Ania (imię zmienione), lat 12, wyciem obudziła w środku nocy rodziców – wcisnęła się w rogu pokoju, który cały był zasłany papierkami. Odwieziono ją do szpitala dziecięcego. Tam się cięła, truła lekami, aż wreszcie odmówiono jej dalszego leczenia.
Dla Marysi, lat 15, nie było miejsca na oddziale młodzieżowym w innym szpitalu, więc przyjęto ją na oddział dla dorosłych. W nocy została zgwałcona przez jednego z pacjentów. W tym czasie opiekę nad ponad czterdziestoma pacjentami sprawowały dwie pielęgniarki – ponoć dla bezpieczeństwa zamykały się na klucz w dyżurce.
Milo (lat 23), nie do końca wiedział czy jest chłopakiem, dziewczyną czy kimś pomiędzy tymi płciami. Dziadek odpowiedział mu, że zrobi z niego mężczyznę. Milo skoczył z mostu.
Jakubowi (imię zmienione), lat 17, pełnemu wahań, lekarz zalecił seks z ukochaną dziewczyną, zamiast – jak się wyraził – filozofowania. A że Jakub później ze swoją dziewczyną się pokłócił, więc skoczył z okna.
I tak dalej, i tak gorzej…
Zaczęło się od reportażu „Miłość w czasach zarazy” w Onecie, w którym Janusz Schwertner opisał jeden z dramatycznych przypadków niedostosowania psycho-płciowego młodych ludzi. Oto nastoletnia Wiktoria poczuła się chłopakiem, została Wiktorem, ale szczucie środowiska i represyjność systemu zadziałały – Wiktor skoczył pod pociąg metra. Jego przyjaciel Kacper, mający podobne problemy, na szczęście został uratowany, choć z trudem przetrwał pobyt na oddziale dziecięcej psychiatrii.
Gdy podsumować tego typu wypadki, okaże się, że Polska zajmuje drugie miejsce w Europie pod względem samobójstw dzieci i młodzieży poniżej 19. roku życia. Zabijają się, bo sobie nie dają rady, a wokół są otoczeni morzem niechęci i nietolerancji wobec Innych. A gdy do tego dodać niewydolność służby zdrowia, tępą opresyjność szkoły, pokrzykiwania polityków i kościelne szczucie, to w efekcie co dziesięć lat znika małe miasteczko, pełne wrażliwych, ciekawych i inteligentnych młodych ludzi, przed którymi całe życie.
Jeśli to ten czas, kiedy wszystkie kończyny już opadły, niemoc hula, nie chcecie ryzykować (ponownego) zdołowania się przez polską rzeczywistość i (ponownego) zapłakania z bezsilności, to nie czytajcie. Ale jedno robić trzeba. Rozmawiać o depresji. Niestety 3* między innymi za demonizowanie farmakologii.
Skończyłem czytać. Czytałem też ten artykuł, który zainspirował książkę "Miłość w czasach zarazy". Jestem osobą, która przeszła to wszystko co tu jest opisane i to nie jest książka dla mnie. To książka dla typowego Kowalskiego, żeby mógł powiedzieć "straszne". Jestem zażenowany ale nie jestem zaskoczony. Autor napawa mnie niechęcią. Pół książki masturbuje się do własnej osoby, życzy ludziom odwagi, sam ani razu nie mówi wprost o tym jak zła jest homofobia, transfobia... opisuje tragedię osób transpłciowych w tym kraju, a widać że nie poświęcił kwadransa na poznanie chociażby terminologii. Pisze o "zmianie płci", pisze o "chłopcu, który wtedy był jeszcze dziewczynką". Ale nie rozmawia z tymi osobami, nie tak naprawdę, za to z lubością przytacza maile, które dostał, bo kogoś wzruszył jego artykuł. I to, że w domu wychowano go tak by bronił słabszych. I potem pyta pacjentów o sprawę gwałtu, tego, który został nagłośniony akurat, a nie o nich samych. Nie myśląc nawet, co takie pytanie może wywołać, jak niewrażliwe jest. Nie pozostawia mi złudzenia, że w jakimkolwiek stopniu chodzi mu o chore dzieci. Nie, chodzi mu o to, żeby siedemdziesiąt cztery razy wspomnieć o materacach ubrudzonych krwią na oddziale, bo w jego prostym umyśle utarło się, że to będzie ten szokujący obraz, że to ma czytelnik zapamiętać.
