Breslau, 1928, szpital psychiatryczny przy Kletschkau Strasse. Eberhard Mock staje twarzą w twarz ze swą dawną kochanką. Jej córka i syn zostali porwani, a ślad po nich zaginął. Od śmierci ukochanej Sophie nic nie wstrząsnęło Mockiem równie mocno jak to spotkanie. Hedwig postradała zmysły: o morderstwo dzieci oskarża własnego męża. Krok po kroku Mock odkrywa upiorne powiązania między tajnym stowarzyszeniem okultystycznym a budowniczymi miasta przyszłości w centrum Wrocławia. Nawet nie domyśla się, jak potężne siły śledzą każdy jego krok.
Cmentarne czarne msze, wyuzdane praktyki seksualne i ludzie, którzy nie cofną się przed niczym. Tajne śledztwo zaprowadzi Mocka wprost przed przerażające oblicze prawdy. Czy istnieje granica, której Mock nie przekroczy?
Wrocławianin. Wykładowca Uniwersytetu Wrocławskiego.
Autor osiemnastu bestsellerowych powieści kryminalnych, filolog klasyczny. Laureat prestiżowych nagród literackich i kulturalnych (m.in. Paszportu „Polityki", Nagrody Wielkiego Kalibru, Nagrody Prezydenta Wrocławia, Śląskiego Wawrzynu Literackiego), odznaczony Srebrnym Medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”. Jego książki przetłumaczono jak dotąd na osiemnaście języków. Zadebiutował w 1999 roku „Śmiercią w Breslau” - w 2019 roku obchodzimy 20-lecie jego twórczości. Miłośnik filozofii i logiki.
---
Marek Krajewski – socjolog, profesor zwyczajny, zatrudniony na Wydziale Socjologii UAM w Poznaniu. Autor licznych artykułów dotyczących materialności i wizualności, współczesnej kultury i sztuki oraz edukacji kulturowej. Opublikował też wiele książek poświęconych tej problematyce: Kultury kultury popularnej (2003), POPamiętane (2006), Za fotografię! (2010, wspólnie z R. Drozdowskim), Narzędziownia. Jak badaliśmy (niewidzialne) miasto (2012, wspólnie z R. Drozdowskim, M. Frąckowiakiem i Ł. Rogowskim), Są w życiu rzeczy… (2013), Incydentologia (2017). Współtwórca projektów badawczych, artystycznych i edukacyjnych: Niewidzialne miasto, Archiwum Badań nad Życiem Codziennym, Bardzo Młoda Kultura.
Eberhard Mock jest jednym z tych bohaterów, którzy schodzą do piekła, pozwalają otoczyć się szatańskim pomiotom, brudom i niegodziwości. Wychodzi z tych potyczek naznaczony, napiętnowany, a mimo wszystko powraca do tego jądra ciemności, a nawet schodzi głębiej i głębiej, przekraczając kolejne nieprzekraczalne granice. Marek Krajewski jest mistrzem w udręczaniu i torturowaniu swojego głównego bohatera, a każda kolejna część jego przygód to ból, cierpienie, poświęcenie i rozpacz. „Moloch” znów idzie o krok dalej od poprzedniego tomu – porusza tematy tak okrutne, tak niewyobrażalne, że z czasem czytelnik zaczyna zastanawiać się: co dalej? Czy „więcej: jest jeszcze możliwe?
W tle natomiast znak rozpoznawczy prozy Krajewskiego, czyli Breslau końca lat 20. Przewija się obraz miasta pogrążonego w degrengoladzie moralnej, w skrajnej dekadencji, którego elity oddają się najgorszym możliwym praktykom. To miasto brudnych ulic, rynsztoków, lepkich zaułków. Miasto wielkich skrajności. Miasto Eberharda Mocka.
Kto zna serię o Mocku, ten z pewnością wyczekiwał „Molocha” z prawdziwą niecierpliwością. Jedno jest pewne – ten kryminał nie zawodzi. Przeraża, czasami obrzydza, ale przyciąga i wciąga, tak jak lubimy najbardziej.
Moim zdaniem najsłabsza z kilku ostatnich powieści tego autora. Wydaje się, że jest to powrót do starego sposobu pisania książek, który miałem nadzieję został już porzucony na zawsze. Jest ona trochę przeintelektualizowana. Zbyt dużo się dzieje, zbyt dużo spisków, zbyt dużo wątków, których połączenia momentami są mocno naciągane i zrobione na siłę. Do tego wpleciono wątki historyczne, które również wydają się doklejone na siłę. Podsumowując - za dużo, za mądrze i za mało rozrywkowo. Ostatnie kilka książek było znacznie lepsze.
