Pośród sinej mgły pragmatyzmu, pośród oparów prawdopodobieństwa gdzieś wśród ideałów zdrowia i higieny, gdzieś pomiędzy tym wszystkim niczym zapomniane słowo, jak cień pośród nocy ledwo słyszalny głos. Wciąż tląca się nadzieja nieśmiertelności.
Wyśmiane i odrzucone, mordowane na nowożytnych kartach rozpraw naukowych przez ludzi opętanych zdrowym rozsądkiem. Przebijane sztyletem rozumu, wciąż żarzy się jej kryształowe jądro.
W złogach rezygnacji, pośród zmarszczek, jako odbicie w starych oczach, w siwych włosach i w drżeniu dłoni tli się ostateczne marzenie.
Pośród kukieł i strachu niedoczytane słowo zagubionego manuskryptu.
Przeszłość, przyszłość i teraźniejszość zderzają się w pogoni za nieśmiertelnością. Co kryje tajemnica manuskryptu za którym podążają ludzie, którzy zdawałoby się, od dawna już powinni leżeć w grobach.
Któż z nas nie pragnie nieśmiertelności? Żyć wiecznie, cieszyć się pełnią jestestwa… Przeżywać, doświadczać, gromadzić. Wizja setek lat wypełnionych błogą beztroską kusi, prawda? A i owszem, więc przyciąga ona także bohaterów ,,Manuskryptu’’, którzy zrobią wszystko, by objąć w posiadanie tajemną wiedzę. Na kartach pradawnej księgi wyryta jest nauka o nieprzemijalności człowieczego żywota, ale by ją pozyskać… Trzeba złożyć pewien dar. Dlatego nie obejdzie się bez ofiar, krwi, eliksirów, alchemicznych symboli, czarnoksięskich zaklęć oraz bluźnierczych obrzędów. Jednak czym to jest w porównaniu z wiecznym bytowaniem?
Rok rocznie literacki światek zostaje zalany falą debiutanckich powieści. Akurat w tym sezonie prym wiodą polskie nazwiska. Doskonale potwierdza to oferta katalogowa jednego z moich ulubionych wydawnictw. Vesper w 2020 postawił na rodzimą twórczość, dzięki czemu Możdżeń, Sablik, Bielawski, Urbanowicz, jak również całkiem świeży Wojciech Uszok, mogli przywitać się po raz pierwszy (no dobrze, prawie po raz pierwszy…) z czytelnikami. Były to spotkania niezwykle zaskakujące, ekscytujące i co najważniejsze – zachęcające do sięgania po polskie. ,,Manuskrypt’’ Pana Uszoka ciąg owych literackich schadzek zamyka pozostawiając za sobą… No właśnie, co? Nad tym jeszcze rozmyślam.😊
Powieść ta zapowiadała się absolutnie intrygująco. Co prawda opis umieszczony z tyłu książki niewiele zdradzał, ale tytuł oraz oprawa graficzna nasuwały tylko jedno skojarzenie – z pewnością przeczytam historię o poszukiwaniu receptury na nieśmiertelność. Pierwszy rozdział otwiera uroczy obrazek. W swej pracowni pewien mistrz alchemii pochyla się nad ciałem rozpiętego na drewnianym stole młodzika. Nagi, skrępowany chłopak leży u bram śmierci. Z palca starca wysuwa się długi, ostry pazur i wtem… Poczytajcie sami! 😊
Opowiadając po krótce o tym fabularnym epizodzie, chciałam koniecznie nakreślić klimat ,,Manuskryptu’’. Przedstawione powyżej widowisko znakomicie to ukazuje; niezwykle mroczna, nastrojowa, pełna napięcia i zapadająca w pamięć scena. Autor pięknym, chociaż może odrobinę wymagającym językiem maluje ponurą rzeczywistość, wyjątkowo skupiając się na wydarzeniach pochodzących z przeszłości.
Książka została bowiem podzielona na trzy linie czasowe – tą z 1621 roku, nieco późniejszą z 1945 oraz całkiem współczesną z 2013. I o ile ta pierwsza jest jedynie zalążkiem historii opowiadającej o starodawnej księdze, o tyle kolejne dwie poświęcają jej znacznie więcej uwagi. Niestety nie wystarczająco dużo.