Ocena: Naprawdę ciężko mi ocenić, bo mam skrajnie mieszane odczucia, więc niech będzie 3 Wrażenia: Z jednej strony książka bardzo potrzebna. Psychiatria dziecięca jest naprawdę w opłakanym stanie. Sytuacja tęczowych dzieciaków - wszyscy wiemy, jak teraz wygląda, szczególnie w czasach nagonki na LGBT, odczłowieczania, nazywania "zarazą". Niedawno samobójstwo popełnił kolejny dzieciak. Z drugiej strony jest tam straszna stygmatyzacja leczenia farmakologicznego. Używanie sformułowań "faszerowanie lekami" czy tekst, że "często ich opieka sprowadza się do wypisania jakiejś chemii" nie są w porządku. Tak, psychoterapia jest tak samo ważna jak leczenie farmakologiczne. TAK SAMO WAŻNA. Faszerować to można papryczki ryżem i pieczarkami (polecam), a nie dzieci lekami często ratującymi życie. Poza tym robienie z psychiatrów dziecięcych pazernych świń, co to biorą 200 złotych za 20 minut, bo nie wypada co roku nie zmienić samochodu - serio? Są bardziej dochodowe specjalizacje. Z moich znajomych ze studiów i innych znajomych lekarzy tylko dwoje robi/ło specjalizację z psychiatrii dziecięcej (małe zainteresowanie - praca obciążająca psychicznie, ciężka, niewdzięczna), a kto chciał "trzepać kasę", ten w życiu by nie brnął w taką specjalizację. Uważam, że to cholernie krzywdzące i nie w porządku. Dla kogo: Dla rodziców, szczególnie tęczowych dzieciaków.
Sięgając po tę książkę zaczęłam się zastanawiać, czy to aby na pewno dobry moment na jej przeczytanie. Potem doszłam do wniosku, że nigdy nie będzie odpowiedniego momentu. Trochę się zmagałam z treścią tej książki. Ogrom cierpienia i niezrozumienia, z jakim spotykają się cierpiące na zaburzenia psychiczne dzieci i ich rodziny, jest przytłaczający. Braki kadrowe, szkoleniowe i finansowe są dużym problemem, ale największym jest brak empatii. Bo zamiast uczyć tolerancji, empatii i akceptacji w szkole uczymy dzieci pacierza. Choroby psychiczne to nadal w Polsce powód do wstydu, to nadal temat tabu. Winne jest społeczeństwo i Ci, którzy władzę sprawują. Według wskaźnika samobójstw wśród dzieci Polska jest na drugim miejscu w Europie, a telewizja Polska znalazła statystykę, według której jesteśmy dopiero na siódmym miejscu. Daleko poza podium, czyli można udawać, że problem nie istnieje, bo "w Polsce PiS jest fantastycznie, dzieciaki się nie zabijają i nie ma żadnej alarmującej sytuacji". W "Szramach" pada bardzo trudne pytanie: jak więc naprawić, by nie niszczyć? Nie milczeć. Rozmawiać. Słuchać. Edukować. Przede wszystkim akceptować.
„Szramy” poruszyły mnie mimo że zdaje sobie sprawę ze stanu psychiatrii dziecięcej w Polsce. O szpitalu w Józefowie niestety też wiele już słyszałam. Dobrze, że powstają takie książki i artykuły, bo tak jak powiedziano w książce, rządowi i firmom farmaceutycznym nie opłaca się inwestować w ten dział medycyny. Musimy wywrzeć na nich presję, a pierwszym krokiem zawsze jest podniesienie świadomości wśród społeczeństwa.
