„kim ja bym był, gdybym samolubnie wziął od ciebie to, co tak chętnie chcesz mi dać?”
no nie wiem, może normalnym człowiekiem, a nie robotem alkoholikiem?
z „patronem” zapoznałam się po raz pierwszy już dawno temu, gdy jeszcze publikowany był na wattpadzie. gdy został wydany w formie papierowej, pospiesznie zamówiłam swój egzemplarz, ponieważ zapamiętałam tę historię bardzo pozytywnie i chciałam wesprzeć autorkę. i tak, książka stała na mojej półce cztery lata, aż kilka dni temu z nudów postanowiłam po nią sięgnąć, by przypomnieć sobie, o co mi chodziło.
i właśnie tu tkwi problem. nie mam bladego pojęcia, co widziałam w tej książce, kiedy ukazywała się rozdział po rozdziale. na pewno jest to dowód na to, że płat czołowy naprawdę z wiekiem się rozwija, ponieważ byłam wtedy dużo młodsza i znacznie łatwiej było mnie zadowolić. mam jednak wrażenie, że nie jest to ta sama historia, jakby została ogołocona po drodze z wielu kluczowych elementów fabuły, które wówczas mnie urzekły. być może jednak tylko tak mi się wydaje i już wtedy ta książka była po prostu… o niczym.
mamy tu do czynienia z zakazanym romansem biurowym między dwojgiem prawników na różnych szczeblach kariery, jednak potencjał wynikający z umieszczenia akcji w kancelarii nie został praktycznie w ogóle wykorzystany. widać, że autorka nie zrobiła odpowiedniego researchu. rozumiem, że to debiutancka powieść, jednak na dobrą sprawę te same wydarzenia mogłyby się rozgrywać w jakiejkolwiek innej firmie, bohaterowie nie musieliby być prawnikami.
felicia to oczywiście klasyk - niepewną siebie dziewczyna świeżo po studiach, skrzywdzona w przeszłości, która rozpoczyna życie w nowym mieście. oprócz nowej pracy w renomowanej kancelarii prawniczej köster & thompson musi dorabiać śpiewając w restauracji przyjaciela, ponieważ jej zadłużona rodzina stoi na skraju utraty domu (co jest dość okrutne, ponieważ ona praktycznie utrzymuje sześć osób włącznie z sobą, nie mówiąc już o tym, że to dosyć nierealistyczne). dobrze się uczyła na studiach. wiele więcej powiedzieć o niej się nie da.
thomas, czyli nasz męski protagonista i szef felicii, opisany jest jako prawdziwa legenda branży, postrach sal sądowych i „bicz sprawiedliwości” (określenie użyte w książce), ale ma… dwadzieścia dziewięć lat. na dobra sprawę, on także jest nadal krótko po studiach i o ile jestem w stanie uwierzyć, że założył z przyjacielem własną kancelarię, gdyż oboje pochodzili z zamożnych rodzin, to jego sława w tak młodym wieku jest po prostu komicznie nierealistyczna, zwłaszcza w tak ogromnym mieście, jak nowy jork. rozumiem, że na wattpadzie panowała w tamtym czasie powszechna alergia na ludzi powyżej trzydziestego roku życia, jednak Thomas powinien być co najmniej dziesięć lat starszy, żeby ta książka nabrała jakiejkolwiek wiarygodności. pozostałe cechy charakteru thomasa to trudna przeszłość (nie zostaje ona do końca wyjaśniona przez całą książkę, bo po co), bieganie i siłownia, chamstwo, prostactwo oraz alkoholizm. perfekcyjny bohater romantyczny, nieprawdaż? on po prostu CIĄGLE CHLEJE. gdyby był prawdziwym człowiekiem, to już dawno powinien zostać wysłany na odwyk, ale ponieważ jest taki przystojny, to jest to zupełnie normalne, że na każdym spotkaniu towarzyskim nie wylewa za kołnierz. picie whisky z lodem jest przecież tak atrakcyjne.
ta recenzja robi się bardzo długa, lecz biorąc pod uwagę ilość zanotowanych przeze mnie błędów lub absurdów, musiałabym chyba napisać drugą książkę o takiej długości. wymienię więc najważniejsze z nich:
1. bohaterowie już na początku historii zaczęli wyjawiać sobie swoje najgłębiej skrywane sekrety. nie było to w żaden sposób uzasadnione i nie musieli tego robić w relacji szef-podwładna. to miało chyba popchnąć ich relację do przodu, ale thomas jeszcze długo po tym traktował felicię okropnie, więc na pewno dałoby się to zrobić lepiej.
2. bohaterowie notorycznie oblewają się napojami z wrażenia. wystarczy, że ktoś powie w rozmowie coś choćby odrobinę niespodziewanego, a oni już się krztuszą, oblewają kawą albo prawie rozlewają. takich scen było minimum dziesięć, przysięgam. zdanie: „z wrażenia prawie oblałam się [tu wstaw nazwę napoju].” będzie mi się śniło po nocach.
3. thomas użył raz określenia, że jeśli nie będzie dobrym prawnikiem, to czeka go karton pod mostem brooklyńskim. mój bracie w chrystusie, most brooklyński jest przerzucony nad rzeką east river, więc co najwyżej powinna to być kartonowa łódź. kolejny dowód, że autorka nie za bardzo wie, o czym pisze.