Coś w tej powieści wyraźnie zgrzyta. Mam wrażenie, że Uszokowi zależało na stworzeniu tajemniczej historii, której wątki czytelnik połączy w swoim czasie. Tylko, że…ten czas nie nadchodzi, a my jedynie możemy domyślać się dalszego rozwoju wydarzeń. Wiemy, że jest jakiś manuskrypt (ale jaki konkretnie?), wiemy też, że odkrywa tajemnicę nieśmiertelności (w jaki sposób?) i że jacyś ludzie (czyli kto konkretnie?) pragną ją zdobyć. Niedopowiedzenia, niewyjaśnienie istotnych aspektów, urwane wątki… No nie wygląda to dobrze, prawda? A oliwy do ognia dolewa otwarte zakończenie.
Cóż... Nie było źle, jednak liczyłam na więcej. Tym bardziej, że to naprawdę niewielka objętościowo książeczka, więc niektóre niedociągnięcia z łatwością można byłoby wyłapać zamieniając je w mocne strony. Wojciech Uszok niezaprzeczalnie posiada talent, świetny warsztat pisarski oraz jak widać – głowę pełną pomysłów. Mam nadzieję, że w przyszłości będę miała przyjemność przeczytać kolejną powieść jego autorstwa. Wystarczy jedynie odrobina szlifów.
Od kiedy Vesper zaprezentował intrygujący opis i przykuwającą wzrok okładkę “Manuskryptu” nie mogłam się doczekać aż w końcu debiut Wojciecha Uszoka trafi w moje ręcę. Zaryzykuję stwierdzenie, że była to jedna z najbardziej przeze mnie wyczekiwanych premier 2020 roku. Przecież spójrzcie na tę okładkę! Sugeruje literaturę grozy z motywami okultystycznymi, ponurą i gęstą. Dodajmy do tego elementy powieści historycznej za sprawą akcji rozgrywającej się na trzech płaszczyznach czasowych i voila - oto właśnie przepis na horror idealny! Ale chwila - jakiej akcji? I tu przechodzimy do głównej słabości książki, która przecież zapowiadała się znakomicie. Totalny brak dynamizmu, niemożność zaangażowania czytelnika w historię, liczne dłużyzny i fabuła wlecząca się jak przymulona dżdżownica. Chociaż w kontekście tego przewodnika o koniach (przepraszam POWIEŚCI GROZY) chyba trafniejszym porównaniem byłoby - jak wyjątkowo ociężały koń pociągowy. Gdyby “Manuskrypt” był koniem to zdecydowanie powolnym Poitevinem, a nie zwinnym kłusakiem.
A sam początek absolutnie nie zapowiadał późniejszej nudy, bo zaczęło się niczym u Hitchcocka od trzęsienia ziemi dającego złudzenie, że oto mam przed sobą rasową pełnokrwistą powieść grozy. Jednak Wojciech Uszok angielskiego mistrza dreszczowców słuchał tylko jednym uchem i dalszą część o nieprzerwanym narastaniu napięcia pominął. Znacie tę piosenkę Wilków z refrenem “myślę, że nie stało się nic”? Przy czytaniu “Manuskryptu” mogłabym zaśpiewać z Robertem Gawlińskim - “myślę, że nie DZIEJE się NIC” (swoją drogą wers “a teraz jestem tu, ludzi tłum” gdyby go lekko sparafrazować też pasowałby idealnie - “A teraz jestem tu, KONI tłum”). Przez 3/4 książki miałam wrażenie jakbym czytała wyjątkowo długi i rozwlekły wstęp do właściwej powieści. Ciągle liczyłam na rozwinięcie akcji i kiedy już zaczęłam tracić nadzieję - cud! - fabuła się rozkręca, w końcu zaczyna się dziać coś konkretnego. Ale to dopiero na ostatnich ostatnich stronach. Gdybym wcześniej nie sprawdziła ile stron liczy “Manuskrypt” to przypuszczałabym, że trafił mi się wadliwy egzemplarz - z niewydrukowaną całą obszerną środkową częścią książki. Bo te zakończenie pomimo, że wartkie to też jakieś rewelacyjne nie było - zbyt nagłe, trochę na siłę. Szału nie ma.
