Alicję zaczynają dręczyć ataki paniki. Wkrótce lęk całkowicie opanowuje jej życie. Nie rozumie, co się z nią dzieje; ma niepijącego męża, wystarczająco dobrą pracę i wspierającą rodzinę. Skąd zatem biorą się te stany? Alicja ukrywa swój koszmar, próbując żyć „normalnie”, w końcu jednak traci grunt pod nogami, a kto nie ma kontroli nad życiem, ten przestaje widzieć w nim sens. Szukając przyczyn zaburzeń, Alicja zaczyna dostrzegać to, co wcześniej umykało niezauważone.
Wiele sobie obiecywałam po tej książce. Bardzo chciałam, aby i mnie zachwyciła. Do połowy było nawet całkiem dobrze, ale później wszystko się rozlazło i stało jakieś miałkie, byle jakie, niewiele wnoszące. To historia z potencjałem, który gdzieś umknął autorce. Szkoda.
Idealna, jeśli ktoś nie rozumie, czym różnią się zaburzenia lękowe od „stresiku, który przecież wszyscy czujemy.” Ważne, bo świadomość w Polsce odnośnie zdrowia psychicznego jest przerażająco znikoma, zwłaszcza jeśli chodzi o coś innego niż depresja. Potrzebne, bo nas, lękowców, wcale nie jest tak mało.
Zacznę swoją recenzję od pochwały tytułu: on naprawdę do mnie przemawia, jeszcze parę lat temu świat mógłby się palić i walić, a sama bym te przysłowiowe okna myła. Nie znaczy to, że sama książka była dla mnie bardzo osobista, a jednak naprawdę przeżyłam ją emocjonalnie. Te małe sukcesy i spektakularne porażki, taka wielka samotność w takiej małej książce. No i dawno nie czułam takiej satysfakcji, czytając niektóre z trafnych opisów i porównań, celne i oszczędne do bólu i czasem naprawdę zabawne, chociaż sama książka zostawiła mnie raczej z poczuciem pustki, a nie podnoszeniem mnie na duchu. Bardzo podobała mi się ta książka literacko i odpowiadała mi ta fragmentaryczność.
Nie jestem fanką książek o zaburzeniach psychicznych, zazwyczaj dystansuję się od takich fabuł. Ale jestem fanką mikropowieści i precyzyjnego operowania językiem - a językowo ta książka to mini-majstersztyk. Tutaj żadne zdanie nie jest zbędne, a niemal każde zachwyca świeżością. Brawa. Ta powieść jest oczywiście bardzo osobista dla autorki, to widać i czuć, i chyba najbardziej powinna poruszyć naszą duszę, ale ja daję aż 4/5 właśnie za technikę i warsztat. Za opowieść jako taką 3/5 (końcówka i wszystkie wydarzenia w tropikach jednak nieco rozczarowują). To króciutki tekst (u mnie zaliczony podczas dwóch dłuższych podróży tramwajem), ale radziłabym się nie śpieszyć i czytać uważnie, bo niechcący można przeoczyć jego wysoką klasę i niewątpliwy trud, jaki autorka włożyła w napisanie go.
Tematyka tej mikroksiążki jest ważna, bolesna i w pewien sposób nawet dydaktyczna. A co najważniejsze - mam wrażenie, że zupełnie nieobecna w literaturze. Natomiast coś w jej wykonaniu i słownym ujęciu osobowości lękowej mnie uwierało. Mimo bliskości motywu, otoczka stylistyczna sprawiła, że nie byłam w stanie jej odczuwać - a już na pewno nie na poziomie empatii. Szkoda, bo liczyłam na jakiś większy emocjonalny bodziec. Ale może to kwestia jej objętości.
“W nocy szczekają psy. To lęk każe im ujadać. Słucham i wydaje mi się, że je rozumiem (...)”, pisze narratorka i jednocześnie główna bohaterka powieści Agnieszki Jelonek. Powieści, dodać należy to jak najszybciej - świetnej. “Koniec świata, umyj okna” to końcoworoczne odkrycie, książka niewielka, szybka w lekturze i zostająca z czytelnikiem/czytelniczką na dłużej.