Drugim ważnym wątkiem było opisanie sytuacji nastolatków LGBT w polskich szkołach i instytucjach które zamiast pomagać w zachowaniu zdrowia psychicznego, niekiedy szkodzą przez brak odpowiedniej wiedzy i kompetencji. Sama zaczęłam myśleć o zdobieniu specjalizacji z seksuologii i pracy w tym obszarze.
Mam co do tej książki bardzo mieszane uczucia. Temat jest niezwykle istotny i palący, to bardzo ważne żeby krzyczeć o dramatycznej sytuacji polskiej psychiatrii dziecięcej i wyciągać to na światło dzienne. Bardzo cieszy mnie też oddanie głosu rodzicom i dzieciom, na pewno taka platforma była dla nich bardzo ważna, potrzebna i wspierająca. Najczęściej nikt ich nie chce słuchać, bądź czują, że muszą się wstydzić. Ale... Tu zaczynają się schody. Po pierwsze zupełnie nie kupuję pomysłu na formę tej opowieści. Jeden dziennikarz opowiada o pracy drugiego w trzeciej osobie, brzmi to trochę jak narrator z Polskiej Kroniki Filmowej, trąci myszką. Po drugie jest dla mnie za bardzo melodramatyczna, za mało faktograficzna. Od pary dziennikarzy piszących reportaż interwencyjny oczekiwałabym więcej solidnego researchu, liczb, statystyk, danych, przepisów, konkretów. Choćby w stosunku do metod leczenia - leki stosowane w psychiatrii często ratują życie, to nie jest „wstrętna chemia”, co tutaj często jest sugerowane.Poza tym jeśli ktoś wcześniej czytał artykuły Schwertnera na Onecie w zasadzie wie już wszystko, a jeśli piszemy o systemie to warto spojrzeć szerzej. Józefów nie jest jedynym problemem, warto było z niego wyjść, przejechać się do mniejszych miasteczek, poszperać głębiej, chociaż spróbować wejść na jakiś oddział. No i na tych oddziałach są nie tylko dzieci LGBT czy hiperwrażliwe, a to trochę wynika z książki, tu też można było spojrzeć szerzej. Dalej - ja wiem, że ***** *** i też nie mogę znieść tego co się dzieje w Polsce, ale załamanie psychiatrii dziecięcej to nie jest wina PiSu, powiedzmy to sobie szczerze. Żaden rząd nie interesował się tym tematem, każdy olewał tak samo, a obecna sytuacja to wynik wieloletnich zaniedbań i warto by to było zaznaczyć. W końcu, jeśli ktoś decyduje się pisać o osobach transpłciowych powinien poświęcić czas na konsultacje żeby wiedzieć jak to robić. Rozdział o Milo jest okropny, widać, że autorzy nie odnajdują się w inkluzywnym języku. „Młody mężczyzna szedł po moście” WTF? Misgendering po to, żeby za chwilę napisać „ uszanujmy jego wybór płciowości” i w końcu zacząć używać właściwych końcówek, jakby się robiło jakąś łaskę. Tych zgrzytów było sporo więcej. Reasumując - dobrze, że ta książka powstała, ale dla mnie jest ona tylko wstępem do rozmowy. Mam nadzieję, że ktoś jeszcze podejmie ten temat.
Kurczę nie jest aż tak wstrząsająca jak myślałam. Krytyczny stan psychiatrii dziecięcej jest ostatnio bardzo żywym tematem, więc nie widzę tutaj dużo nowości i elementów zaskoczenia. Oczywiście osobiste historie dotykały mojego współczucia.
Byłam w szpitalu psychiatrycznym na oddziale młodzieżowym i oczekiwałabym od tego reportażu więcej przykładów różnych ośrodków. Nie każda placówka tak wygląda, nie lubię takiej generalizacji.
