I pomyśleć, że parę lat temu wychwalałem tą książkę pod niebiosa...
Chryste Panie, jak ja się rozczarowałem. Wszystko, wszystko robisz źle.
Bohaterowie. Julka jest absolutnie bezużyteczna. Nie robi nic i zaciąga się na wyprawę na środek pustyni, po której nie będzie się mogła poruszać. Pół książki spędza obrażona na Toma, że ten ma czelność rozmawiać z innymi kobietami, a nie tylko z nią, gdzie nawet parą nie są! Gdzie ta kobieta miała conajmniej skończone 25 lat! Gross! Tom też zamienia się w zazdrośnika pod koniec, jednak na krócej i z winy Julki, która nie potrafi skleić normalnego zdania, tylko duka coś tak, aby zabrzmiało jak najbardziej dwuznacznie.
Mamy też sekretnego złoczyńcę, którego imienia nie zdradzę, bo szanujmy się. Powiem tak: jest cholernie wymuszony i na siłę robi się z niego nie wiadomo jakiego przestępcę. Ta osoba nic nie zrobiła i nie miała powodu się w tak głupi sposób ujawniać!
Marcin Kozioł bawi się tutaj w "Kroniki Archeo" 2.0, z którymi dosyć nieprzyjemnie się rozstałem. Książka traci wtedy ze swojego czaru i oryginalności, które czuć było w tomie pierwszym. Gdzie tutaj są ci detektywi?! Prędzej archeolodzy... Jaka osobny twór, inna seria może by to działało, ale jako kontynuacja "Skrzyni władców piorunów" to jakaś porażka...
I czy ktoś może nauczyć pana Kozioła jak korzystać z wykrzyknika oraz z tego znaku: "?!"? Używa ich za często, a właściwie to momentami niepotrzebnie, wprowadzając zamęt w dialogach. Wyobraźcie sobie, że rodzice na was krzyczą po tym jak dostaliście 100% z egzaminów. Coś takiego jest często tutaj spotykane.
Jestem rozczarowany. Pierwszy tom to była petarda, pchnięcie mnie ku kryminałom. Drugi też bardzo lubiłem tę parę lat temu. Czytając teraz "Tajemnicę przeklętej harfy wręcz odliczałem strony do końca. Cóż gusta się zmieniają... 2,5/5, nie polecam.