątpliwą zaletą jest styl autora, jednak w tym przypadku treść nie nadążyła za formą. Mój początkowy entuzjazm szybko zaczął zmieniać się w uczucie przesytu. Z jednej strony bardzo dużo w niej dosłownych, makabrycznych opisów, a z drugiej, pełno filozoficznych wywodów, które nie skłaniają do głębszych przemyśleń. Ta książka miała być szokująca i taka jest, ale tylko do czasu, gdy zdamy sobie sprawę, że kręcimy się w kółko i wyczekujemy końca. Nie odradzam jednak lektury - na pewno zasługuje na uwagę chociażby przez wzgląd na świetne pióro autora i niebanalny pomysł. Bardzo mnie ciekawi, co autor ma jeszcze w zanadrzu :)