Po kilku latach przerwy od czytania twórczości Marka Krajewskiego, wróciłem do cyklu o Ebehrardzie Mocku (ostatnia część, którą czytałem to "Mock. Początek."). I muszę tu przyznać, że lektura przyniosła mi sporo frajdy.
Krajewski znowu w sposób wyjątkowy buduje klimat dawnego Breslau, wciągając czytelnika w świat brudnych ulic, kobiet lekkich obyczajów, wszelkiej maści zboczeń i różnych sekt i okultystów. Tym razem fabuła, może miejscami sztampowa, ma wyraźny wstęp, rozwinięcie i zakończenie - co u tego autora nie zawsze było oczywiste. Rozrywka wysokich lotów!
Nie wiem, jakoś mnie ta książka nie przekonuje. Z jednej strony wciągająca i chce się ją skończyć, z drugiej jakaś taka przekombinowana. Za dużo tajnych powiązań, za dużo przypadków, za mało prawdziwej detektywistycznej roboty. Fanom serii mimo wszystko polecam.
Jestem człowiekiem, który ma talent do wybierania książek i czytania ich będącym nieświadomym tego, że to kontynuacja jakiejś poprzedniej części...
Z "Molochem" Krajewskiego było tak samo. Kiedyś dopadłam jakąś część przygód Mocka u taty, ale nie zajrzałam wtedy, bo byłam za mała i niezbyt mnie to interesowało. "Moloch", którego dorwałam kilka tygodni temu w bibliotece, okazał się moimi drzwiami do twórczości Krajewskiego.
Choć do samego stylu Krajewskiego muszę się jeszcze przyzwyczaić (co tu na razie dużo mówić, skończyłam raptem jedną książkę), to przyznam, że jestem bardzo zaintrygowana samym Mockiem i z pewnością zajrzę do kolejnych książek jego twórcy.
Co do samej książki, to jest to naprawdę dobry kryminał z ciekawą fabułą, mroczną, mającą okultystyczne źródło zagadką oraz tajemniczymi, krwawymi i budzącymi wstręt intrygami pewnej sekty. Choć niekiedy mnie przynudzał, były fragmenty, w których aż czułam ciarki na plecach, zwłaszcza pod koniec.
Bohaterowie, opisy, sama zagadka oraz osłaniane przed czytelnikami życie Wrocławia jak również akcja dziejąca się w krzyżówce historycznych niemieckich ulic zdecydowanie przesadzają o ocenie tej książki, której daję maksimum. Przyznam, że nigdy jeszcze chyba nie spotkałam się w jednej książce z tak doskonale odwzorowanym klimatem lat 20 XX wieku oraz szczegółowymi opisami miejskich ulic, zachowując oryginalne nazwy z tamtego okresu!
Jeśli chodzi o wstępujące w tej książce postacie, prym wiedzie oczywiście główny bohater, Eberhard Mock. W moim odczuciu jest to mężczyzna, który jest doskonałym przyjacielem, niezwykle groźnym wrogiem oraz, może nie do końca, idealnym kochankiem dla kobiety.
Choć wiem, że wymagała tego fabuła książki i tocząca się coraz szybciej po swym torze akcja, uraz mam do Krajewskiego za tak bestialskie pozbawienie rękoma von Hübnera Philippa Kremsa życia. Krems to była postać, która już od pierwszej wzmianki wzbudziła we mnie sympatię oraz rozczulenie, gdy czytałam o jego miłości do swojej przyszłej narzeczonej i żony. Doprawdy, nie rozumiem, dlaczego go zabito, kibicowałam mu chyba najbardziej ze wszystkich bohaterów, by skończył dobrze i oświadczył się swojej ukochanej. Mimo to w ostatniej chwili domyśliłam się jego okropnego losu i wiedziałam, co Mock wyciągnie z wiadra z wodą. Za ten mistrzowski i kompletnie niespodziewany zwrot akcji gratuluję Krajewskiemu, bo naprawdę ciężko mi było się pozbierać po nim i dalej czytać ze świadomością, że lubiany przez mnie bohater już się tu nie pojawi.
Książka była naprawdę dobra i wiem, że wrócę jeszcze do Krajewskiego i Mocka, jak już uporam się z tym co mam na liście. Postaram się znaleźć pierwszą część wszystkich przygód i je stopniowo nadrobić. I choć pewnie sporo czasu zajmie mi przyzwyczajenie się do stylu Krajewskiego, to Mock, już uplasowawszy się na jednym z miejsc w moim sercu przeznaczonych dla moich ulubionych bohaterów literackich, nigdy z go nie opuści, podobnie jak młody Philipp Krems.