Szału nie ma też jeśli chodzi o postaci. Myśleliście, że tylko akcji zabrakło w “Manuskrypcie”? A no nie tylko - bo i bohaterów ani widu, ani słychu. Tzn. występują w powieści Uszoka ludziki, a właściwie papierowe kukiełki - bo żeby mieli jakiś charakter, osobowość, żeby ich jakoś dokładniej wykreować? A po co tracić na to obszerne fragmenty skoro tu taki piękny, misternie zdobiony gzyms czy cwałujące zgrabne konie można opisać.
Żeby nie było, że tylko narzekam i krytykuję, że wszystko źle i w ogóle same mankamenty to muszę podkreślić, że “Manuskrypt” od językowej strony prezentuje się wyśmienicie. Uszok ma znakomity warsztat i posługuje się przepiękną polszczyzną - co tym bardziej zaskakuje i zasługuje na uznanie, że autor jest debiutantem. Jednak co z tego, że język wyrafinowany i poetycki, opisy architektury i przyrody, których nie powstydziłaby się Orzeszkowa jeśli całość kolokwialnie mówiąc - wieje nudą. Ale te opisy przyrody to naprawdę bardzo ładne. No, i konie fajne.
Dziś w roli głównej Manuskrypt. Przez okładkę, na pierwszy rzut oka, mogłoby się wydawać, że to klasyk. Ta ilustracja, czcionka i układ tekstu - mój ulubieniec tego roku. Jednak pod tą oprawą znajduje się nowość, debiut Wojciecha Uszok.
Historia rozgrywa się w poprzeplatanych trzech liniach czasowych. Mnie zdecydowanie najbardziej przyciągnął rok 1621, a w nim alchemik dokonujący osobliwego rytuału w swojej ponurej pracowni. I na tych zaledwie trzech rozdziałach kończy się moje pozytywne zdanie. Dalej mamy rok 1945 oraz 2013, a wszystko łączy poszukiwana przez niektórych księga, prawdopodobnie kuzynka Necronomiconu, która… zmienia swój tytuł na przestrzeni stron. Chyba to po prostu błąd, bo nie zostało nic w tym aspekcie wyjaśnione. Im dalej się zagłębiamy, tym więcej pojawia się bohaterów, mój mózg jest zmęczony, nie kojarzy większości imion, a ciągle dochodzą nowe, ja czekam na grozę, a ona pojawia się tylko we fragmentach na chwilę. Próbuję ogarnąć co się dzieje, raz cofamy się w czasie, a raz przeskakujemy 2 lata naprzód. Może to kolejny błąd w druku? Historie najbardziej intrygujących według mnie postaci zostały tylko ledwie naszkicowane i zamiast nich otrzymałam np. bełkotliwe pogadanki o piwie.
I tak oto docieramy do zakończenia, z jednej strony liczyłam właśnie na coś w tym stylu (oprócz odpychającej bohaterki), z drugiej pojawiło się rozczarowanie i kolejne pytania. Dlaczego to się stało? Co to za substancja? Jakie motywy mieli bohaterowie? Chyba po prostu trzeba zdobyć tą całą księgę, zostać alchemikiem i samemu się dowiedzieć.