Ośrodek, w którym byłam nie posiadał izolatki, miał kolorowe ściany, każdy miał swoje łóżko, na ścianach przyklejaliśmy swoje obrazki, mogliśmy mieć przy sobie mazaki, notesy, książki, był jeden telefon na ośrodek, można było zadzwonić do kogo się chce, odebrać od kogo się chce. Można było mieć swój własny telefon pod warunkiem, że nie miał dostępu do internetu. Nikt nie sprawdzał z kim rozmawiamy i o czym. Mieliśmy muzykoterapię, terapię grupową, nawet jednego dnia przyszedł mężczyzna z golden retriverem- dogoterapia. Wychodziliśmy na zewnątrz, graliśmy w siatkówkę.
Nie mówię, że problemu z polską psychiatrią dziecięcą nie ma. Problem jest i to ogromny, ale oczekiwałabym szerszej perspektywy. Gdy reportaż jest o 'polskiej' psychiatriii, gdy odnosi się do całego kraju, oczekuję, by opisano więcej przykładów, a nie jeden ośrodek,w dodatku skrajny, by wywołać więcej emocji.
Nie mniej jednak reportaż na pewno jest potrzebny, uwrażliwia, pomaga zrozumieć, zaakceptować innych, zobaczyć problem. Miejmy nadzieję, że szerząc świadomość faktycznie będziemy potrafili razem coś zmienić.
Zacznę od tego, że tematyka książki jest mi bardzo bliska i uważam, że problemy istniejące w polskiej psychiatrii powinny być szeroko nagłaśniane. Niestety nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ta książka jest napisana kompletnie bez przygotowania i ze znikomym zagłębieniem się w temat. Bo jak inaczej wytłumaczyć pisanie o osobach transpłciowych i używanie określenia "zmiana płci", "Chłopiec, który jeszcze wtedy był dziewczynką" czy mieszanie zaimków osób, o których autorzy piszą. Reportaż jest w moim odczuciu nierzetelny i napisany po łebkach. Autorzy powołują się na statystyki np. pisząc "statystycznie częściej samookaleczają się dziewczynki", aczkolwiek nie ma żadnej wzmianki co to są za statystyki, żadnego przypisu. Boli mnie bardzo jak ten temat został zrealizowany, ponieważ jest on trudny i cholernie ważny. Tutaj jednak przydałoby się więcej rzetelności a mniej szukania sensacji.
ALERT! Bardzo szkodliwa książka! Jestem lekarzem rozpoczynającym specjalizację z psychiatrii dziecięcej, dużo czasu spędziłam na takim oddziale (na zachodzie Polski, nie w Józefowie) ale to co tam jest opisane to jedno wielkie szkodliwe kłamstwo.
Autor książki - swoją bibliografię opiera na prywatnych e-mailach matek dzieci będących pacjentami lub na opiniach pacjentów. Żadnej rzetelnej wiedzy, jedno wielkie zero.
Fakt jest taki, że psychiatria dziecięca w Polsce jest bardzo zaniedbaną dziedziną medycyny. Brakuje specjalistów, oddziałów, szybkiej pomocy dla dzieci, które nie mogą czekać. I na tym trzeba się skupić w tym temacie. Co zrobić aby zwiększyć liczbę miejsc i osób które chcą pomóc dzieciom w kryzysowej sytuacji.
Przez cały czas stażu podyplomowego na oddziale psychiatrii dziecięcej nie spotkałam się z sytuacją, aby personel na dzieci krzyczał, używał przemocy fizycznej czy psychicznej.
Czytając tę książkę miałam ochotę rzucić nią o ścianę - tekst jak lekarze "faszerują" dzieci lekami, nie rozmawiają z dziećmi, zależy im tylko na nowych pieniądzach, autach, śmieją się z dzieci.... Serio? No nie, tak to nie wygląda.
