Penelope Anne Sparke is a writer and academic who specializes in the history of design. She is a Professor of Design History at Kingston University, London, where she is also Director of the Modern Interiors Research Centre.
Sparke received her B.A. in French Literature and her P.G.C.E. in Education from Sussex University, and her Ph.D. in Design History from Brighton Polytechnic.
„Dieter Rams: dziesięć zasad głównych [...] - dobre wzornictwo czyni produkt użytecznym [...] - czyni produkt zrozumiałym”
Jeśli od książki o wzornictwie wymagamy, aby sama prezentowała dobre projektowanie, to ta publikacja oblała test.
Nie wiem, czy wynika to tylko z polskiego wydania, bo nie trzymałam w dłoniach oryginału. Polskiemu można na pewno wiele zarzucić. „DESIGN. Historia wzornictwa” to książka napakowana informacjami na wiele tematów związanych wzornictwie, ALE...bardzo trudno o porządną jej lekturę. Zaczynając od przekładu i korekty tekstu - może oryginał jest dobrze napisany, w polskiej wersji trafiamy jednak co chwilę na coś, co wytrąca z rytmu. Czasem jest to literówka, czasem po prostu nadużycie słowa „dizajn”, odmienionego przez wszystkie formy i przypadki (doprawdy, mamy piękne słowa jak „wzornictwo” i „projektowanie”, może nie trzeba ciagle rzucać tym „dizajnem”?), a czasem...błędne podanie płci - nagle dowiadujemy się z książki, że Deyan Sudjic jest angielską krytyczką wzornictwa, a nie krytykiem. Jeszcze inną kwestią jest, że nazwisko to pojawia się tylko jako wtrącenie, że „niektórzy, na przykład D.S., mówią, że...” i tyle - tu już zarzut do autorki - rzuca wieloma przykładami i nazwiskami bez rozwinięcia tematu. W efekcie otrzymujemy ogromny szum informacyjny, przez który trudno przebrnąć - sprawę komplikują ilustracje: jest ich raczej sporo, ale nie zawsze dobrze dobrane (można zrezygnować z okładki simsów na rzecz bardziej istotnego przykładu wzornictwa) i nie zawsze tam, gdzie ich potrzeba - pewne plastikowe krzesło znajduje się w tekście na 30 stron przed fotografią. To jak kiepski żart wymierzony w czytelnika, który, jeśli nie wie, o jaki obiekt chodzi...wyszuka fotografię w internecie lub po prostu „przeskoczy” tę wzmiankę i będzie czytał dalej, mniej uważnie. Kto by się spodziewał tej ilustracji dwa rozdziały dalej? (W większości przypadków nie ma jakiegokolwiek odniesienia w nawiasie czy przypisu, że jest gdzie tego szukać w książce, jak już takie odniesienia są, to w przypadku ilustracji na wcześniejszych stronach niż tekst). W efekcie lektura staje się frustrująca. Kropla, która przepełnia czarę goryczy to łamanie. Notorycznie tekst główny jest przerywany podrozdziałem - notką biograficzną czy tematem typu „krótka historia krzesła ze sklejki”. I jest to świetny, ciekawy zabieg pod względem oddania tematu - sylwetka projektanta przybliża nam etap w historii wzornictwa, świetnie! Z tym, że często są to tematy na 2 strony A4 (lub więcej), więc chwilkę nam zajmują...a przy tym są wstawione W SAMYM. ŚRODKU. ROZDZIAŁU. Kończymy więc mini-rozdział o pudełkach tupperware i wracamy do zdania, które dopiero tłumaczy nam, że powstała taka firma i produkuje pudełka. Mini-rozdział na temat Zahy Hadid wypada w trakcie akapitu o powstaniu firmy Alessi. MOŻNA OSZALEĆ. W efekcie: a) biegamy od strony do strony, czytamy coś do końca, cofamy się 5 stron, później znów czytamy, do przodu, cofamy się... b) co chwilkę lądujemy w innym temacie i mózg nam paruje, bo już zapominamy o co chodziło. Naturalnie, nie zawsze da się użytecznie przełamać tekst nie marnując przestrzeni itd., ale skoro i tak cała książka jest drukowana niezbyt ekonomicznie na powlekanym papierze, w kolorze itd., to można chociaż minirozdziały oznaczyć aplą czy czymkolwiek innym niż tylko zmiana wielkości liter.
Mówimy o książce na temat wzornictwa. Dziedziny sztuki, która ma (wg wielu przede wszystkim!) dbać o użyteczność. Ta publikacja zaś ma się nijak do komfortu czytelnika. Czy tematy w niej poruszone są ciekawe? Tak. Czy jej narracja jest interesująca i poszerza temat? Nawet. Czy zawiera istotne dla historii sztuki klasyczne przykłady, zestawiając je jednocześnie z popkulturą, codziennością, kiczem, produkcją masową...owszem. Tylko co z tego, gdy ledwo da się to czytać?