4. felicia ma dzielić z thomasem gabinet przez jakiś czas, ponieważ ten właściwy jest w remoncie. wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że w rozdziale 23. wspomniane jest, że remont dobiegł końca i felicia ma swój własny kąt, dwa rozdziały później dopiero się tam przeprowadza, a dwadzieścia stron później felicia znowu pracuje w gabinecie thomasa. rozdwojenie jaźni to mało powiedziane. autorka sama zapomniała, co napisała. GDZIE W TYM WSZYSTKIM KOREKTA I REDAKCJA?
5. kolejny element w fabule, który nie miał absolutnie żadnego sensu: na stronie 91. felicia wyznaje thomasowi, że śpiewa w restauracji, by pomóc finansowo rodzinie. wiele stron dalej, gdy po długiej nocnym występie przychodzi zmęczona do pracy, thomas mówi do niej, tu cytat: „NIE OBCHODZI MNIE, CO TAM ROBIŁAŚ! JEDNA PENSJA CI NIE WYSTARCZA?”. myślałam, że zacznę walić łbem o ścianę. żeby było zabawniej, felicia usprawiedliwia go słowami: „nigdy nie powiedziałam thomasowi wprost, że oddaję większość pieniędzy rodzicom (…)”. DOSŁOWNIE POWIEDZIAŁAŚ NA STRONIE 91. może nie dokładnie tymi słowami, ale jakie to ma znaczenie. autorka zapomniała, co napisała w swojej własnej książce.
6. wspomniane jest, że przyjaciel felicii alexander (właściciel restauracji, gdzie dziewczyna śpiewa), dystansuje się od niej i ,chyba ukrywa jakiś sekret. co więcej, na samym początku książki to on błaga thomasa, by zatrudnił felicię. ostrzega też felicię przed thomasem, mówiąc, że on ją źle potraktuje. czy cokolwiek z tego się wyjaśnia? absolutnie nie, po co drążyć temat.
7. przez większość książki nic romantycznego nie działo się między felicią a thomasem, a wszyscy wokół plotkowali, jakby dosłownie przyłapano ich na seksie w gabinecie. otóż nie. nie było nawet niczego do ukrycia, a sami zainteresowani chodzili jak kot z pęcherzem. zero namiętności między nimi, zero jakiejkolwiek chemii. najmniej romantyczny romans, jaki czytałam od dawna.
8. thomas zaszczycił nas takim oto zdaniem po zakończeniu posiłku w azjatyckiej restuatacji przyjaciela felicii (innego niż ten od sekretów): „było zadziwiająco smaczne, żółtku.”. pozostawię to bez komentarza, bo ręce mi opadły. potem jeszcze pojawia się „myślę, że pan żółtek mnie nie lubi.” I WONDER WHY
9. młodsza o 12 lat siostra thomasa opowiada żenujące historie z jego dzieciństwa, gdzie wtedy nawet nie było jej na świecie, więc jakim prawem ona może to pamiętać XD
10. felicii przyjaciel gej wstydzi się przyjąć z chłopakiem na bankiet świąteczny. w nowym jorku w XXI wieku. autorka chyba zapomniała, że akcja powieści nie dzieje się w polsce i tam nikt nie powiedziałby złego słowa, zwłaszcza w wykształconym środowisku.
mogłabym wymieniać jeszcze wiele, ale nie mam już siły. muszę (bo się uduszę) jednak skrytykować jeszcze sposób napisania tej książki. wiele scen było pourywanych, skróconych i ich potencjał był całkowicie zmarnowany. felicii zalało mieszkanie i spędziła dwa tygodnie pod dachem thomasa. jeśli łączyła ich tak wielka namiętność, to może warto byłoby opisać cokolwiek z tego czasu? otóż nie, dostaliśmy tylko pierwszy wieczór, a potem skok czasowy, kiedy jest już po wszystkim. jak mam uwierzyć, że buduje się między nimi tak płomienne uczucie, skoro nic się między nimi nie dzieje w czasie, kiedy najbardziej można by się było tego spodziewać? podobnie było, gdy bohaterowie pojechali razem na ślub kuzynki felicii lub na firmowy wyjazd integracyjny (który najpierw miał być nad jeziorem, a potem nagle byli w górach). PRAWIE NIC SIĘ TAM NIE DZIAŁO. to po co te elementy fabuły? po co strzępić ryja?
sceny zbliżeń kiepskie, mechaniczne i opisane właściwie tylko z perspektywy thomasa. jeśli ktoś pomyślałby, że warto jest przeczytać tę książkę tylko dla nich, to zdecydowanie odradzam.
zakończenie komiczne i nastawione na kolejną część, którą być może, za jakiś czas, przeczytam dla świętego spokoju. żaden żywy człowiek nie podejmuje jednej decyzji tylko po to, by za pół godziny zmienić zdanie o 180 stopni. dlatego uważam, że thomas jest robotem alkoholikiem. zachowuje się, jak robot zaprogramowany na dany algorytm, bez żadnych refleksji, no i ciągle ma w ręku szklankę bUrSzTyNoWeGo PłYnU.
podsumowując: „patron” eliany lascaris to świetna pozycja dla wszystkich, którzy chcą się przekonać, jakie skutki może mieć nadużywanie alkoholu!