Na oddziale każde dziecko ma przypisanego lekarza prowadzącego i psychologa. Rozmowa z lekarzem i psychologiem odbywa się średnio co 2 dni, a dziecko ma zawsze powiedziane, że tylko kiedy potrzebuje może przyjść i porozmawiać z lekarzem lub psychologiem.
Nie byłam na wszystkich oddziałach w Polsce, więc nie wiem jakie panują warunki ale opisana w książce fraza o "zaschniętej krwi od podłogi do sufitu", o prętach wystających z łóżek na których okaleczają się dzieci są dla mnie jednym wielkim absurdem.
Albo mój ulubiony fragment kiedy jedna z matek weszła na oddział, a tam dzieci w kółeczku siedziały i się wszystkie samookaleczały.
Na moim oddziale sale s�� ładne, 3 osobowe, kolorowe, każde dziecko może zawiesić sobie tam zdjęcia, przynieść maskotkę i mieć choć namiastkę swojego pokoju.
To specyficzny oddział na który faktycznie nie można wnosić różnych ostrych przedmiotów, z oczywistych względów. Więc opisane w książce oburzenie matek, że ich dziecko nie może mieć sznurówek, bo źli lekarze zabrali jest dla mnie absurdalne.
Pan autor narobił wiele złego pisząc takie "coś" - bo na miano książki to nie zasługuje. Czytając to, ludzie mogą zrezygnować z pomocy psychiatry co może mieć opłakane skutki.
Bardziej 2,5. Ściska za gardło, ale brakuje w wielu miejscach wrażliwości czy rzetelności (mimo dobrych chęci), by inaczej pisać o lekach (bez utrwalania stereotypów na ich temat), by nie używać niewłaściwego języka w odniesieniu do osób transpłciowych, by nie zniechęcać do szukania pomocy psychiatrycznej (w tym w szpitalach psychiatrycznych) - zastrzeżenia na końcu książki to trochę za mało.
Poza tym brakuje szerszego spojrzenia na cały tytułowy „psychosystem”, zarówno od strony statystycznej, jak i chociażby sprawdzenia i opisania, jak wyglądają inne placówki niż ta w Józefowie. Bardzo dobrze, że tak wiele uwagi poświęcają autorzy dzieciom LGBT i nienawiści, z jaką się one spotykają, ale nie tylko one jednak zmagają się z problemami ze zdrowiem psychicznym. O tym też dowiadujemy się z książki bardzo mało.
Moim marzeniem jest, żeby tę książkę przeczytało jak najwięcej ludzi, a zwłaszcza osoby posiadające dzieci lub planujące posiadanie potomstwa. Jako osoba, która sama wielokrotnie wykrzyczała w twarz rodzicom, że wolałaby się nie urodzić, rozumiem, jak wielkiej odpowiedzialności i odwagi wymaga opieka nad inną żywą istotą, zwłaszcza dzieckiem nadwrażliwym, dzieckiem o niestandardowej orientacji seksualnej, lub wreszcie dzieckiem, które w jakikolwiek inny sposób różni się od swoich rówieśników. Polskie dzieci z problemami psychicznymi balansują na cienkiej linie nad ogromną przepaścią; przepaścią, do której powstawania przyczynia się miedzy innymi szkoła, publiczny system opieki zdrowotnej, rodzice, rówieśnicy i wszyscy ci, którzy bagatelizują to, co dziecko czuje, którzy odmawiają traktowania go w sposób podmiotowy. Ta książka odbiera nadzieję, a jej lektura może być traumatycznym przeżyciem, jednak liczę na to, że być może pomoże komuś zrozumieć, co tak naprawdę jest najważniejsze i w co należy zainwestować nasz czas, energię i zasoby.
"Szramy. Jak psychosystem niszczy nasze dzieci" to reportaż, który rozłożył mnie na łopatki. Kiedy czytam o problemach dzieci, nie potrafię być obiektywna - przeżywam dwukrotnie bardziej. Jako nauczycielka, pedagożka, matka. Nie jest to książka idealna, ma swoje mankamenty, ale zawiera tyle ważnych treści, że przymknęłam na to oko. Polska rzeczywistość przeraża. Ludzie, którzy powinni pomagać dzieciom, niekiedy zamiast pomagać - doprowadzają do podjęcia ostatecznych kroków... od których nie ma powrotu.