Alicja pracuje w mediach i dobrze wie, że nawet nieatrakcyjny temat można opakować w słowa tak, że wszyscy będą zachwyceni. Ale jak opakować w słowa to, co się z nią dzieje? Żołądek się kurczy, nogi miękną, orientacja zanika. Człowiek wie, że chce uciec, ale ciało mu nie pozwala. Noce potrafią trwać do świtu. “Koniec świata…” to historia walki z lękiem - chodzenia “po lekarzach”, terapii, prób znalezienia równowagi dzięki jodze czy nagłej, impulsywnej miłości. Do tego dorzućmy rozpad małżeństwa, problemy z pracą i… kilogram czarnego humoru. Jelonek udaje się rozbroić dość jednak oczywistą opowieść żartem i sprawnością językową.
Bo tak między nami - w ostatnich latach zaroiło nam się od opowieści, w których autorzy i autorki (choć częściej dotyczy to chyba kobiet) opisują zmagania swoich bohaterów i bohaterek z chorobami psychicznymi i różnego rodzaju newrozami, do tego można dołożyć całą stertę książek okołoszpitalnych, co poprzez swoją mnogość sprawia, że temat ten dla powieści powoli się staje wyeksploatowany i niewiele nowego wnoszą kolejne historie. A Jelonek jakoś tak dookoła, poprzez zabawne scenki, ciekawą historię sprzedaje w swojej książce całkiem sporo wiedzy o tym czym są stany lękowe, jak można im przeciwdziałać, jak wygląda farmakologia i terapia. Nienachalnie, przy okazji, śledząc życie Alicji dowiadujemy się więcej. I to jest spore osiągnięcie, bo ani przez chwilę nie miałem poczucia czytania książki dydaktycznej, dla której akcja czy język powieści jest drugorzędny. A dzisiaj takich książek jest sporo i nawet trudno je krytykować, bo chcą zrobić dobrą robotę, ale będę się upierał, że jak literatura nie powinna nam zastępować poradników, a łączenie jednego z drugim prawie nigdy nie przynosi udanych efektów artystycznych.
Nie można też zapomnieć o tym, że “Koniec świata…” jest opowieścią o kobietach - Alicja wolontaryjnie uczy polskiego emigrantki z Czeczenii czy Jemenu. “Dziewczyny z Groznego boją się fajerwerków”. Tu są naprawdę dobre zdania. Jelonek zauważa, że istnieje wspólnota kobiet cierpiących, ale też wytrąca czytelników i czytelniczki z bezpiecznego kamuflażu jakim jest nasze uprzywilejowanie zauważając, że chorujemy - jak pisze Alicja - “bez wojny”. Dramat głównej bohaterki traci tu na wyjątkowości, a brutalne zderzenia z rzeczywistością przypominają, że nieszczęść na świecie jest wiele i nikt z nas ze swoim własnym nie jest sam. I jednocześnie jest całkowicie samotny. Taka to trochę absurdalna powieść.
Ma rację Michał Cichy pisząc na okładce “Końca świata…”, że to powieść, po której nielękowcy odetchną z ulgą, ale mam też nadzieje, że po jej lekturze bliżej będą zrozumienia tego, dlaczego niekiedy tak ciężko niektórym wejść do sklepu czy odebrać telefon. Ja z moimi atakami lękowymi radzę sobie na przykład doskonale - po prostu rezygnuję z robienia tego, co zamierzałem. Dzwoni telefon i czuję niepokój? No to niech dzwoni, nie zamierzam się nim przejmować. Koniec świata? Idę umyć okna.
Polecam Państwu, trzy dyszki a świat się wam poszerzy dzięki tej książce.
Nie wiem czemu tytuł sugerował mi, że będzie to książka o polskiej, toksycznej rodzinie. No i może wcale tak bardzo się nie myliłam, bo takie środowisko wychowawcze wdrukowuje ogrom lęku i poczucia winy, a jednocześnie strach przed wyrażaniem emocji. Przecież „To byłby straszny wstyd tak się zabić, a ja unikam kompromitujących sytuacji”.
„Koniec świata, umyj okna” to jednak głównie historia bohaterki która zmaga się z nerwicą lekową, agorafobią i napadami paniki. Bardzo się cieszę, że powstają książki dzięki którym możemy przyjąć perspektywę osób z różnymi trudnościami psychicznymi. Jeszcze bardziej podoba mi się kiedy literatura pomaga poszerzać świadomość społeczną w kontekście szerszym niż sama depresja.
Poza tym książka jest bardzo ładnie napisana (prawie na każdej stronie mam podkreślony jakiś fragment) i skłania do refleksji.
