Czy godzina wystarczy, by przebaczyć, pokochać, zrozumieć?
Historia, która pozwala odnaleźć nadzieję i dostrzec, że szczęście jest na wyciągnięcie ręki!
Katarzyna, Marcin, Anna, Aleksy i Fabian, Borys – z pozoru nie łączy ich nic. Mijają się, kupując kwiaty w okolicznej kwiaciarni, zajadając kanapki w pobliskim barze i zamawiając espresso w kameralnej kawiarni. Mimo że każdy z nich ma swoją historię, troski i głęboko skrywane tajemnice, połączył ich magiczny dzień, w którym dostali od losu wyjątkową szansę. Czy odważą się z niej skorzystać?
Niekiedy jedna rozmowa potrafi zmienić wszystko, a przedświąteczny wieczór, to najlepszy czas, by ją odbyć.
"Kocham cię", "przepraszam", "tęskniłem za tobą", "jesteś dla mnie ważna" – te słowa miały nigdy nie zostać wypowiedziane. Jednak jest taki okres w roku, kiedy nawet najbardziej niemożliwe rzeczy stają się realne. Wystarczy w nie uwierzyć!
Są takie powieści, po które sięgamy dokładnie w odpowiednim momencie. Ja swoją przygodę z Godziną zagubionych słów zaczęłam w dzień, kiedy spadł pierwszy śnieg i to był absolutnie idealny timing, bo autorka serwuje czytelnikom historię tak ciepłą, że spokojnie mogłaby nią rozmrozić szyby w aucie.
Poznajemy Katarzynę, której w grudniu umiera mama - Marianna. Brzmi poważnie? Owszem. Ale jednocześnie dostajemy cały wachlarz wspomnień, w których przewijają się kłótnie o dynię, charakterystyczny ton matki i te dobrze znane rodzinne spięcia, które potrafią doprowadzić do szału… i do śmiechu. Kasia sama walczy z emocjami, ma męża, który działa jej na nerwy (mówi do niej tylko po to, żeby usłyszeć swój głos), oraz romans, który w tej historii daje akurat nadzieję. A potem - przychodzi ta godzina. Godzina na ławce. Godzina z mamą.
Zapamiętajcie ten motyw - będzie on z nami do końca.
Bo po Katarzynie pojawia się Marcin - jej kochanek. On również dostaje swoją ławkę, swoją godzinę i swoją siostrę. Po nim Anna, kwiaciarka, której mąż nagle zaczął kupować kwiaty. Każda z nas wie, że gdy partner ni stąd, ni zowąd zaczyna być zbyt romantyczny, to zwykle coś tu pachnie… i niekoniecznie różami. A Mateusz faktycznie coś przeskrobał. Bardzo, ale nawet on dostaje od losu tę jedną jedyną godzinę na naprawę.
Potem jest opowieść o przyjaźni Aleksego i Fabiana, która trwała od przedszkola, ale zakończyła się burzliwiej niż niejedno małżeństwo. Los jednak znowu robi swoje i daje panom ostatnią szansę, by usiąść, pogadać i przestać przypominać dwóch obrażonych czterolatków w dorosłych ciałach.
Na koniec Borys i jego niezwykle trudna relacja z biologiczną matką Tamarą - najbardziej zaskakująca historia, a przez to chyba najczulsza. Jedna godzina, jedno spotkanie i jedna ławka, która pojawia się jak portal do emocjonalnego „co by było, gdyby”.
Wszystkie te losy łączy jedno: magia Poznania. Kawiarnia, kwiaciarnia, atmosfera świąt i ławka z okładki - zwykła, a jednocześnie taka, na której każdy z nas chciałby usiąść choć na chwilę. Z kimś, kogo już nie ma. Z kimś, komu nie zdążyliśmy czegoś powiedzieć. Albo z kimś, z kim w życiu pokłóciliśmy się o… dynię.
Ta książka emanuje ciepłem. Nie takim sztucznym - ale tym, które zostaje w sercu, jak wełniany koc pachnący domem. Socha pięknie przypomina, że czasem wystarczyłaby nam jedna jedyna godzina, by wszystko poukładać. A czasem… ta godzina zmienia całe życie tych, którzy nadal tu są.
Pierwsza historia mocno mnie wzruszyła, kolejne trzymały silnie za gardło, a przy ostatniej ryczałam jak bóbr rozklejoną kompletnie.
Takie świąteczne książki warto czytać nie tylko w tym okresie. To jest coś więcej niż ciepła i miła opowieść rodzinna. To książka, po przeczytaniu której usiądziesz w fotelu, zamkniesz oczy i przewartościujesz swoje życie.
Nic więcej nie napiszę, bo najzwyczajniej w świecie zabrakło mi słów. Pani Nataszo, kłaniam się nisko i dziękuję.