Jako rodzic wystarczajaco przerażająca jest myśl o dziecku, które zmaga się z problemami psychicznymi, jednak książka ta ukazuje jeszcze większy dramat. To co się dzieje w polskich szpitalach psychiatrycznych dla dzieci i młodzieży, psychologia dziecięca i podejście lekarzy, nauczycieli itp jest jeszcze gorsze. Dlatego książka ta choć szokująca jest niezwykle potrzebna i ważna.
Bardzo ciężko mi się to czytało i chwilami musiałam odsunąć się na chwilę żeby emocje odpuściły i dopiero wrócić do czytania. Nie potrafię obiektywnie ocenić tego reportażu warsztatowo, ponieważ zbyt wiele własnych odczuć i doświadczeń widzę na kartkach i kolejnych stronach, ale naprawdę warto sięgnąć po lekturę tej pozycji, chociażby żeby zastanowić się chwilę i poczuć to co te dzieci
Ważna i bardzo potrzebna książka. Opisuje rzeczy absolutnie przerażające i wywołuje falę wewnętrznego gniewu. Jedyna wątpliwość, jaką mam, jest natury technicznej - do końca jasna była dla mnie relacja między dwoma autorami.
Można sporo zarzucić „Szramom” i wspomniane zarzuty znajdziecie w innych recenzjach, więc nie będę się powtarzać. Dla mnie ta książka jest ważna, bo utwierdza mnie w mojej życiowej drodze. Jestem mamą inteligentnego, niesamowicie fajnego i jednocześnie wysoko wrażliwego chłopca po medycznych przejściach, które zabrały mu pełną sprawność i to wystarczyło, żeby w grupie rówieśniczej z automatu stał się odmieńcem. Widziałam, jak ciężko było mu się odnaleźć w szkole (mimo że przyjaznej, z ciepłą kadrą) i jak bardzo szkoła nie radzi sobie z przejawami agresji, które zgłaszało moje dziecko. Zbyt wiele zamiata się pod dywan, a im starsze dzieciaki, tym gorsze rzeczy potrafią się dziać. Efekty możecie obejrzeć w „Szramach”. Mój syn jest już w ED i codziennie spotykam spokojnego, zrelaksowanego młodego człowieka, który świetnie rozwija się naukowo i wita każdy dzień z uśmiechem. Nie zdążyli go zniszczyć, ale mogło być różnie. Niestety, nie każda rodzina może sobie pozwolić na luksus alternatywnej edukacji, nie jest to również panaceum na całe zło ani najlepsza opcja dla każdego dziecka. Dzieci, które z różnych powodów (choć głównie okołoszkolnych) zmagają się z depresją i innymi problemami psychicznymi, w Polsce nie dostają żadnej sensownej pomocy, a warunki szpitalne są gorsze od tych w polskim więziennictwie. Bezradność rodziców wobec systemu łamie mi serce. Wygląda na to, że nie da się wybrnąć z tej beznadziejnej sytuacji.
W sumie po lekturze „Szram” człowiek czuje się jak wymięta ścierka, nie wiem, czy jest sens komukolwiek tę książkę polecać. Powinni ją przeczytać ci, którzy na losy rodzin dotkniętych takimi problemami mają jakikolwiek wpływ, ale przecież to się nie wydarzy.
Ogólnie wiedziałam, że nie jest dobrze z psychiatrią dziecięcą w Polsce, ale to przechodzi ludzkie pojęcie. Czytałam niedawno o szpitalu psychiatrycznym, więzieniu na wyspie Blackwell z XIX wieku i opisy szpitali, personelu oraz podejścia do pacjentów są złudnie podobne. Co za horror.
