Trochę się bałem, że będzie to książka albo przeciążona analizami z zakresu lingwistyki stosowanej, albo lekka, łatwa i przyjemna publikacja, z której dowiem się, jak w dwudziestu językach powiedzieć słowo "kot" i niewiele z tej wiedzy wyniknie. Moje obawy się na szczęście nie sprawdziły i z czytania "Babel" miałem dużą frajdę.
Gaston Dorren w swojej książce opisuje 20 największych języków świata. Książka składa się z dwudziestu rozdziałów, numerowanych od tyłu, czyli od dwudziestego do pierwszego. Na początku każdego z rozdziałów czytelnik otrzymuje podstawowe informacje o opisywanym języku: nazwa, jaką sam siebie określa dany język; rodzina, z której pochodzi; pismo, jakim się posługują użytkownicy języka; informację o tym, z jakich języków czerpie opisywany język zapożyczenia oraz jakie wyrazy sam eksportuje w świat.
I na tym przewidywalna struktura książki się kończy, bo w poszczególnych rozdziałach Gaston Dorren opisuje języki w różny sposób – z różnych perspektyw czy też korzystając z różnych form. Na przykład w pierwszym rozdziale pisze dużo o gramatyce wietnamskiego i o tym, jak sam uczył się tego języka, natomiast tamilski opisuje niemal wyłącznie z perspektywy historycznej, skupiając się bardziej na historii kraju, niż na samym języku, czy jego gramatyce. Historię języka tureckiego opisuje z perspektywy politycznej, tłumacząc proces powstawania współczesnego tureckiego i próby ingerencji władz w tworzenie języka. A w przypadku hiszpańskiego to znów bardziej analiza gramatyczna języka i porównanie go do angielskiego.
Wygląda to w ten sposób, że kiedy Dorren sam nie zna lub nie uczył się opisywanego przez siebie języka, chętniej opisuje jego historię, ewolucję, a rzadziej skupia się na gramatyce i słowach. Piszę o tym, bo przez pierwszą część książki czyniłem mu z tego powodu zarzut. Spodziewałem się, że każdy rozdział w książce będzie miał taką samą strukturę, dzięki czemu czytelnik będzie miał możliwość porównania za każdym razem gramatyki, wyróżniających cech i historii opisywanych języków.
Tak nie jest. Ale teraz nie mam z tym zupełnego problemu. Dorren wybiera z poszczególnych języków to, co ciekawe i oryginalne. A przez to tę książkę się po prostu dobrze czyta.
Nie sposób opisać wszystkich wątków, jakie porusza w „Babel” holenderski lingwista, skupię się tylko na tych, które zainteresowały mnie najbardziej.
Po pierwsze, Dorren pokazuje, jak duży wpływ ma język na nasze życie. Okazuje się bowiem, że używanie konkretnego języka determinuje do pewnego stopnie sposób, w jaki funkcjonujemy w społeczeństwie. Język może na przykład stwarzać dystans, który krępuje swobodne życie. A chyba najjaskrawszym przykładem takiego skrępowania jest język jawajski.
Ten język posiada swoją bardzo formalną wersję, która mocno wpływa na życie używających go ludzi. Zacytuję fragment z książki, bo nie uwierzycie. Dorren pisze: „Jeśli formalny rejestr i przymus jego stosowania odbija się i umacnia hierarchię społeczną Jawy, to dlatego, że został zaprojektowany w tym celu przez tych, w których żywotnym interesie było jej podtrzymywanie i których wspomagała w tym procederze zewnętrzna siła dążąca do utrzymania status quo”. A więc stworzono formalną wersję języka i nakazano jej używać w formalnych sytuacjach, po to, żeby podkreślać, a tym samym umacniać hierarchię w społeczeństwie. Bardzo to ciekawe!
Ale co najlepsze, dziś przez tę opresyjność, wielu mieszkańców nie chce mówić po jawajsku i znów ma to swoje konsekwencje społeczne. Kolejny fragment: „(…) jawajski dąży obecnie do uzyskania statusu języka zagrożonego. Obawa, że język, którym posługuje się osiemdziesiąt do stu milionów ludzi, może stać się skamieliną, wydaje się czymś niedorzecznym, ale przetrwanie w dłuższej perspektywie nie zależy od aktualnego stanu liczebnego – wymaga sprawnego przekazywania go następnym pokoleniom. A jawajski ma z tym kłopot. Na początku pierwszej dekady XXI wieku tylko dwanaście procent matek z klasy średniej mówiło do swoich dzieci po jawajsku. Pozostałe osiemdziesiąt osiem procent dzieci ma nikłe szanse nabyć pełnych kompetencji rodzimych użytkowników tego języka. Na pytanie, dlaczego w domu wolą rozmawiać w języku indonezyjskim, kobiety odpowiadały, że w ich odczuciu umożliwia on większą poufałość. (…) indonezyjski cieszy się opinią bardziej >>wyluzowanego<< i >>otwartego<< na nowych użytkowników”.
Przeciekawe są te wątki lingwistyczno-społeczne. To głównie ze względu na nie polecam przeczytać tę książkę.
Ale ta książka opowiada również inną bardzo ciekawą, choć niewypowiedzianą bezpośrednio, historię. Przypomina, że języki stale ewoluują, że zmiana jest nieodłącznym elementem języka. Widać to za każdym razem na początku rozdziałów, kiedy Dorren przedstawia język i informuje, skąd najczęściej bierze on zapożyczenia i jakie wyrazy sam pożycza innym.
O tych zmianach języka lingwista pisze nie raz. A mój ulubiony fragment pojawił się w rozdziale o języku tureckim (BTW historia formowania języka tureckiego przez władzę też jest niezwykle interesująca). Dorren pisze: "Kiedy gramatyczni pedanci, semantyczni krytykanci, poprawiacze wymowy i inni idealistyczni miłośnicy języka podnoszą wrzawę, że językoznawcy nie postarali się wystarczająco, by powstrzymać >>degenerację<< angielskiego, niemieckiego, francuskiego czy jakiegokolwiek innego języka, instynktowna odpowiedź tych drugich jest taka, że nie mogą rozmyślnie kierować języka w tę czy inną stronę. Akademicy zazwyczaj wierzą, że >>nauka opisuje to, jakie rzeczy są, a nie jakie być powinny<<, ale lingwiści idą krok dalej i twierdzą, że próby ingerencji są z góry skazane na porażkę. Wspólnota użytkowników języka jest suwerenna, jak mówią, i się nie podporządkuje".
Polecam wszystkim, którzy oburzają się na „influencerów”, „spoilery” czy „content”.
A tak już zupełnie na marginesie. Chętnie posłuchałbym o tym, jak ta książka była tłumaczona na polski. To musiało być wyzwanie! Wystarczy spojrzeć na listę osób, które konsultowały polskie wydanie.