To była bardzo dziwna książka; na pewno nie dobra, ale zdecydowanie nie tak zła jak pierwsza część. Powiedziałabym nawet, że znalazło się tu kilka niezłych pomysłów, ale Anna Day niestety nigdy nie ma w sobie odwagi, by wykorzystać ich pełen potencjał. Ba, chwilami sprawia wrażenie jakby celowo się wycofywała nim zrobi się zbyt interesująco, jakby wątpiła w swoją zdolność pociągnięcia tematu.
Ogólnie, chociaż "Fandom" nie potrzebował kontynuacji, to zamknięcie takowej w 270 stronach jest pomysłem ryzykownym. Zapewne można coś takiego zrealizować, jeśli ma się wdzięk – Day go niestety brakuje. Wszystkie zmiany względem świata z pierwszej części są potraktowane po macoszemu, śmierci bohaterów wyglądają, jakby autorka rzucała w tablicę, wybierając ofiary – nawet nie lubiłam żadnej z ważniejszych postaci, które zginęły, ale fakt, że zamiast opowieści, w której morałem jest, że czasem TRZEBA pozwolić odejść komuś uwięzionemu w swoim ciele, mamy bardzo randomową ofiarę z jedynej postaci w tej książce korzystającej z pomocy terapeuty po tym, co przeszła... No nie pozostawia mi to przyjemnego posmaku w ustach. Z drugiej strony, kiedy z książki nagle wyparowała mizoginia, a Alice dostała własny głos, Katie straciła swoją jedyną właściwie funkcję narracyjną (potakiwanie mizoginii Violet), więc nadawała się już chyba tylko do wyciśnięcia z czytelników taniego wzruszenia.
Powiedziałabym "upsi, spoiler", ale czy ktokolwiek to przeczyta? Wątpię.
Nie będę kłamać, jedyny chyba powód, dla którego oceniam tę książkę wyżej to Alice. Na tle swoich przyjaciół dziewczyna jest naprawdę jedną z trzech najsympatyczniejszych postaci, jakie wyszły spod pióra Anny Day, i jeszcze okupuje pierwsze miejsce. Jej tło jest może dosyć stereotypowe, ale też potraktowane z zaskakującym zrozumieniem. A jej nowy wątek miłosny był naprawdę uroczy i fajnie napisany.
Niestety, pomijając wszystkie wady poprzedniej części, z tej wyziera - głównie na końcówce - straszliwie lenistwo. Nagle poniekąd w łeb bierze połowa tego, co wiemy o rodzicach Alice; kilka razy autorce mylą się imiona bohaterów, a w epilogu dosłownie pomyliła, jak wygląda Alice, opisując ją jako rudzielca (to Katie była ruda). Domykanie wątków również było na pałę, jakby... To z kim w końcu widział się Russell? Jaka była jego rola w tym wszystkim? Oh well, bez znaczenia, bo końcowy plot twist! Który szło przewidzieć, ale też nie był tak nachalny w zapowiedzi jak śpiączka w poprzedniej części.
Jak dla mnie jest to książka absolutnie lepsza od "Fandomu", ale nie dziwię się, że nawet mniej tłumaczeń się doczekała, bo żeby do niej dotrzeć, trzeba najpierw przebrnąć przez część pierwszą.