Z drugiej strony odnoszę wrażenie, że temat jest poruszany w typowo gazetowym stylu, nastawionym na szybkie i gwaltowne emocje u czytelnika, mało faktografii, brak pogłębienia, sporo uproszczeń i stereotypów, dużo o autorze, listy do redakcji...
❗TW: sam*oka*eczanie, samobó*stwo, przemoc, gwałt, choroby psychiczne
Co może być nie tak z książką, która przedstawia to, jak wygląda psychiatria dziecięca w Polsce? To, że nie przedstawia jak wygląda psychiatria dziecięca w Polsce.
To idealny przykład tekstu, który złudnie ma dać wrażenie obiektywnego, a w rzeczywistości argumentami popiera zdanie osoby piszącej. Zajęło mi 5 sekund, żeby sprawdzić, że w Polsce jest 35 oddziałów psychiatrii dziecięcej. Ile jest wspomnianych w książce? Trzy, z czego dwa z nich dosłownie raz. Równie dobrze tytuł mógłby brzmieć ,,Jak szpital psychiatryczny w Jaworznie niszczy nasze dzieci", bo to na nim skupiona jest cała uwaga.
Nie uważam, że problemu nie ma, ale nie podoba mi się takie subiektywne przedstawienie tematu i straszenie rodziców, bo domyślam się, że ta książka trafia głównie do rodziców. Bazując na jednym ośrodku, wszystkie ośrodki psychiatryczne dla dzieci są przedstawiane jako miejsce niebezpieczne, pełne przemocy, gwałtów, braku prywatności i szacunku.
Sama forma też mi nie pasuje, bo zaczyna się od tego, że ktoś chce dowiedzieć się czegoś na temat przemocy seksualnej wśród pacjentów tych ośrodków - czyli zrobić takie prywatne śledztwo. Potem dostajemy ileś historii (o których przeważnie było głośno w mediach) o dzieciach/nastolatkach, które trafiły do tych złych ośrodków, popełniły samobójstwo, doznały traumy, się samookaleczały itd. i że ogólnie jest źle. A przy tym wszystkim co chwilę trzeba powtarzać, że osoby LGBTQ+ to są nie szanowane i musi się to zmienić, bo te dzieci przez to sobie coś robią (Zabawne jest to, że teraz zauważyłam, że większość opisanych osób należała do tej społeczności, trochę to wygląda jak kolejne usiłowanie wpojenia odbiorcy zdania osoby piszącej). Po czym znów losowo wraca wątek "śledztwa" i pytania czy ktoś coś wie, ale nikt nic nie wie. Nie do końca to rozumiem, bo to są dwie różne sytuacje i dlaczego są upchnięte w jedno?
Czy warto przeczytać tę książkę? Nie. Jedyne, co można z niej "wynieść" to historie tych konkretnych osób o których pewnie większość słyszała.
