Zwieńczenie Trylogii Hejterskiej, której dwa pierwsze tomy zrobiły na mnie może nie spektakularne, ale jednak pewne wrażenie. Ciekawe zwłaszcza ujęcie problemu przemocy domowej, która u Mossa przyjmuje już szalenie skrajny, brutalny wydźwięk i nie jest typowym ukazaniem problemu, kiedy to mężczyzna jest oprawcą, a kobieta ofiarą. U Mossa jest kompletnie na odwrót.
Po wydarzeniach wieńczących drugi tom byłam szczerze zaintrygowana tym, jak autor pokieruje losami głównych bohaterów, bo wydawało się, że to zakończenie niejako zamyka nam już trochę powrót do tej historii, który nie wyszedłby dziwacznie i nie był czymś w rodzaju „zabili go i uciekł”.
W tej części cyklu akcja skupia się na czwórce bohaterów – Michale, Agacie, Ewie oraz Anicie. Z pozoru drogi tej czwórki nie powinny się przeciąć, ale Moss już niejednokrotnie dał się poznać jako twórca spektakularnych zakończeń, wywracających trochę do góry dnem wszystko, czego można by się spodziewać. Tutaj też tak jest, ale nie uprzedzajmy faktów.
Michał i Agata wciąż kiszą się we własnym sosie. Ich związek to normalnieje, to znów przechodzi ekstrema. Ciężko stwierdzić, czy Martyna – autorka profilu publikującego anonimowe wyznania internautów – bardziej przysłużą się ich relacji, czy też może kompletnie ją pogrążyła. Ewa, dawna psychoterapeutka Martyny, nie jest w stanie przestać myśleć o swojej pacjentce. Na każdym kroku widzi zagrożenie, a myśl o policjantach przekraczających próg jej gabinetu wręcz ją paraliżuje.
Trwa pandemia. Anita jest w fatalnym położeniu. Właściciel mieszkania podniósł jej czynsz, ona nie ma pracy, a próby zdobycia nowej kończą się co rusz niepowodzeniem. Przeglądając aktualności na Facebooku kobieta trafia jednak na pewną interesującą, acz enigmatyczną ofertę pracy. Nie mając nic do stracenia Anita postanawia skontaktować się z autorem posta i – ku swemu zaskoczeniu – w zasadzie od razu dostaje tę posadę. Czy jednak nie podjęła decyzji zbyt pochopnie? Wszak to co w sieci wydaje się idealne, proste i przyjemne może wcale takim nie być, a jad wylewany w komentarzach na Instagramie może łatwo wylać się na zewnątrz i przywdziać jak najbardziej realne zagrożenie.
W tej książce sporo się dzieje, ale dzieje się w „mossowy” sposób. Początkowo nic zdaje się ze sobą nie wiązać, a kiedy pojawia się rozwiązanie wszystkich wątków nagle zaczynają się zapalać wszystkie możliwe żarówki w głowie. Jest tu kilka głupot i nieścisłości, a rozwiązanie całej intrygi może nie do końca się broni. Ale!
Choć poprzednie dwa tomy oceniłam stosunkowo nisko, to temu przyznam większą liczbę gwiazdek. Głównie dlatego, że staram się teraz trochę inaczej postrzegać lektury, po które sięgam. I jeśli coś kwalifikuje się jako ewidentne czytadło na rozluźnienie – a, umówmy się, większość kryminałów i thrillerów tym właśnie jest – to czemu mam zaniżać książce oceny, skoro zasadnicza ona zadanie, które jej powierzyłam?
„Nie krzycz” to okej lektura na książkowy zastój, na poczytanie do niedzielnej kawki, na zakokonienie się pod kocem i podjadanie przy lekturze czekoladek. Jest w porządku. Nie zostanie ze mną, nic nie zmieni w moim światopoglądzie, ale fajnie spędziłam przy niej czas, więc zasadniczo – a co! – polecam.