Do sięgnięcia po "Koniec świata, umyj okna" zachęcił mnie bardzo chwytliwy tytuł. Jest to debiut literacki Agnieszki Jelonek, który jest zbiorem historii pewnej kobiety, cierpiącej na depresję. Jest to krótka, ale mocna książka, która została we mnie na dłużej.
Alicja ma męża, dobrą pracę i wspierającą rodzinę, ale nie widzi sensu w życiu. Dręczą ją ataki paniki, z którymi nie może sobie poradzić.
Jest to bardzo emocjonalna lektura, smutna i bolesna. I mimo niepozornej objętości niesie ze sobą duży bagaż emocjonalny i silnie oddziałuje na czytelnika.
Jest to szczera, przejmująca i poruszająca historia, która zachwyciła mnie od pierwszych stron. Smutna, ale też ważna i potrzebna.
Uwielbiam mikropowieści, których przeczytanie nie zajmuje wiele czasu, ale potrafią wywrzeć większe wrażenie niż rozbudowana i kilkusetstronnicowa książka! Polecam! ❤❤❤
Mam wrażenie, że (wciąż niska) świadomość zaburzeń psychicznych w Polsce zaczyna się i kończy na depresji, dlatego cieszę się, że powstają u nas książki, które poszerzają punkt widzenia w tym zakresie. Nie ukrywam, że temat zaburzeń lękowych i ataków paniki jest mi dość bliski, więc z wieloma rzeczami opisywanymi przez autorkę jestem w stanie się w pełni utożsamić. Króciutka to powieść, więc warto, chociażby dla pięknego języka i metafor, które trafnie pokazują stan człowieka z zaburzeniami.
Mikropowieści. Czy Wy też macie wrażenie, że wydaje się ich coraz więcej? Mnie to bardzo cieszy, bo prawie przy każdej podkreślam, jak bardzo cenię sobie tę długość. 'Koniec świata, umyj okna' to świetny przykład dobrej mikropowieści, choć zabrakło mi w niej pewnych rozwinięć.
Tematyka książki jest mi dość bliska, z tego też względu zdecydowałam się po nią sięgnąć, a bo i dobrze jest odkrywać nowe głosy, szczególnie w prozie polskiej. Agnieszka Jelonek swój debiut powieściowy (wcześniej ukazały się opowiadania autorki) poświęciła atakom paniki i zaburzeniom lękowym. Temat bardzo delikatny, a zarazem dosadny, ekspresywny. Należało go potraktować z wyjątkowym zrozumieniem, bez oceniania i moralizatorstwa, ale też niesztampowo, bo mam wrażenie, że o atakach lękowych nie mówi się zbyt wiele, a jak się mówi to niekoniecznie nazywając rzeczy po imieniu i oddając im należną wagę. I autorce się to udało.
Anita, narratorka, ma obiektywnie poukładane życie, ale nie jest to gwarantem subiektywnie udanego życia. Odczuwa lęk, miewa coraz częstsze i silniejsze ataki paniki, z których powodu odwiedza kolejnych specjalistów. Siedzimy w jej głowie, obserwujemy kolejne ataki, słuchamy jej myśli.
'(...) moje lęki pojawiały się tylko w nocy. Potem, latami, zaczęły się przedostawać przez nieszczelny sen i znalazły drogę do codzienności.'
Agnieszka Jelonek ma bardzo trafne spostrzeżenia i świetnie przelewa je na papier. Jej słowa są bezpretensjonalne, a jednak wyszukane. Świetnie operuje metaforą. Narracja mimo że fragmentaryczna to prowadzona jest w bardzo kontrolowany sposób. Widać w tej powieści doświadczenie autorki w pisaniu krótkich form. Treść jest bardzo dobrze wyważona. To, co podobało mi się najbardziej w tej książce to świetne nazwanie emocji i myśli tłoczących się w głowie lękowca. To jak czuwa i drzemie 'nigdy do końca nie zasypiając i nigdy do końca się nie budząc'. W tym aspekcie nie czuję się w pełni usatysfakcjonowana, bo chętnie poznałabym rozwinięcie niektórych wątków albo choćby pociągnięcie tej psychologii lękowca. Gdy myślę o tej książce teraz, to myślę o niej nie jako całości, ale o poszczególnych jej elementach, zaznaczonych fragmentach. Warta uwagi.