mam bardzo mieszane uczucia co do tej książki… z jednej strony mówi o wielu ważnych tematach a z drugiej w jaki sposób mówi to momentami szkoda słów po pierwsze autor podważa sens farmakoterapii i mówi o „faszerowaniu proszkami”, mówi wyłącznie o skutkach niepożądanych, gdzie farmakoterapia jest tak samo ważna jak psychoterapia dodatkowo najazd na psychiatrów, (sama nie trafiłam do najlepszej i nie polecałabym tamtej pani doktor), ale ta książka odciąga nawet od chęci spróbowania sięgnięcia po pomoc, bo psychiatrzy w polsce nagadają bzdur, wypiszą pierwsze lepsze tabletki, ale ważne, ze ilość pieniędzy się będzie zgadzać i będzie nowy samochód… na pewno jest cześć takich lekarzy, ale to w każdej profesji, a nie tylko w psychiatrii !! było również podkreślanie, ze to nie psychoterapia, lekarze, leki, szpitale i szkoła pomogły tylko determinacja rodziców… wiadomo, ze rodzice są kluczowi i bez nich dziecko nie mogłoby otrzymać żadnej pomocy, ale sami rodzice nie zdziałają wszystkiego i mam wrażenie, ze autor poczuwa się, ze zrobił więcej dla tych dzieci jednym, swoją droga ważnym, tekstem niż cała psychiatria polska
mam świadomość, ze w aktualnym systemie jest bardzo dużo do poprawy, jest on właściwie do całkowitej zmiany, ale ta książka odpycha od myśli, żeby sięgnąć po pomoc w polsce i tę pomoc dawać, bo psycholodzy i psychiatrzy oraz instytucje, w których pracują są nastawione jedynie na zysk i ilość a nie jakość
na pewno jest to książka, która pomoże wielu osobom i da poczucie jedności, ale mi momentami brakowało opisania tego na chłodno
Mam duży problem z tą książka... Z jednej strony jest bardzo ważna, potrzebna i obnaża wiele istotnych czynników, które wpływają na stan psychiatrii dziecięcej w Polsce. Z drugiej strony, natomiast znajdziemy tam wiele momentów, które mogą być źle interpretowane. To co mi najbardziej rzuciło się w oczy to np. stygmatyzacja leczenia farmakologicznego "faszerowanie lekami". Tutaj problem jest taki, że leki często są konieczne i bardzo potrzebne, natomiast nie ZASTĄPIĄ Terapii - tego stwierdzenia zabrakło. Stwierdzenie, że "faszerowanie lekami" może mieć odwortny skutek do zamierzone. Sama pamiętam, jak bardzo bałam się brać leki (co przyczyniło się do dramatycznego pogorszenia mojego stanu) bo na czytałam się wielu mitów o nich. Druga rzecz to mocne ogólne stwierdzenie, że choroby psychicznej nie da się wyleczyć, a jedynie zaleczyć, co nie jest absolutnie prawda.
Koniec końców oceniam na 3⭐, potrzebna, ważna, ale w wielu momentach za dużo generalizacji.
Z przerażeniem czytałam tę książkę. Mam takie same wartości jak autor. Martwię się stanem opieki psychiatrycznej w Polsce. Boję się o młodzież (pracuję w liceum, więc jestem w temacie), przeraża mnie przemoc wobec osób queer i sama staram się wspierać takie osoby. A jednak sposób w jaki autor buduje narrację, jego poszukiwanie sensacji i nakręcanie paniki, ślepego obwinianiei unikanie jakiejkolwiek pogłębionej refleksji sprawiło, że czytałam książkę z obrzydzeniem. Nie warto.
Mocny wstęp, autorzy opisują jak leży polska psychiatria dziecięca. Jednak to nie jest pozycja dla wszystkich - na pewno nie jest pozycja dla tych, którzy musieli sami stoczyć walkę z tym systemem. Jest to raczej pozycja dla osób, bądź do osób, którym przyda się kubeł zimnej wody i zdjęcie klapek z oczu. Tak, młodzi mają problemy, tak mogą być zmęczeni życiem a ich młodość „cudownie” ich nie uzdrawia i nie zawsze muszą być „rozpieszczonymi gnojami”. Wielki plus dla autorów również za wskazanie iż żadna ze skrajności; czyli olewanie problemów dziecka jak i nadwrażliwość na każde jego kichnięcie jest zła.
Nie będę nawet próbować ocenić tej książki na podstawie "gwiazdek" - jest to dla mnie po prostu niemozliwe, nie jest to książka, która wymaga jakiejkolwiek oceny. Książka była dla mnie cięzka, mocna, chyba innymi słowami nie potrafię tego opisać, wieloma momentami chciało mi się płakać, a nawet sama analizowałam swoje lata jako dziecko czy nastolatką, co wprowadzało mnie w dziwny nastrój. Jednak pomimo tego książkę przeczytałam bardzo szybko.
Nie oceniam tej książki, jednak chce powiedzieć, że jest to pozycja warta przeczytania i warta uwagi.