Szkoda, pomysł na fabułę był naprawdę świetny, coś co już znam, w klimatach jakie ubóstwiam. Bez zabierania tych kilku chwil przyjemności tym, którzy zechcą sięgnąć po ten tytuł ciężko coś sformuować :P
Czyli jak umieć pisać piękne opisy nie umiejąc pisać dobrych opisów
Nie zaprzeczę, do kupna zachęciła mnie przepięknie wykonana okładka i rysunki znajdujące się w książce. Od pierwszej strony mamy do czynienia z cudownymi opisami, od razu wciągnąłem się w klimat ponurego, ogromnego domu w XVII wieku. Co dalej? A no właśnie nic. Opisy są piękne, dopóki nie są za długie i nie opiera się na nich książka. W tej książce najpierw wprowadziły mnie w fajny klimat, potem w chęć zaśnięcia. Fabuła odgrywa się na trzech różnych czasoprzestrzeniach: lata XVII wieku, rok 1945 oraz współczesność. Książka zmierzała do jakiegoś punktu kulminacyjnego, który miał rozwiązać całą tajemnice fabularną oraz usprawiedliwić ocean opisów opierających się na jeździe konno i spożywaniu alkoholu. Niestety ostatecznie zmiotło mnie z planszy, ale z nudów. Klimat naprawdę był fajny, język bardzo bogaty i za to cenię tę książkę, jednak czy jest ona dla mnie ciekawa? Niestety nie. Oceniam na 2,5 gwiazdek.
Co mają ze sobą wspólnego żydowski alchemik, żyjący w XVII wieku, porucznik w Armii Czerwonej u schyłku drugiej wojny światowej i starszy kawaler z małej wioski niedaleko Wrocławia? Z pozoru wydawałoby się, że zupełnie nic. A jednak niespodziewanie ich losy splatają się ze sobą przez pewien tajemniczy Manuskrypt.
Wojciech Uszok przedstawia nam wydarzenia rozgrywające się na przestrzeni czterystu lat i zabiera w podróż do mrocznego świata okultyzmu, magicznych rytuałów i makabry, czyli wszystkich rzeczy, które kocham najbardziej!
Niestety pierwszym, co rzuca się w oczy podczas czytania, nie są mroczne, krwawe obrzędy, tylko... powtórzenia. Początek książki aż się od nich roi, a autor raczy nas kwiatkami typu: "W załomach rowów śnieżne zaspy łagodziły krawędzie głębokich, dobrze utrzymanych rowów". Na szczęście im dalej, tym lepiej i po pewnym czasie powtórzenia znikają, albo przynajmniej przestają tak przeszkadzać.
Jednak to nie koniec zgrzytów. Czeka nas jeszcze większe rozczarowanie - otóż książka nie jest ani trochę straszna. Nawet odrobinę. A historia miała potencjał i mogła być naprawdę niepokojąca. Zamiast tego za każdym razem, gdy zbliżał się potencjalnie mrożący krew w żyłach moment, wszystko rozwiązywało się za szybko i tak byle jak. Jeśli zaś chodzi o główny "straszny" motyw, to wydaje mi się, że komuś, kto przeczytał choć kilka książek lub zobaczył parę seriali z gatunku grozy, potrzeba jednak czegoś więcej.
Akcja powieści toczy się na trzech płaszczyznach czasowych: w roku 1621, 1945 i 2013. Zdecydowanie najciekawsze były wydarzenia z czasów wojny. Przy okazji te fragmenty zostały też najlepiej opisane, dzięki czemu czyta się je niesamowicie przyjemnie! Autor może się pochwalić naprawdę dobrym warsztatem, jego styl jest ciekawy, a język bogaty. W rozdziałach nawiązujących do wydarzeń rozgrywających się w 1945 roku znajdziemy plastyczne opisy, barwne postaci i wszystko, co najlepsze. Do tej środkowej części Uszok przyłożył się bez porównania bardziej niż do pozostałych.
To mój kolejny zarzut wobec jego książki - jest okropnie nierówna. Podczas gdy wydarzenia z czasów drugiej wojny światowej zostały naprawdę porządnie rozwinięte i dobrze przedstawione (i nawet oddają trochę grozy!), te z 1621 roku były całkowicie nijakie, mimo że miały ogromny potencjał. Natomiast w 2013 w ogóle zniknęła cała tajemnica, akcja stała się przewidywalna i całkowicie brakowało w tym wszystkim jakichkolwiek emocji.