W zasadzie lubię takie minimalistyczne, introspektywne treści, ale w tej coś mi nie pykło. Cały czas miałam wrażenie, że „już to gdzieś słyszałam”, co niekoniecznie wynikało z samej treści, a być może formy podania. Słuchałam w audiobooku i - biorąc pod uwagę temat - interpretacja Marii Seweryn wydawała mi się zbyt...pocieszna?
Tak to już niestety z audiobookami bywa - uszne wrażenia są mocno subiektywne i akurat w tym wypadku trudno mi się wznieść ponad nie. Zostawiam zatem bez gwiazdek, żeby pochopnie nie obcinać książce ogólnej oceny.
Gdy zaczynałam czytać, byłam pewna że to będzie książka na 4 ⭐ i zastanawiałam się, skąd te negatywne opinie. No i muszę przyznać, że potem robi się gorzej, nie ma już tych błyskotliwych porównań, fabularnie... No nie o fabułę tu chodzi, ale i tak kiepsko. Więc jest przeciętnie.
Nic nowego. Historia depresji o jakich już wiele razy pisano. W moim odczuciu potraktowana zbyt pobieżnie. Pierwsza połowa w miarę interesująca, przy drugiej usypiałam, bo była kompletnie o niczym. Udał się tylko tytuł. Szkoda czasu. Nie mam zielonego pojęcia co czytali ci, który ocenili tę książkę na 4/5 gwiazdek.
Z początku nieco chaotyczna, ale im dalej tym bardziej utwierdza się w przekonaniu, że tutaj nic nie jest chaotyczne, że tak ma być i już. Mam wrażenie, że nie każdy jest w stanie pojąć tę książkę do końca, jest bardzo intymna, osobista i porusza temat(y) bardzo ciężkie do przetrawienia. Pochłonęła mnie, zaciekawiła.
W ostatnim czasie osoby zaczynają głośno mówić o swoich zaburzeniach psychicznych, temat wychodzi ze strefy tabu i widać to też w literaturze. Spośród wszystkich książek, które czytałam, na powieść Agnieszki Jelonek zdecydowanie warto zwrócić uwagę. Jest o niebo lepsza od nominowanej ostatnio do nagród i głośnej książki Olgi Hund. Książka to dziennik zmagań dziennikarki Alicji ze stanami lękowymi i atakami paniki. Zmagań codziennych, maleńkich i długoterminowych. Kronika małych zwycięstw i wielkich porażek. Zapis momentów totalnego zwątpienia i poddania się, po których jednak kolejny raz udaje się pozbierać i jeszcze raz spróbować stawić czoło światu. Świadectwo walki i chęci życia własnym życiem, pomimo guli w gardle, mokrych dłoni i świadomości, że TO czycha na każdym rogu. Okropny, paniczny lęk, który atakuje bez uprzedzenia, na który trzeba ciągle uważać, który za każdym razem jest jak smierć. Jest to książka niezwykle osobista i szczera. Wypełniona mięsem. Autorka nie owija w bawełnę, nie zakłada maski - w końcu! Przez całe lata miała ją non stop, nikt nie wiedział co się z nią dzieje. Pisanie o swoich przeżyciach ma być formą autoterapii i naprawdę, z całego serca mam nadzieję, że tak jest. Właściwie to nawet nie wiem w jak dużym stopniu jest to opowieść autobiograficzna, ale intensywność opisów doświadczeń każe mi podejrzewać, że zdecydowanie jest. Jeśli nie w warstwie wydarzeń, to w sferze emocji na pewno. Myślę, że ta malutka książeczka, którą czyta się w półtorej godziny nie mogąc się oderwać, jest ważna i dla osób, które z lękiem się zmagają i dla tych, które zupełnie nie. Tym drugim pozwoli poczuć z czym mierzą się osoby, które mają w otoczeniu. Ci pierwsi być może poczują się zrozumiani. Warto.
podobałaby mi się (temat), gdyby nie w ten sposób, nie tak, to zupełnie mi ze sobą nie współgra, to za mało, żeby zaangażować, coś poczuć, jakkolwiek się przejąć (choć miewa przebłyski formy i idei; to miłe). niepoukładana ta książka. dwa i pół wobec tego. lecz - należy to przyznać - istnieje tu zalążek czegoś, co odpowiednio poprowadzone, wybrzmiałoby obiecująco. tego życzę autorce w następnych eksperymentach.
2.5 Drobnostka nieuporządkowana żadnym formalnym pomysłem, kilka zręczności językowych, działa ta prózka pewnie jako transfer doświadczenia, ale angażuje wyłącznie ważnym tematem.