Po fenomenalnym "Piętnie", po szalonej, żarłocznej "Sforze" przyszedł czas na bezlitosnego "Cheruba", który dopełni całej historii. Przemysław Piotrowski wprowadził tu ciężką, piwniczną, obleśną atmosferę nocnych klubów o podejrzanej renomie i ludzi, którzy gotowi są na wszystko, by zaspokoić swoje makabryczne pragnienia. Okaleczone ciała, okaleczone umysły, zwyrodniałe upodobania to tylko wstęp do ciemności, w którą wkroczy komisarz Igor Brudny, by rozwiązać zagadkę zbrodni.
W "Cherubie" nie ma już żadnych granic, nie ma żadnych tabu – Piotrowski podbija stawki do nieprzytomności, a kolejni bohaterowie stają przed obliczem najprawdziwszych bestii w ludzkiej skórze. Podobnie jak w "Piętnie" i "Sforze", tak w "Cherubie" powraca motyw ofiar bezmyślnej przemocy i skazy, która naznacza na całe życie. Na dokładkę jednak, bohaterowie zostaną skonfrontowani ze złem wyrafinowanym, bezlitosnym, złem niepojętym w swojej ostatecznej formie.
Znów na myśl przychodzą powieści Jean Christophe'a Grange. Komisarz Brudny jak komisarz Corso tapla się w rynsztoku własnych wspomnień, powiązań, starych przyjaźni i nienawiści, a wokół niego miejskie piekło i ludzie o czarnych duszach, którzy wcale nie czekają na zbawienie. To niby kryminał – zbrodnia i śledztwo to punkt wyjścia dla tej historii – jednak to raczej kryminał z elementami prawdziwej grozy. Grozy ludzkiej, obrzydliwej, okrutnej, jak najbardziej namacalnej, ale jednak grozy.
Liczę na to, że Igor Brudny jeszcze powróci, ale już teraz trylogia, która domyka jego przeszłość wystarczy, by stał się jednym z najbardziej pamiętnych bohaterów kryminałów w polskiej literaturze.