Autor pokusił się też o nieco dziwne rozwiązanie - wyjątkową uwagę przywiązuje do postaci i wydarzeń, które nie mają żadnego znaczenia dla fabuły. W opiniach, na które się natknęłam, często pojawiał się również zarzut, że zbyt dużo czasu poświęca opisom zachowania koni, siodłania koni, karmienia koni i... rozumiecie, w czym rzecz. Z jednej strony zupełnie mi to nie przeszkadzało, bo akurat wszystkie te momenty były bardzo dobrze napisane - zdecydowanie lepiej niż te istotne dla fabuły. Jednak z drugiej, były tak dopieszczone, obrazowe i barwne, że pierwszoplanowe wątki wypadały przy nich po prostu blado.
Oczywiście należy wspomnieć o tym, że "Manuskrypt" jest debiutem i potraktować go trochę z przymrużeniem oka. Sam pomysł można uznać za całkiem dobry (choć niekoniecznie niezwykle odkrywczy), natomiast styl pisania autora jest zdecydowanie bardzo ciekawy i zachęcający. Niestety kontrast między momentami, które zostały tak starannie wykreowane, a tymi opisanymi po łebkach aż boli. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że w którymś momencie w "Manuskrypcie" coś poszło bardzo nie tak i dobrze zapowiadająca się historia mocno na tym ucierpiała.
Od kiedy Vesper zaprezentował intrygujący opis i przykuwającą wzrok okładkę “Manuskryptu” nie mogłam się doczekać aż w końcu debiut Wojciecha Uszoka trafi w moje ręcę. Zaryzykuję stwierdzenie, że była to jedna z najbardziej przeze mnie wyczekiwanych premier 2020 roku. Przecież spójrzcie na tę okładkę! Sugeruje literaturę grozy z motywami okultystycznymi, ponurą i gęstą. Dodajmy do tego elementy powieści historycznej za sprawą akcji rozgrywającej się na trzech płaszczyznach czasowych i voila - oto właśnie przepis na horror idealny! Ale chwila - jakiej akcji? I tu przechodzimy do głównej słabości książki, która przecież zapowiadała się znakomicie. Totalny brak dynamizmu, niemożność zaangażowania czytelnika w historię, liczne dłużyzny i fabuła wlecząca się jak przymulona dżdżownica. Chociaż w kontekście tego przewodnika o koniach (przepraszam POWIEŚCI GROZY) chyba trafniejszym porównaniem byłoby - jak wyjątkowo ociężały koń pociągowy. Gdyby “Manuskrypt” był koniem to zdecydowanie powolnym Poitevinem, a nie zwinnym kłusakiem.
A sam początek absolutnie nie zapowiadał późniejszej nudy, bo zaczęło się niczym u Hitchcocka od trzęsienia ziemi dającego złudzenie, że oto mam przed sobą rasową pełnokrwistą powieść grozy. Jednak Wojciech Uszok angielskiego mistrza dreszczowców słuchał tylko jednym uchem i dalszą część o nieprzerwanym narastaniu napięcia pominął. Znacie tę piosenkę Wilków z refrenem “myślę, że nie stało się nic”? Przy czytaniu “Manuskryptu” mogłabym zaśpiewać z Robertem Gawlińskim - “myślę, że nie DZIEJE się NIC” (swoją drogą wers “a teraz jestem tu, ludzi tłum” gdyby go lekko sparafrazować też pasowałby idealnie - “A teraz jestem tu, KONI tłum”). Przez 3/4 książki miałam wrażenie jakbym czytała wyjątkowo długi i rozwlekły wstęp do właściwej powieści. Ciągle liczyłam na rozwinięcie akcji i kiedy już zaczęłam tracić nadzieję - cud! - fabuła się rozkręca, w końcu zaczyna się dziać coś konkretnego. Ale to dopiero na ostatnich ostatnich stronach. Gdybym wcześniej nie sprawdziła ile stron liczy “Manuskrypt” to przypuszczałabym, że trafił mi się wadliwy egzemplarz - z niewydrukowaną całą obszerną środkową częścią książki. Bo te zakończenie pomimo, że wartkie to też jakieś rewelacyjne nie było - zbyt nagłe, trochę na siłę. Szału nie ma.
Szału nie ma też jeśli chodzi o postaci. Myśleliście, że tylko akcji zabrakło w “Manuskrypcie”? A no nie tylko - bo i bohaterów ani widu, ani słychu. Tzn. występują w powieści Uszoka ludziki, a właściwie papierowe kukiełki - bo żeby mieli jakiś charakter, osobowość, żeby ich jakoś dokładniej wykreować? A po co tracić na to obszerne fragmenty skoro tu taki piękny, misternie zdobiony gzyms czy cwałujące zgrabne konie można opisać.
Żeby nie było, że tylko narzekam i krytykuję, że wszystko źle i w ogóle same mankamenty to muszę podkreślić, że “Manuskrypt” od językowej strony prezentuje się wyśmienicie. Uszok ma znakomity warsztat i posługuje się przepiękną polszczyzną - co tym bardziej zaskakuje i zasługuje na uznanie, że autor jest debiutantem. Jednak co z tego, że język wyrafinowany i poetycki, opisy architektury i przyrody, których nie powstydziłaby się Orzeszkowa jeśli całość kolokwialnie mówiąc - wieje nudą. Ale te opisy przyrody to naprawdę bardzo ładne. No, i konie fajne.
Długo zastanawiałam się nad tym co napisać, bo ostatnio ciągle tylko krytykuję. Ale co mam poradzić? Rozczarowania. Niestety z "Manuskryptem" Wojciecha Uszoka jest podobnie...
Historia przedstawiona jest w 3 liniach czasowych - 1621, 1945 oraz 2013/2015 rok. Czterysta lat upchanych na 237 stronach... Jak czasem narzekam, że książki są przeciągnięte, tak tutaj zabrakło mi stron i tym samym fabuły! No nie dogodzisz... Przez to nic nie zostało konkretnie wyjaśnione. Wiemy tylko, że jest sobie księga, bardzo stara i ma związek z nieśmiertelnością. A jak już nam się coś wyjaśnia, to podaję się to wprost, prostu z mostu. Nie ma czasu na refleksje, zastanowienie, bo trzeba iść dalej, ale też nie śpiesznie.
Bohaterów mamy pełno, trudno wskazać kto gra główne skrzypce. Cała historia jest nakreślona skrótowo, pobieżnie przez co nie wciąga, nie czuć atmosfery. Zastanawia mnie umiejscowienie i celowość rozdziału 7 który jest rysem historycznym miejscowości. Dlaczego nie jest to wstęp, prolog i dlaczego autor tak bardzo się na tym skupił, że aż potrzebne są wyjaśnienia?
Ale chyba najbardziej rozczarowujące jest to, że nie ma tu grozy! Tylko w 3 naciąganych momentach (specjalnie liczyłam) można poczuć jakoś chwilę niepokoju. Nic więcej, bo cała reszta to mozolnie smuta opowieść bez konkretów.
Nie wiem co mam o tej powieści myśleć. Przez cały czas coś mi się nie składało. Chciałam odpowiedzi, wyjaśnień - nie dostałam ich.
Jedyny element który jest namacalny to dobry warsztat pisarski aurora. Przyznam, zaskoczył mnie. Nie jest prosty i lekki, wręcz przeciwnie trzeba się skupić przy czytania. Pasuje to tematu powieści.
Generalnie "Manuskrypt" wydaje się być niedopracowany. Okłamuje czytelnika co do grozy. Wszystko jest nijakie, niezbyt zajmujące. Może będzie kontynuacja, bo zakończenie było enigmatyczne i poniekąd otwarte. Nie mam pojęcia jaki był ogólny zamysł autora.
Niestety coraz częściej promocja książki ma się nijak do jakości treści. Dodatkowo coś się ostatnio śpieszą z wydawaniem, rozumiem że jest potrzeba, czytelnicy czekają, ale cierpi na tym korekta, bo coraz więcej błędów można znaleźć. Fabularnych jak i językowych, a nie zdarzało się to jeszcze kilka miesięcy temu...
Od pierwszej chwili dałam się uwieść tej cudnej, klimatycznej okładce. Jednak po przeczytanych tu i ówdzie opiniach miałam obawy, że Wydawnictwo Vesper po raz pierwszy wydało coś słabego. Ale już od pierwszych stron zaintrygowała mnie fabuła powieści i przeczytałam ją szybko i z prawdziwą przyjemnością. Skąd więc tak niskie oceny?
Clou historii stanowi dążenie człowieka do nieśmiertelności, które pozostaje niezmiennie silne i groźne zarazem mimo upływu wieków. Tajemniczy manuskrypt i zawarta w nim formuła kusi niczym diabeł, a wizja życia wiecznego skłania do przekraczania granic, pozbywania się hamulców moralnych i jakichkolwiek wyrzutów sumienia.
Powieść zahacza o trzy płaszczyzny czasowe. Począwszy od mrocznych początków XVII wieku, przez schyłek drugiej wojny światowej i czasy współczesne. Wskazuje na niezmienność ludzkich pragnień i obaw. Żałowałam, że tak krótko i oszczędnie autor potraktował pierwszą część z tajemniczym magiem i rytuałem, książka mogłaby zyskać na jej rozbudowaniu. Chylę za to czoła przed umiejętnością niezwykle malowniczego oddania widoków, czy prostych czynności. Czułam się jakbym wraz z czerwonoarmistami galopowała polem, słysząc tętent kopyt na zmrożonym śniegu.
Owszem, nie jest to najlepsza z wydanych przez Wydawnictwo Vesper w tym roku książek, a przy takich tegorocznych perełkach jak „Dunkel”, czy „Winda” wypada nieco blado, ale czy nie jest oceniana właśnie przez ich pryzmat? Poprzeczka została podniesiona naprawdę wysoko, więc debiutantowi mogło być trudno jej dosięgnąć. Jednak moim zdaniem to całkiem udany start i jeśli autor wyda kolejną książkę, to z pewnością się nią zainteresuję.
Miało wiać grozą, a wiało nudą. Przed Wami świetnie wydany debiut, który oprócz okładki i dobrego stylu autora, nie pokazał niczego spektakularnego. Trzy osie czasowe, plątanina postaci, alchemicy, chęć nieśmiertelności, a to wszystko w stereotypowej, zabitej dechami wsi. No mnie nie porwało. Długo szukałam tego elementu grozy. Krew? Tortury? Czytałam "straszniejsze" współczesne kryminały, gdzie trup ścielił się gęsto. Klimatu też brakło, a całą fabułę można streścić w dwóch zdaniach. Tytułowego Manuskryptu było jak na lekarstwo i do tej pory nie wiem co zawierał. Niestety, ale po lekturze czuję tylko mocne rozczarowanie.
Nie wiem skąd taka niska ocena. Autor świetnie oddał nastrój każdej epoki w której działa się akcja, świetnie przeplatał poszczególne watki i nie traktował czytelnika jak dziecka które musi dostać wszystko jak kawa na ławie.
Nie wiem czy powiedziałbym ze to powieść grozy, ale zdecydowanie nastrojem niepokoju przypominała mi Dracule albo Frankensteina. Chyba jednak powieść grozy :)
2,5 ⭐️ Początek bardzo nieprzystępnie napisany, w stylu "ą, ę", bardzo ciężko się wgryźć. Później jakoś już idzie, ale nie wiem sama czy z przyzwyczajenia do tego stylu, czy po prostu autor się zapomniał i pisał bardziej "po ludzku". Sama historia ok. Momentami za dużo zbędnych szczegółów, a pod sam koniec na odwrót - za mało rozwinięty temat. Mogło być fajniej :(
Bardzo podobał mi się pomysł trzech płaszczyzn czasowych w akcji powieści. Trochę topornie napisane wątki współczesne, to najsłabsza część książki. Bohaterowie trochę bez głębszej analizy charakteru, po prostu są. Zakończenie w porządku. 3* bo to debiut, więc potencjał dalej jest.
Research dotyczący koni był jedynym, co podobało mi się w tej książce. Jeżeli był w tym jakiś głębszy sens, przegapiłam go. Czytadełko na jeden wieczór